Recenzje

OSTATECZNA OPERACJA. Szczurzy los Eichmanna

Netflix bierze się za Holokaust

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Mam problem z filmami, które starają się odtworzyć na ekranie historię, którą już znam (np. niedawna Dunkierka). Niejako automatycznie oczekuję od nich znacznie więcej, ponieważ wiem, jak się skończą. Tak jest i przypadku Ostatecznej operacji Chrisa Weitza, reżysera, który raczej nie słynie z tworzenia w swoich filmach wieloaspektowych charakterologicznie postaci ani opartych na faktach teł dla fabularnych wydarzeń. Jako miłośnik tajemnic historii z lat 1914–1945 żałuję, że otrzymałem zaledwie poprawny technicznie, okropnie szkicowy i napakowany komunałami dwugodzinny obraz, w którym twórcom, o dziwo, udało się zmieścić działalność Eichmanna podczas II wojny światowej, skomplikowany mechanizm jego ujęcia przez Mosad w Argentynie oraz nawet proces. Zadziwiające i szalenie płytkie historycznie okazało się to widowisko. Chyba tylko dla roli Bena Kingsleya warto film zobaczyć. A rodzice niech przypadkiem nie proponują swoim pociechom, żeby z tego typu produkcji uczyły się ludzkich dziejów w XX wieku.

Ostateczna operacja buduje obraz nazistów, który wcale nie pomaga zrozumieć, co nimi kierowało, że zrobili coś tak precedensowego w dziejach wszystkich narodów.

Platforma Netflix coraz bardziej kojarzy mi się z fabryką po macoszemu traktującą nawet aż tak poważne tematy jak Holokaust. Tym mniej dziwię się, że za ów wieloaspektowy problem wziął się reżyser tego formatu co Chris Weitz. Nie mogło się to skończyć dobrze i o tym tak poważna instytucja filmowa, za jaką chce uchodzić platforma Netflix, powinna wiedzieć. Stało się inaczej. Zdecydowały być może koszty – czyżby starczyło na dwie aktorskie gwiazdy (Oscar Isaac, Ben Kingsley), a już na inne aspekty zabrakło?

Kiedy tylko dowiedziałem się, że Ostateczna operacja jest dostępna, z wielką ciekawością odpaliłem na swoim telewizorze Netfliksa i włączyłem film. Już na początku trochę się zawiodłem, że taka pełnometrażowa nowość została udostępniona tylko w rozdzielczości HD, bo miałem nadzieję na HDR. Dodatkowo rokowania filmu pogorszyło to, że właściwie doskonale wiedziałem, co zobaczę, jednak naiwnie sądziłem, że da się tę historię opowiedzieć inaczej, głębiej, bardziej kontrowersyjnie, nawet eksperymentalnie, mniej belfersko. Nie wiem dokładnie jak, po prostu interesująco dla miłośnika tego okresu w historii, który nie chce oglądać kolejnych wytartych sloganów o tym, jacy to naziści są źli i potworni, a ich ofiary bezbronne i niewinne oraz chorujące na zespół lęku pourazowego.

Bardzo się pomyliłem, ponieważ wiem już na pewno, że nie jestem targetem Ostatecznej operacji. Nie pojmuję i nie akceptuję tej umowności i szkicowości, z którą twórcy filmu traktują życie Eichmanna oraz jego zbrodnie. Gdyby dodali do filmu chociaż z 40 minut faktycznie pokazujących rolę nazisty w eksterminacji Żydów, całość produkcji wcale by nie straciła, a zyskałaby wstrząsający ładunek historycznie umotywowanej sensacji. Również postać Eichmanna otrzymałaby bardziej ludzki charakter, a tak na krótkich wstawkach z czasów II wojny światowej SS-Obersturmbannführer jawi się niemal jak zaprogramowany robot, który ze swojej natury jest buchalteryjną maszyną do zabijania. Budowanie takiego portretu wiernych Hitlerowi Niemców wcale nie pomaga zrozumieć, co kierowało tą wielką rzeszą ludzi (nie tylko w Niemczech i Austrii), że zrobili coś tak jednocześnie perwersyjnego, morderczego i precedensowego w dziejach wszystkich narodów. Podobnie szkicowo, a czasem zbyt melodramatycznie, jest z licznie pokazywanymi w filmie ofiarami nazizmu. Kluczem do rozwikłania problemu jest numer więźnia. W jednej z tych kwestii akurat doskonale potrafiłem domyślić się z kontekstu fabularnego – że dorosły człowiek, agent Mosadu, płacząc w latach 60. po schwytaniu Eichmanna, zapewne albo kogoś stracił, albo przeżył obóz. Operator kamery nie musiał wykonywać długiego zbliżenia jego tatuażu z numerem. Doskonale zdaję sobie sprawę, że człowiek ten w pewnym sensie do końca życia będzie czuł się jak ów ciąg cyfr. Podobnież reminiscencje przeszłości Petera Malkina (Oscar Isaac) wcale nie musiały dosłownie wrócić do agenta w teraźniejszości.

Ostatnio dodane