Recenzje

WYŚCIG Z CZASEM. Oryginalne, choć rozczarowujące science fiction

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

Pomysł na punkt wyjściowy dla tego filmu był świetny – oryginalny i otwierający możliwości przyjrzenia się człowiekowi w sytuacji niby to odrealnionej, ale jednocześnie bardzo prawdziwej. Ludzie w najnowszym filmie Andrew Niccola się nie starzeją. W wieku 25 lat zegar biologiczny zostaje na stałe zatrzymany, a na jego miejsce wskakuje zupełnie inny. Ten drugi zegar znajduje się na twoim przedramieniu i wskazuje czas, który pozostał ci na tym świecie. Co do sekundy.

Pieniędzy też już nie ma. To znaczy są, ale w zupełnie innym znaczeniu. W normalnym świecie człowiek poświęca swój czas na wykonanie pracy, za którą otrzymuje zapłatę, którą to znowu może przeznaczyć na zakup produktu lub usługi, na którą został zużyty czas innej osoby. W świecie Wyścigu z czasem usunięto wszystkie zmienne i stany pośrednie, przez co walutą stał się sam czas – przekazywany pośrednio i bezpośrednio pomiędzy ludźmi. Stwierdzenie „pracowałem parę lat na ten samochód” zostaje więc postawione w zupełnie nowym świetle.

W takim oto świecie przyszłości żyje grany przez Justina Timberlake’a główny bohater. Żyje z dnia na dzień (znowu – bardzo dosłownie) w jednej z biedniejszych części podzielonego na zamknięte strefy kraju, bezsilnie przyglądając się regularnie rosnącym kosztom utrzymania. Kiedy w wyniku pewnego splotu wydarzeń w jego ręce trafia ogromna suma pieniędzy liczona w latach, chłopak postanawia wyrwać się z biedy, zamieszkać w jednym z bogatszych miast i przestać martwić się o jutro.

Wspomniałem o tym na początku i wspomnę raz jeszcze: pomysł na wykreowanie świata, w którym czas jest uniwersalną walutą jest dosyć abstrakcyjny, ale rewelacyjny i daje ogromne pole do popisu w kwestii wypełnienia filmu typowymi dla science fiction smaczkami ukazującymi wpływ technologii na społeczeństwo. Znaczenie zmieniają potoczne zwroty w stylu: „masz chwilę?”, wszyscy są piękni i młodzi, a bogactwo, do którego wszyscy dążą oznacza nieśmiertelność. Nawet wyświechtany motyw biedaka udającego bogacza wypada tutaj całkiem pomysłowo, ponieważ zamożni ludzie posiadając nadmiar czasu nigdy nigdzie się nie spieszą, a główny bohater nie może oduczyć się nawyku poruszania się biegiem i robienia wszystkiego jak najszybciej. Wielka szkoda, że te wątki potraktowano bardzo pobieżnie, skupiając się na czymś zupełnie innym.

Skoro mowa o pieniądzach, nietrudno domyślić się, że opowiadana historia będzie rozwodzić się nad zepsuciem i rozpasaniem bogaczy oraz uciskiem skierowanym w kierunku biednych. „Wyścig z czasem” to grubo ciosana metafora przedstawiająca naszą rzeczywistość, a na jej powstanie z pewnością duży wpływ mają nastroje panujące na świecie po przetoczeniu się przez rynki finansowego kryzysu. Tak więc zgodnie z tokiem rozumowania oburzonych obywateli okupujących Wall Street, w filmie wszyscy bogacze są albo źli (dlatego, że pomimo swojego bogactwa nadal chcą mieć więcej), albo w pewnym momencie zdają sobie sprawę z niedorzeczności takiego położenia. Z drugiej strony główny bohater i mieszkańcy jego „strefy czasowej” są z założenia moralnymi zwycięzcami tej światopoglądowej konfrontacji, bo jako jedyni potrafią docenić wartość ludzkiego życia i upływającego czasu. W wielu przypadkach twórcy nawet nie starają się ukryć, że w scenariuszu przeważają czerń i biel, bez żadnych odcieni szarości.

Pisanej „z tezą” fabule od czasu do czasu nie chce pomagać również realizacja. Część dialogów wydaje się być napisana kreską grubszą od tej, którą premier Mazowiecki odciął się od PRL, sprawiając wrażenie żywcem wyciągniętych z polskich telenowel. Bohaterowie mogliby zamiast swoich kwestii mówić: „teraz jestem rozdarty moralnie”, „jestem bardzo nieszczęśliwy i nic już mnie nie trzyma przy moim życiu”, albo „teraz scenarzysta chciał podkreślić, jak bardzo pieniądze zniszczyły ciebie i twoich bliskich”. Uszy więdną od słuchania tych frazesów i w głowie się nie mieści, że ten sam człowiek nakręcił Pana życia i śmierci, w którym (w pewnym sensie) poruszono podobny temat. Wtedy też z całkiem niezłych aktorów wysypują się niezmierzone pokłady drewna, których nie jest w stanie zrównoważyć nawet przewijający się gdzieś na drugim planie Cillian Murphy. Timberlake pokazał co umie w Alpha Dog i Social Network, tutaj wrzucił na wolniejsze obroty, ale ogólnie rzecz biorąc jest w porządku. Gorzej z Amandą Seyfried, czyli jego ekranową partnerką, która jest najsłabszą częścią obsady i która powinna w wolnej chwili pozwać do sądu ludzi odpowiedzialnych za jej fryzurę przypominającą hełm podwładnych Ricka Moranisa z Kosmicznych jaj Mela Brooksa.

I tak oto dostajemy film, który mógłby być dużo lepszy niż jest, ale tak się nie stało. Wystarczyłoby tylko położyć większy nacisk na wątki SF i włożyć trochę więcej serca w pisanie dialogów. Z obecnymi tutaj formułkami ciężko nawet dyskutować. A na deser dostajemy jeszcze naukę o tym, że okradzenie bogatego to tak naprawdę nic złego, bo przyczynia się do zapewnienia zachowania zasad sprawiedliwości społecznej. Ku pokrzepieniu serc!

Recenzja pojawiła się wcześniej w serwisie Paradoks. Tekst z archiwum Film.org.pl (6 grudnia 2011)

Ostatnio dodane