search
REKLAMA
Nowości kinowe

Underworld: Wojny krwi

Radosław Pisula

5 grudnia 2016

REKLAMA

Pierwszy Underworld był dosyć dużym hitem, jednym z tych dziwnych filmów rozkraczonych na milenijnym uskoku, które idealnie trafiły w pewien specyficzny moment popkulturowej historii i dzięki temu przez chwilę były, bardzo niespodziewanie, dużymi hitami (ogólnoświatowo lub lokalnie).

Tak było na przykład z pociesznymi dzisiaj Hakerami, szałem na parkour po Yamakasi, gun katą z Equilibrium czy stereotypową nawałnicą w Eurotripie – nie były to wysokobudżetowe widowiska, a filmy eksploatujące poza skalę jakiś chwytliwy temat/konwencję, stanowiące bardzo chodliwy towar w relacjach przyjacielskich i drugim obiegu. Idealnym tego przykładem była pierwsza część serii Underworld, potężnie żerująca na estetyce Matrixa i neowampirycznych opowieściach w stylu Blade’a.

4

Pierwsze filmidło w cyklu było szybkie, wystrzałowe, głupiutkie i stanowiło materiał na jeden całkiem poprawny film akcji – szczególnie, że do ekranu przyciągała opięta w lateks prześliczna Kate Beckinsale. Niestety, już kontynuacja wyraźnie unaoczniła, w jak mało interesującą stronę dąży mitologia tutejszych wampirów i ich starcie z wilkołakami. Nie było w tym serca, scenariusze kulały pod względem najtańszych rozwiązań, pokracznych historii oraz sztywnych dialogów. Aktorzy też nie wykazywali jakiejś szczególnej ochoty na takie krwawe igraszki. I tak przez kolejne części było coraz gorzej (chociaż próbowano nawet przenosić akcję w daleką przeszłość), a apogeum absolutnej bylejakości stanowiło Underworld: Przebudzenie, zamieniające słabą historię już w zupełnie niejadalną celuloidową mamałygę.

Przy serii zostało jedynie kilku najwierniejszych fanów i nie mam zielonego pojęcia, czemu studio postanowiło dalej podtapiać tego filmowego rozbitka. Kate Beckinsale – nieodmiennie piękna kobieta – nie ma już tej świeżości na polu akrobatycznych wygibasów; sens opowieści został zagubiony przy części drugiej i ciężko nazwać seans tego filmu śledzeniem koherentnej historii, a warstwa techniczna woła o pomstę do nieba. Tak złe efekty specjalne są zarezerwowane dla filmów robionych za paczkę fajek na potrzeby kina domowego, ale na wielkim ekranie wyglądają po prostu paskudnie.

1

Trzeba jednak przyznać, że debiutująca pełnym metrażem Anna Foerster (operatorka i specjalistka od efektów specjalnych, etatowa współpracowniczka Rolanda Emmericha) w komitywie ze scenarzystami próbowała reanimować na różne sposoby to fabularne truchło i jakoś tam łatać karygodne dziury fabularne poprzedniej odsłony. Obyło się bez wybitnie żenujących pomysłów (może poza jednym, dotyczącym głównej bohaterki), a fabuła wróciła do najprostszych rozwiązań – Lykani i wampiry znowu się tłuką o władzę; krwiopijcy kombinują jak się da i wbijają sobie szpile; całość dąży do starcia super-wilkołaka (tym razem niejakiego Marcusa) i super-wampira (oczywiście Selene). Gdzieś tam w tle wspomina się o zajechanym już wcześniej wątku jej córki, ale na szczęście nie jest on zbytnio rozwijany i stanowi jedynie przyczynek do bitki. Powrócono też, nareszcie, do brutalnie zmasakrowanego wątku hybrydycznego Michaela Corvina – rozwiązanie to może nie zachwyci fanów, ale jest jednym z niewielu odważniejszych pomysłów. Jednak to ledwo widoczne promile czegoś mocniejszego, bo ten świat ogólnie jest niestety martwy jak jego bohaterowie.

Potencjalni widzowie dostali ostatecznie niezwykle nieudolnie poskładany produkt, spóźniony o dobrą dekadę (lateks, czarne płaszcze, wszystko skąpane w niebieskim filtrze)

Okraszony słabą choreografią walk, jeszcze gorszym CGI (braki budżetowe łypią tutaj spod każdego ogona i zza każdego kła), recyklingowanymi dialogami, poszarpaną fabułą i boleśnie konwencjonalnymi postaciami (piękny książę, super-zabójczyni, zasępiony drab). Niewiele jest tu błysków – na pewno fajnie znowu zobaczyć na ekranie Beckinsale (tym razem jednak znudzoną rolą nawet ponad jej standardy), a przy ekranie trzymały mnie tak naprawdę tylko wszystkie sceny z naprawdę utalentowaną Larą Pulver, która chyba jako jedyna miała świadomość kuriozalności tego projektu i całkiem nieźle pobawiła się swoją postacią. Mam nadzieję, że Brytyjce uda się pograć więcej poza małym ekranem.

5

To nie jest dobre kino i broni się w kilku momentach głównie dlatego, że poprzednia odsłona była tak bestialsko zamordowana. Zresztą to jest już produkcja skierowana wyłącznie do  fanów, zupełnie nieprzystępna dla nowych widzów – pomysł wyciśnięty do cna lata temu, którego próby reaktywacji podchodzą już pod nekrofilię. Niestety, ikoniczna Selene na stałe zadomowiła się już w drugiej lidze bohaterów popkultury i zapewne, niczym Alice z Resident Evil, zobaczymy ją jeszcze na dużym ekranie. A wtedy chyba nawet najwięksi fanatycy serii zaczną strugać osinowe kołki.

Avatar

Radosław Pisula

REKLAMA