Connect with us

Recenzje

KOSZMAR Z ULICY WIĄZÓW i NOWY KOSZMAR WESA CRAVENA. Idealny podwójny seans grozy

„Koszmar z ulicy Wiązów” czyli pierwsza, najlepsza część słynnego cyklu oraz nakręcony 10 lat później horror w horrorze, „Nowy koszmar Wesa Cravena”.

Published

on

KOSZMAR Z ULICY WIĄZÓW i NOWY KOSZMAR WESA CRAVENA. Idealny podwójny seans grozy

Gdy 1 września zeszłego roku świat obiegła informacja, że dzień wcześniej zmarł Wes Craven, poczułem smutek i żal, bo oto odszedł jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych reżyserów horrorów w historii. Zrozumiałem wtedy, że oto kończy się pewna era. Era twórców kina grozy, którzy rozpoczęli swoje kariery w latach 70. (a nawet nieco wcześniej), aby już wtedy dać się poznać jako wielkie talenty w straszeniu. John Carpenter, Tobe Hooper, David Cronenberg, George A. Romero, Brian De Palma, Dario Argento, Joe Dante oraz właśnie Craven zmienili na zawsze horrorowy krajobraz i pomimo całkiem innej stylistyki i konwencji oraz różnych kolei losów tych reżyserów, ich nazwiska jednoznacznie kojarzą się z tym gatunkiem.

Ale pojąłem także coś oczywistego, widocznego gołym okiem, co wcześniej wydawało mi się nieistotne – że wszyscy ci wymienieni reżyserzy są już starzy. Większość z nich jest już po siedemdziesiątce, jedni są bardziej aktywni od innych. Oglądając wciąż i wciąż ich najlepsze dokonania sprzed dwudziestu, trzydziestu, a nawet czterdziestu lat koncentrujemy się w większym stopniu na filmach niż twórcach. Czas dla dzieła filmowego może być nieistotny, lecz nie dla człowieka. Wiem, że odejście każdego z nich dotknie mnie w sposób niepodważalny.

Advertisement

wes_camera-e1394135576599-1050×700

W tym towarzystwie Craven jest dla mnie wyjątkową postacią. Jak żaden inny mistrz horroru sprawiał, że kolejne noce po obejrzeniu jego filmu mogłem zaliczyć do wyjątkowo niespokojnych. Czy mowa o jego koszmarach o Freddym, Przyjacielu na śmierć i życie, a nawet dwóch pierwszych Krzykach, napięcie i strach, jakie towarzyszyły mi podczas seansów, utrzymywały się jeszcze długo po nich. Dla jasności – dotyczy to moich nastoletnich lat, okresu szkoły podstawowej i liceum, choć nawet obecnie wyczuwam niepokój za każdym razem, gdy odważam się na powtórkę.

Pamiętam jak dziś wypożyczenie kasety video z filmem Indiana Jones i Świątynia Zagłady, na której nagrany był zwiastun Węża i tęczy. Wystarczyło, że na samym początku tej zajawki dumnie podkreślono, że jest to nowy horror twórcy Koszmaru z ulicy Wiązów, abym momentalnie zamknął oczy i otworzył je dopiero po reklamie. Już sam tytuł jego najsłynniejszego filmu sprawiał, że truchlałem i starałem się ukryć przed widokiem i szponami kultowego potwora.

Advertisement

Podobnie przecież działo się z bohaterami pierwszej części kultowego cyklu rozpoczętego w 1984 roku. Czwórka nastolatków (w tym debiutujący Johnny Depp) staje się celem ataków postaci z bliznami po poparzeniach na całym ciele, ubranej w brudny sweter w czerwono-zielone pasy i mało gustowny kapelusz. Ale najbardziej charakterystyczna jest rękawica z brzytwami, którymi morduje swoje ofiary. Straszliwy nieznajomy, nawiedzający młodzież tylko w ich koszmarach staje się całkiem realnym dla nich niebezpieczeństwem – śmierć we śnie oznacza również śmierć w rzeczywistości. Gdy jako pierwsza ginie Tina, jej przyjaciółka Nancy stara się powstrzymać demonicznego mordercę.

original-elm-street-cast-1984

Oglądany po latach Koszmar z ulicy Wiązów nic nie stracił ze swojej atrakcyjności, choć w przypadku tego tytułu powinienem raczej napisać, że jest on nadal równie przerażający, jak za pierwszym razem. Przede wszystkim on, tytułowy koszmar – przez większą część filmu całkowicie anonimowy, szpetny upiór, z makabrycznymi pomysłami na mordy. Jest zły do tego stopnia, że wszelki kontakt z nim, próba jakiegokolwiek porozumienia jest niemożliwa. Sama jego istota obraca się wokół tego, że jako nocna mara jest czymś, czego nie można pojąć, nazwać (do czasu), pokonać.

Advertisement

Rozważania na temat tego, czym są sny, pojawiają się w filmie, choć reżysera nie interesuje definicja, ani wyjaśnienie zastanego stanu rzeczy. Straszy tym, co nieznane oraz sugestią, że jesteśmy najbardziej bezbronni, odpoczywając w objęciach Morfeusza, narażeni nie tylko na psychiczne udręki, ale i fizyczny ból, a nawet śmierć. A przecież wszyscy wiemy, że od snu nie ma ucieczki.

Craven, profesor anglistyki oraz nauk humanistycznych, z tytułami naukowymi z psychologii oraz filozofii, mógłby poprzestać na samej idei, teoretyzowaniu o właściwościach snu oraz niebezpieczeństwach zeń wynikających. Pomysł na film oparł zresztą na prasowych doniesieniach o ludziach, którzy byli tak przerażeni własnymi koszmarami, że robili wszystko, aby tylko nie zasnąć. W końcu jednak poddawali się i rzeczywiście umierali. Ale nieprzypadkowo przyszły twórca serii Krzyk wybrał drogę reżysera – suchy akademicki język zastępuje hektolitrami krwi oraz bezbłędnym wyczuciem w budowaniu napięcia.

Advertisement

Koszmar… nie pozuje na kino inteligentne, co nie oznacza, że jest filmem bezmyślnym. Niezwykle oryginalny koncept służy jednak jako podstawa do wyjątkowo drastycznego i przerażającego spektaklu.

Jest to horror pełen wyobraźni, scen jednocześnie brutalnych i ekscytujących (gejzer krwi tryskający z dziury w łóżku albo ciągnięcie umierającej bohaterki po ścianie i suficie przez niewidzialną siłę) oraz atmosfery niepewności, czy to wciąż jawa, czy już sen.

nightmare-on-elm-street1984-1

Film nie odniósłby jednak takiego sukcesu bez tytułowego bohatera, czyli Freda Kruegera (wtedy jeszcze nie Freddy’ego), którego tożsamość wydaje się w oryginale drugorzędna. Oczywiście Nancy znajduje wytłumaczenie, dlaczego sny jej i jej przyjaciół nawiedza szkaradny psychopata, lecz nie jest on „gwiazdą” horroru. Pojawia się na ekranie zaledwie na siedem minut (!), w niektórych ujęciach widać tylko jego pełne wrogości spojrzenie bądź zarys sylwetki. Kieruje nim nienawiść, nie zaś chęć zabawy w kotka i myszkę z ofiarą. W późniejszych częściach postać ta wyewoluowała w kipiącego czarnym poczuciem humoru gadułę, ulubieńca widzów, popkulturową ikonę, ale w oryginale daleko mu do postaci, którą kochamy nienawidzić.

Advertisement

Jest dla nas odrażającą kreaturą, niczym więcej. Grający go Robert Englund, którego trudno rozpoznać pod warstwą lateksu, ale nigdy nie wydawał się być nim przytłoczony, w każdym z filmów serii potrafił wyczuć intencje reżysera, dzięki czemu zmiana w charakterze postaci nigdy nie była dla widzów problemem.

Odmienne zdanie miał jednak sam Craven. Nie planował uczynienia z Koszmaru… cyklu, głównym bohaterem jego filmu był nie Freddy, lecz Nancy, a zakończenie miało pokazywać jej triumf nad mordercą ze snów. Jednak producent, Robert Shaye, w czasie kręcenia zdjęć zdał sobie sprawę, że ma w rękach materiał na przebój i kazał zmienić finał na taki, który pozwoli zrealizować kontynuacje. Tych powstało aż pięć, praktycznie co roku nowy film. Cravena udało się jeszcze namówić na prace scenariuszowe przy części trzeciej, z podtytułem Wojownicy snów (1987).

Advertisement

Powstał najlepszy z sequeli, niesamowicie widowiskowy, zmieniający reguły gry (młodzi mogą współpracować ze sobą w snach, dodatkowo przejawiając moce pozwalające im na walkę z demonem), choć również czyniący z Freddy’ego postać bardziej rozrywkową. Niewiele ostało się z początkowego pomysłu reżysera oryginału, któremu marzyła się historia aktorów i twórców pierwszego filmu, terroryzowanych przez Kruegera w rzeczywistości. Ale taki projekt ostatecznie udało mu się zrealizować.

Advertisement

Nowy koszmar Wesa Cravena (1994), potocznie traktowany jako siódma część cyklu, trudno nazwać kontynuacją, choć jest bezpośrednio powiązany z oryginałem. Nie jest to już opowieść o Freddym i Nancy, lecz grającej ją Heather Langenkamp i pradawnej istocie, który przybiera postać mordercy z ulicy Wiązów. Fabuła obraca się wokół aktorki pogodzonej ze statusem „tej dziewczyny”, jaki chodzi za nią od czasu sukcesu pierwszego filmu. Ale dla nie jest to już przeszłość – ma męża i syna, których kocha, oraz inne propozycje ról. Gdy zatem nawiedza ją koszmar o niezbyt fortunnym, niezwykle krwawym planie zdjęciowym do nowej odsłony Koszmaru…, a jeszcze tego samego dnia dowiaduje się, że taki film rzeczywiście powstanie, Heather zaczyna czuć, że traci grunt pod nogami. Niedługo później jej mąż ginie zabity przez mechaniczną rękawicę Kruegera, a kilkuletni synek Dylan zaczyna cytować oryginał i wpada w stany histeryczne.

h

Czego w tym filmie nie ma! Meta-horror o przenikaniu się dwóch światów; krytyka pod adresem fanów, dla których morderca z ekranu staje się idolem; problem wpływu kina grozy na dzieci; no i oczywiście pełna odniesień i cytatów zabawa dla wielbicieli oryginału. Craven stara się naprawić błędy poprzedników, którzy we Freddym dopatrywali się przede wszystkim źródła żartów, jednocześnie przywracając Nancy/Heather należne jej miejsce głównej bohaterki. Nowy koszmar to w całości jej film, co potwierdza również fakt, że ulubiony przez wszystkich potwór pojawia się dopiero po godzinie projekcji.

Advertisement

Wcześniej widzimy Roberta Englunda, który gra samego siebie, oczywiście bez makijażu. To nam pozwala oswoić się ze strachem, poznać prawdziwą, jakże sympatyczną i zwyczajną twarz aktora. To samo tyczy się Cravena, niezwykle kulturalnego pana, który nijak nie pasuje do wyobrażenia twórcy kręcącego tak brutalne filmy. Pojawia się również Robert Shaye starający się namówić Heather na udział w Nowym koszmarze, a także aktorzy z oryginału, w tym John Saxon, w oryginale wcielający się w ojca Nancy. Reżyser dodatkowo kopiuje niektóre sceny i dialogi z pierwowzoru, jeszcze bardziej zacierając granicę między rzeczywistością, filmem a światem fantastycznym. Całość nie sprawia jednak wrażenia żartu lub powtórki z rozrywki. Horror, jaki staje się udziałem bohaterów, jest potraktowany całkiem serio.

Craven umieszcza swoje nazwisko w tytule po to, aby odróżnić poprzednie obrazy od tego – choć w finale znów przenosimy się na ulicę Wiązów, ten koszmar jest próbą rozliczenia się jego twórcy ze stworzoną przez siebie historią.

heather-langenkamp-new-nightmare-cut

Langenkamp, znana praktycznie tylko z roli Nancy, ponownie staje się postacią idealną do walki z fantastycznym mordercą. Jest twarda, nieustępliwa, dojrzalsza o te dziesięć lat, ale nie mniej odważna, gdy przychodzi jej zmierzyć się z Freddym. Podobnie jak w przypadku pierwszego Koszmaru…, to jej postać jest najlepiej napisana i zagrana. Pamiętamy o łotrze, bo jest on bardziej charakterystyczny, a strach zostaje z nami dłużej niż wszystko inne, ale bez Langenkamp żaden z obu filmów nie działałby tak dobrze. Jest sercem tych produkcji i prawdopodobnie jedynym powodem, dla którego ponowny powrót Kruegera miał sens.

Advertisement

Natomiast jego postać jest całkowicie inna niż w pierwowzorze i każdym kolejnym filmie. Ubrany w długi płaszcz i elegancki zielony kapelusz, ma teraz ostrza wyrastające z jego dłoni, łączące się z kośćmi i żyłami; wydaje się jeszcze bardziej złowrogi niż wcześniej. Przestaje być brudnym degeneratem. Staje się władcą swojego własnego świata, mitem, który ożył. I choć Englund pojawia się wcześniej bez charakteryzacji, widząc go jako Freddy’ego, wciąż się boimy. Iluzja staje się silniejsza od rzeczywistości.

image02

Ponownie: jest to horror znacznie ciekawszy i mądrzejszy, niż wielu chciałoby przyznać. Pierwsza połowa zmusza nas do ciągłego kwestionowania świata przedstawionego, szukania odpowiedzi, bo nagle niemożliwe staje się realne. Stworzona do filmu nowa, mechaniczna dłoń Freddy’ego żyje własnym życiem, Dylan ogląda pierwowzór, choć kabel od telewizora nie jest nawet podłączony do gniazdka, to, co przyśniło się Heather, zaczyna się sprawdzać itp. I jest to rewelacyjna pierwsza godzina, gdyż straszy nas jeszcze nie znanym potworem, ale samym przenikaniem się dwóch światów, niezrozumiałym dla widzów i głównej bohaterki. Zasady, na jakich opiera się cały koncept, ostatecznie słyszymy z ust samego reżysera.

Advertisement

Craven świetnie zresztą tłumaczy zarówno sposobność pojawienia się swojego koszmarnego tworu w naszym świecie, jak i potrzebę, aby naprzeciwko niego stanęła osoba, która już raz go pokonała. Jest to przecież historia odwiecznej walki dobra ze złem. Nie została ona wcześniej właściwie zakończona, przez ludzi, którym zależało, aby jak najlepiej się sprzedała (ha!). Zatem pojedynek trwa – Nowy koszmar musi powstać, aby odpędzić demona i wysłać go z powrotem do piekła. Dosłownie. Ta część filmu wydaje się jednak najsłabsza. Ucieczka od horroru możliwa jest dzięki przetworzeniu go w formę bliższą bajki, w której Freddy pełni funkcję złej wiedźmy, zaś Heather i Dylan przypominają Jasia i Małgosię.

Finał robi wrażenie wystawną scenografią oraz rewelacyjną charakteryzacją, lecz wydaje się zbyt konwencjonalny jak na obraz, który przez większą część seansu dotyczy schizofrenicznej natury filmu i ludzi zaangażowanych w jego realizację. Daje natomiast satysfakcjonujący epilog dla postaci Nancy i grającej ją Langenkamp; taki, o który chodziło Cravenowi już przy okazji części pierwszej.

Advertisement

1089146969

O Koszmarze z ulicy Wiązów napisano i powiedziano już tyle, że ktoś mógłby uznać temat za wyczerpany. Ale trudno zlekceważyć filmy Cravena, ważne nie tylko dla gatunku, ale i popkultury oraz obrazowania zła. Chciałem o nich napisać, bo unaoczniają one, jak przenikliwym twórcą był ich reżyser. Nie wszystkie jego dzieła należą do udanych, niektóre zepsute zostały przez producentów, inne przez samego Cravena, ale niezaprzeczalnie był jednym z najważniejszych głosów w kinie grozy. Ja sam jestem mu wdzięczny za swój pierwszy obejrzany na dużym ekranie horror (właśnie Nowy koszmar) w wieku co najmniej do tego nieodpowiednim.

Bałem się jak nigdy, jednak seans ten wydał mi się zaskakująco oświecający. Dowiedziałem się, kto kryje się za maską Freddy’ego, i poznałem jego kreatora. Wydawał się wiedzieć, dlaczego robi to, co robi.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *