Recenzje

VELVET BUZZSAW. Seks, demony i dzieła sztuki

Zgrabne i seksowne pociągnięcie pędzla, niezawierające w sobie jednak nic, czego nie widziałbym w kinie wcześniej.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Sztuka dla sztuki

„Dziwny film”. Taka myśl pojawiła się w mojej głowie gdzieś w połowie seansu i została ze mną już do jego końca. Velvet Buzzsaw jest ekstrawagancki jak sztuka, o której opowiada. Nie wiedziałem, jakiej filmowej definicji podlega, gdyż w stylistyce i treści łączył w sobie wiele, często sprzecznych, pomysłów. Ta dziwność udzieliła mi się także w momencie zastanawiania się nad tym, co twórca chciał mi za pomocą filmu przekazać. Bo z jednej strony sięgnął czegoś bardzo istotnego, natury sztuki samej w sobie, ale z drugiej jego wnioski okazują się mocno zużyte.

Dan Gilroy podkreślał w wywiadach, że jeśli miałby wskazać źródło twórczej inspiracji dla Velvet Buzzsaw, to byłby to Gracz Roberta Altmana – nie tyle w treści, ile w stylu. Mnie jednak podczas oglądania jego nowego filmu nasunęło się zgoła inne skojarzenie, o wiele banalniejsze. Pamiętacie scenę z Ghostbusters II, w której pracujący w muzeum niejaki Janosz Poha, zatrzymując się przed pewnym demonicznym obrazem, staje się świadkiem tego, jak ów obraz zaczyna ożywać? A z innej, nieco wyższej półki – pamiętacie może, co Oscar Wilde chciał przekazać swoim Portretem Doriana Graya?

 

Velvet Buzzsaw to miks dwóch wielce intrygujących założeń, wywodzących się z zaplecza teorii sztuki. Że praca artysty to proces sprzedawania duszy diabłu, krojenia siebie na szereg elementów, którymi uzupełnione zostaje dzieło. Sztuka to także triumf estetyki, piękno samo w sobie, inicjowane zawsze z woli serca oraz głębokiej potrzeby artysty dzielenia się ze światem umiejętnością opowiadania o tymże świecie. Dlatego właśnie głównymi bohaterami filmu są szanowany w środowisku, bystry krytyk sztuki (Jake Gyllenhaal) oraz właścicielka prestiżowej galerii (Rene Russo). Oboje za sprawą przeżywanych perypetii na własnej skórze przekonują się, czym jest prawdziwy, przejmujący, żywy artyzm.

Mam nadzieję, że ludzie patrzą na sztukę w nieco inny sposób. Za każdym razem, gdy słuchasz utworu muzycznego lub oglądasz rzeźbę, obraz lub film, zdajesz sobie sprawę, że twórcy zainwestowali w swoją pracę to, co uważa się za ich twórczą duszę. Dla mnie to trochę święta rzecz i myślę, że trochę ją zgubiliśmy. Chciałbym, żebyśmy mogli wrócić do tego. [Dan Gilroy]

Sam reżyser sprzedaje nam klucz interpretacyjny, jakim powinniśmy posługiwać się podczas oglądania Velvet Buzzsaw. Czyni on w ten sposób swój trzeci, pełnometrażowy film pozycją na swój sposób autotematyczną, ponieważ znalazły się w niej refleksje na temat istoty dzieła sztuki w ogóle. Nie pierwszy raz Gilroy poszedł tym tokiem myślenia. W rewelacyjnym Wolnym strzelcu reżyser pokazał ciemne strony przekazu medialnego, który podporządkowany jest regułom sensacji i dramatyzmu. Niestety Gilroyowi w najnowszym filmie nie udało się nawiązać do polotu swego debiutu reżyserskiego.

Para Gyllenhaal i Russo niesie film na swoich barkach...

Właściwie porównanie wytrzymuje tylko jeden element – aktorstwo. Dwie główne role w Velvet Buzzsaw Gilroy napisał pod parę Gyllenhaal i Russo, czyli aktorów grających pierwsze skrzypce właśnie w Wolnym strzelcu. Ten pierwszy po raz kolejny gra brawurowo, zaszczepiając w pozornie prostej roli krztynę geniuszu. Zaprawdę, im dłużej przyglądam się umiejętnościom i doborowi ról Jake’a, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to jeden z najlepszych współczesnych aktorów swego pokolenia. Ot co. Z kolei Russo to klasa sama w sobie, która ową klasę po raz kolejny bardzo dobrze podkreśliła, kreując swoją wersję kobiety fatalnej. Ta para niesie film na swoich barkach.

Problem z Velvet Buzzsaw rodzi się jednak na etapie fabuły. Tak jak zasugerowałem wcześniej, Gilroy ma bardzo ważne i ciekawe myśli do zaprezentowania, ale do ich wyrażenia obrał niekoniecznie dobrą drogę narracji. Jego film jest bardzo nierówny, przeplata przebłyski geniuszu, widoczne w niektórych scenach grozy, z fabularną nijakością, tonacyjną niespójnością oraz, co gorsza, przesadną estetyzacją środków wyrazu. Odniosłem wrażenie, że reżyser tak bardzo starał się być oryginalny i ekscentryczny, że niepostrzeżenie wszedł w buty poniektórych twórców sztuki współczesnej, widzących ideały tam, gdzie inni widzą śmieci.

Sam reżyser zresztą zdaje się świadom pułapki, którą sam na siebie zastawił. W jednej ze scen wchodząca do atelier pewnego artysty postać oddaje słownie nieskrępowany zachwyt jego najnowszym dziełem. Artysta jednak odpowiada z równym nieskrępowaniem, że jego dzieło znajduje się kilka metrów dalej, bo to, na co patrzy gość, to nic innego jak worki ze śmieciami. I tak to już z tą sztuką bywa. Artysta może się napocić, rozpalić wiele ognia podczas procesu tworzenia, a i tak polegnie, jeśli nie trafi we wrażliwość odbiorcy, szukającego często nie tam, gdzie szukać trzeba.

Gilroy do mnie nie trafił. Nieustannie czekałem w Velvet Buzzsaw na jakiś przełom, swoisty klimaks, zdolny w końcu wywołać we mnie jakieś napięcie emocjonalne, dzięki któremu moja uwaga zostałaby wyostrzona. Nic takiego nie uświadczyłem. Otrzymałem festiwal banałów, poprowadzonych co prawda zgrabnym, seksownym pociągnięciem pędzla, niemówiących jednak nic, czego wcześniej bym nie wiedział. Możliwe jednak, że to jeden z tych ukrytych w obrazie wścibskich demonów, odradzających się akurat wówczas, gdy chwilowo nie spoglądamy. Dajcie znać, czy was jednak zaskoczył.

Ostatnio dodane