Recenzje

ZENEK. Najtrudniej żartować z kogoś, kto szczerze się uśmiecha

Rozkochanie we wsi, nieco idyllicznej podlaskiej scenerii - na tym elemencie Zenek zbudował swoje najmocniejsze fundamenty i dzięki temu wygrał.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Jest w Zenku taka scena, gdy starsza wersja Martyniuka, grana przez Krzysztofa Czeczota, żegna swojego kolegę. Przed chwilą przyjaciel pomógł mu rozwiązać bardzo ważny rodzinny problem (będący całkowitym wymysłem scenarzystki, ale mniejsza o to). Stoi więc na podwórku posesji dwóch facetów, członków zespołu, który tworzył muzykę opowiadającą raczej o prostych uczuciach. Oczy są zielone, a ty daj mi tę noc, malutka. W językowym obrazie świata disco polo seks oraz miłość romantyczna to zazwyczaj jedno i to samo. Łamiące w tej scenie jest więc wrażenie, że mężczyźni zupełnie nie posiadają języka potrzebnego do opowiadania o szczerych uczuciach. Wiedzą, jak tworzyć lirykę do kręcenia się na wiejskiej zabawie, ale nie wiedzą, jak wyrazić wdzięczność. Kiwają więc do siebie z aprobatą, życząc powodzenia. „Uważaj na drodze” – mówi Zenek do Ryśka. Jan Hryniak w tym krótkim momencie wyławia wszystko, co najprawdziwsze w popkulturowym wizerunku lidera Akcentu oraz całej muzyce disco polo. W filmie jest tej szczerości więcej.

Łatwo byłoby się naśmiewać z tego, że włodarze TVP rzucili się na monetyzację wiejskiej kultury dyskotekowej. Na premierze zresztą obserwowałem Zenka Martyniuka, jak gdyby popychanego od ścianki do ścianki, bezwolnego w tej machinie promocji. Był zagubiony, mówił niewiele, aby później gdzieś zniknąć. Przemówienie Jacka Kurskiego przed seansem zapowiadało właśnie tragedię filmową, która wyzbyta jest ambicji artystycznych. Misyjnego produkcyjniaka, który powstać musiał z połączenia fanaberii i cynicznej kalkulacji. To wrażenie szybko mija, gdy kamera zawozi nas rozklekotanym autobusem PKS na Podlasie, gdzie ściera się kilka tętniących życiem kultur.

Hryniak nie generuje żartów wynikających z pochodzenia bohaterów.

W jednej ze scen młody Zenek wchodzi do białoruskiej kapliczki w czasie nabożeństwa pogrzebowego, a w innej popija wino, przysłuchując się z oddali śpiewom przy romskich ogniskach. Na wiejskich dyskotekach, na których Martyniuk rozpoczyna swoją muzyczną karierę, wiszą jeszcze ozdoby poweselne, a w barach z tanim winem widzimy ławki, które na co dzień służą do zebrań członków ochotniczej straży pożarnej. Ta wizja jest wolna od grzechu przerysowania i złośliwej satyry. Lata 80. i 90. wprawdzie wypełnione są coverami, w których słowa zagranicznych piosenek musiały być zapisywane przez wokalistów fonetycznie na kartkach papieru, ale w tle widzimy plakaty z Terminatora i prawdziwy szał tworzenia czegoś z niczego. Hryniak nie generuje żartów wynikających z pochodzenia bohaterów. Jest śmiesznie, gdy szukają lakieru do włosów albo przyjeżdżają na swój koncert wozem drabiniastym, ale melancholijnie i poważnie, gdy mowa jest o rodzicach, miłości czy ciemnych zaułkach sławy. Niestety – do czasu, bo w trzecim akcie wjeżdża obligatoryjne podkręcenie intrygi w filmie, który jej nie potrzebował, ale warto to przetrwać choćby dla sceny, o której wspomniano we wstępie tego tekstu.

W recenzjach pojawiają się głosy, że za mało tutaj disco polo, a za dużo synthpopu. Zenek nie jest filmem o disco polo, ale o muzyku pochodzącym ze wsi, który całe życie chciał grać pop. Bardzo cwane jest to, że ścieżka dźwiękowa czasami sobie pozwala brzmieć niczym kino Refna, aby za chwilę przejść w znane, biedoakordowe nutki z remizy. Te przejścia są melancholijne i dekonstruujące to, czym disco polo jest, bo mimo że jego źródeł dopatrujemy się w kulturze ludowej, to istotą tego gatunku jest coverowanie oraz powolne odklejanie się od zapożyczeń. Podobnie jak uśmiech Krzysztofa Czeczota nierozerwalnie przyklejony do kciuka uniesionego ku górze, muzyczna warstwa tego filmu powoli odkrywa prawdziwe aspiracje reżysera, a do tej satyry wpuszcza nieco mroku. To nie miał być film o disco polo, ale o dwóch twarzach człowieka, który stał się dla epoko potransformacyjnej symbolem sukcesu wbrew swojej woli. Najbardziej błyszczy tutaj Jakub Zając, który reprezentuje naiwną stronę osobowości piosenkarza, jego młodość oraz nieposkromienie w wyrażaniu swoich uczuć oraz aspiracji.

Przejście w wersję graną przez Czeczota może wydawać mało płynne, ale dorosła wersja Martyniuka dopełnia bardzo interesującą dychotomię tego filmu. Hryniak bowiem ani razu nie przekracza równowagi w prezentowaniu kultury disco polo. Obok kolorowych, błyszczących niczym kula dyskotekowa koszul, mamy świetnie napisaną rozmowę z żoną, w której Danuta Martyniuk (bardzo interesująca w tej roli Klara Bielawka) siedzi na… toalecie. Prosta życiówka oraz brak hagiograficznego manieryzmu. Szkoda tylko scen pijackich, które mogły zostać ciekawie rozwinięte, ale niestety twórcy szybko porzucają wątek alkoholowy, który Czeczot pociągnąłby moim zdaniem bez mrugnięcia okiem.

Rozkochanie we wsi, nieco idyllicznej podlaskiej scenerii – na tym elemencie Zenek zbudował swoje najmocniejsze fundamenty i dzięki temu wygrał. O dziwo udało się stworzyć kino spójne, nienachalnie satyryczne i poruszające się się zarówno gdzieś poza sferami klasowości, jak i cepeliady czy chłopomanii, co było oczywistym wyborem producentów oraz reżysera, których przecież podejrzewaliśmy w tym przypadku o leniwość. Łatwo żartować w recenzjach, pisząc, że „nie wiem, jak do tego doszło”, ale ja wiem – poszło zamówienie na biografię muzyczną, za którą wzięli się ludzie naprawdę chcący to zrobić, w tym grać, a nawet śpiewać. To wystarczyło. Kciuk w górę. 

Ostatnio dodane