Connect with us

Recenzje

WALL STREET. 30 lat od premiery

W 30. rocznicę premiery, WALL STREET ukazuje nie tylko chciwość, ale i mroczne tajemnice finansowego świata, które wciąż fascynują.

Published

on

Gdy w połowie lat 80. ubiegłego stulecia zmęczony powtórką przeżywania wojennych koszmarów reżyser Plutonu skierował swoje oczy na centrum światowej gospodarki, mało kto wróżył mu jakikolwiek sukces. Kilka wcześniejszych produkcji dotykających tej tematyki szybko poległo bez większego rozgłosu, a i generalnie mało kto w Hollywood chciał pakować swe pieniądze pomiędzy rekiny finansjery. Oliver Stone szybko poczuł jednak krew i, dopiąwszy swego, ponownie wbił szpilę w czuły punkt Ameryki. ..

Advertisement

Mające swoją premierę dokładnie trzy dekady temu Wall Street – czy też El poder y la avaricia (Władza i chciwość), jak bez ogródek zatytułowano film u południowych sąsiadów USA – okazał się równie dużym sukcesem, co bolesny fresk o wietnamskiej wojnie. I tak jak on, wciąż cieszy się ogromną estymą. W przeciwieństwie jednak do otwierającego oczy Plutonu, amerykańskie społeczeństwo zupełnie inaczej odebrało problemy stockbrokerskiego życia, ostatecznie… hołdując mu oraz z łatwością dodając do ulubionych.

Duża w tym zasługa przede wszystkim atrakcyjnego przedstawienia tematu z perspektywy młodego, ambitnego, głodnego życia i sukcesów bohatera, Buda Foxa, który – w ciasnym obiektywie Roberta Richardsona, w takt energicznej, nietypowej muzyki Stewarta Copelanda (który zastąpił na kompozytorskim stołku Jerry’ego Goldsmitha) i chwytliwych piosenek duetu David Byrne-Brian Eno oraz z pomocą efektownego montażu Claire Simpson – szybko i bez większych w sumie problemów pnie się na sam szczyt. A tam, wiadomo, czekają na niego luksusy, piękne kobiety, dobra zabawa i inne benefity związane z posiadaniem olbrzymiej ilości gotówki, do której dochodzi jeszcze ekscytacja towarzysząca wielomilionowym, nie zawsze legalnym operacjom, jakich dokonać można za pomocą kilku mydlących oczy rozmów telefonicznych i obserwowania ekranu komputerowego monitora. Brzmi znajomo?

Advertisement

Cóż, po latach na to samo środowisko spojrzał w jeszcze bardziej krzykliwy i bezprecedensowy sposób Martin Scorsese w swoim Wilku z Wall Street. W porównaniu z nim film Stone’a jest rodzinnym – w całkiem dosłownym tego słowa znaczeniu, gdy spojrzeć na obsadę – spacerkiem po parku. Co nie zmienia faktu, że i on swego czasu potrafił zjeżyć włos na głowie, a i po latach robi niemałe wrażenie w wielu kwestiach dotykających tego, jak współcześnie operuje się walutą – na dobrą sprawę fizycznie nieistniejącą, bo funkcjonującą jedynie na zasadzie wyświetlanych w tle, idących w górę lub w dół cyferek, względnie okazjonalnie rozdawanych pracownikom czeków.

Wrażenie to powinno być teoretycznie negatywne, bowiem od samego początku nad tą historią z morałem w stylu „od zera do bohatera” ciąży oczywiste fatum i tylko kwestią czasu pozostaje fakt powinięcia się nogi naszemu naiwnemu, wbrew pozorom nieprzygotowanemu na wielki świat herosowi. W Wall Street happy end nie jest wpisany w kontrakt. A mimo to jego odbiór był bardzo entuzjastyczny – zarówno w branży, wśród fachowców, jak i w gronie krytyków oraz u publiki, która zostawiła w kinach aż czterdzieści cztery miliony zielonych (przy piętnastu milionach budżetu i kategorii wiekowej R).

Advertisement

A sam wpływ filmu na rynek finansowy i przyszłych yuppies można przyrównać do tego, co rok wcześniej uczynił dla marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych Top Gun.

Zresztą także i tutaj do głównej roli przymierzany był Tom Cruise, którego miejsce zajął ostatecznie Charlie Sheen (obecny już wcześniej u Stone’a w przywołanym Plutonie). Wraz z nim na dużym ekranie pojawił się w roli ojca jego… prawdziwy tata – Martin, którego Charlie bez oporów wybrał kosztem samego Jacka Lemmona. I dobrze zrobił, bo ekranowa relacja między tą dwójką oraz swoista szczerość emocjonalna całego wątku rodzinnego to jedna z głównych sił nośnych Wall Street – perfekcyjnie uchwycona i równie sympatycznie. .. sparodiowana po latach w drugiej części Hot Shots!.

Advertisement

Warto przy tym wspomnieć, że jest to relacja wzięta po części z życia, gdyż ojciec Olivera Stone’a – Louis – również był maklerem giełdowym i to właśnie dzięki niemu reżyser w ogóle zainteresował się daną tematyką (wpierw planował wraz ze scenarzystą i kolegą ze szkolnej ławy, Stanleyem Weiserem, fabułę o przekrętach w telewizyjnych teleturniejach lat 50., za co później zabrał się Robert Redford w Quiz Show). Jemu też cały projekt twórca zadedykował (Louis zmarł w roku, w którym toczy się akcja filmu – 1985), a jego imieniem ochrzcił drugoplanową postać starego wygi giełdowego, w którego wcielił się Hal Holbrook. Co więcej, niewielka rólka trafiła się tu jeszcze synowi Stone’a – Seanowi, „grającego” potomka… antagonisty, Gordona Gekko. Ale czy na pewno antagonisty?

Dla wielu Gordon Gekko to prawdziwy bohater tego filmu – a przynajmniej jego główna atrakcja. Trudno się z tym nie zgodzić, bo gdyby nie rewelacyjna, nagrodzona Oscarem i Złotym Globem, mięsista kreacja Michaela Douglasa, Wall Street z pewnością nie doczekałoby się kultowego w niektórych kręgach statusu i nie byłoby równie dobre. Douglas pchnął w tę z lekka karykaturalną, acz opartą o kilka funkcjonujących w prawdziwym życiu charakterów postać prawdziwe życie i w rezultacie stał się synonimem sukcesu nie tylko dla swojego łatwowiernego protegowanego w tanim garniturze, ale i dla tysięcy jemu podobnych na całym świecie.

Advertisement

A wszystko to między innymi dzięki pamiętnej przemowie o chciwości – wciąż jakże elektryzującej, znakomicie ujmującej potrzebę bogacenia się i podkreślającej ogólną niechęć całej zachodniej kultury do biedy jako takiej, do ludzi przegranych.

Advertisement

Nic zatem dziwnego, że mimo wielu innych nieśmiertelnych, wyrazistych ról Gordon Gekko nadal pozostaje jedną z najlepszych i zarazem tych najważniejszych w bogatej karierze Douglasa juniora, któremu u Stone’a w końcu udało się stworzyć własną markę, niezależną od wielkiego nazwiska ojca jakość. Przypłacił to co prawda zdrowotnie, bowiem pokonany przez niego kilka lat temu rak krtani z pewnością swoje początki miał na planie Wall Street, gdzie Douglas potrafił wypalać nawet po czterdzieści papierosów dziennie. Ale patrząc wstecz, ryzyko się opłaciło – gra była warta świeczki.

Nieco ponad dwugodzinna produkcja, która jako pierwsza w historii pokazała w akcji telefony komórkowe (w owej chwili nieporęczne cegły z ogromną anteną), może w ogóle poszczycić się niebanalną, „nadzianą” obsadą, wśród której znajdziemy niezwykle barwne, zapadające w pamięć epizody Johna C. McGinleya, Terence’a Stampa, młodziutkiego Jamesa Spadera, Millie Perkins, Richarda Dysarta oraz Cecilii Peck – córki TEGO Pecka (w jednej ze scen pojawia się także i sam Stone, co ma często w zwyczaju czynić we własnych produkcjach). W castingu nie obeszło się jednak bez drobnych wpadek, czyli zatrudnienia Sean Young i Daryl Hannah.

Advertisement

Ta pierwsza wolała rolę tej drugiej, więc kiedy jej nie dostała, zaczęła gwiazdorzyć na planie, dając się we znaki całej ekipie i ekranowym partnerom (ponoć nie pomógł nawet test Voight-Kampffa). W rezultacie jej wątek okrojono do minimum – jako żona Gekko pojawia się bodaj w dwóch, trzech niezbyt ważnych scenach. Z kolei syrenka Hannah od początku wydawała się wszystkim wokół źle ulokowaną inwestycją, co przyznawał także sam Stone. Wbrew wszystkiemu reżyser postanowił dać jej jednak szansę. I choć także i jej kreacja nie jest na tyle znacząca, aby położyć film, to cały wątek romansowy pali niemalże koncertowo (w czym pomagają jej niestety charakteryzatorzy), za co ostatecznie dość słusznie uhonorowano ją Złotą Maliną dla najgorszej aktorki. Tym samym Wall Street po dziś dzień pozostaje filmem, którego Hannah… nie oglądała, oraz jedynym, który otrzymał jednocześnie cenioną statuetkę Złotego Rycerza i jego zaprzeczenie.

Jak by zresztą nie patrzeć, tytuł ten to typowo męskie zwierzę. Kobiety stanowią tutaj jedynie tło, miły dodatek do „rutyny” obracania papierami wartościowymi, okazjonalną nagrodę za dobre wyniki w robieniu innych w finansowe bambuko i w końcu także – jak zawsze w kinie i w życiu – seksualny obiekt pożądania, który można odpowiednio „kupić”. Brzmi seksistowsko, zwłaszcza w obecnej dekadzie, ale też taki to świat – skąpany w testosteronie, ego wielkości World Trade Center, dymie z cygar, rzucanych na prawo i lewo przekleństwach, czerwonych szelkach oraz przedwczesnych zawałach serca. Męski świat, z męskimi zasadami i w męskim wykonaniu (może pora na modnie zbędny damski remake?).

Advertisement

Udowodnił to wspomniany wyżej Wilk z Wall Street, powtórzył również sam Stone, kręcąc po latach sequel – jedyny w karierze! – któremu rozbudowany wątek płci pięknej bynajmniej nie pomógł. Podobnie zresztą, jak obrócenie dawnych grzeszków w żart, Buda Foxa – dziecka, było nie było, swojej generacji – w skromne cameo i wypełnienia nieco dłuższego metrażu jeszcze większą liczbą piosenek (po części tych samych). Wall Street: Pieniądz nie śpi nie zagrał tak samo, nie uderzył równie mocno w te same nuty (choć Douglas ponownie dostał nominację do Złotego Globu), niespecjalnie wykorzystał postępujący czas, technologię i skurwysyństwo oraz ogółem nijak nie dorównał poprzednikowi.

Oryginał być może także jedynie lizał wierzchołek góry lodowej, również nie burzy światopoglądu, bezpiecznie stąpając po oczywistych schematach fabularnych przypowieści z przesłaniem. Ale ma charakter, styl i niezaprzeczalny klimat. No i pozostaje aktualny aż do przesady…

Advertisement

Ba! Przez te trzydzieści lat, które minęły od premiery, machlojki w nim przedstawione stały się smutnym standardem niemal każdego tygodnia, a Gordon Gekko – ekranowy spadkobierca między innymi znajomego Stone’owi Owena Morrisseya, który w 1985 roku zamieszany był w dwudziestomilionową aferę giełdową – w rzeczywistości pewnie okazałby się dziś drugoligowym graczem, a nie wzbudzającym szacunek i strach gigantem indeksów Dow Jones. Dość napisać, że jedynie dwa miesiące przed wejściem Wall Street do kin na prawdziwym Wall Street miał miejsce największy w historii spadek procentowy, czyli tak zwany czarny poniedziałek. Od tego momentu takich wydarzeń tylko przybywa i niemal każde kolejne powiększa swoją liczbę ofiar, skalę problemu, liczbę zer w to zamieszanych.

Skrzydełko czy nóżka?

Oczywiście pociągnęło to za sobą także kolejne produkcje filmowe – niektóre, jak niedawny Big Short, próbujące w ogóle rozwikłać genezę takiego stanu rzeczy, w niemal dokumentalnym stylu usiłując przełożyć zawiłości giełdowe na prosty język, wytłumaczyć, o co w ogóle się rozchodzi w tym biznesie. Tymczasem Stone postawił po prostu na czystą (i pod pewnymi względami tanią) sensację z otwartym zakończeniem. Ubrał palący problem w klasowe ciuszki i spryskał je drogimi perfumami. I wygrał – jego film nadal potrafi podtrzymać nie tylko naszą ciekawość, ale i uwagę.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *