search
REKLAMA
Czarno na białym

REJS I JA. Kultowa polska komedia, której nie widziałem i nie zrozumiałem

Szymon Skowroński

16 sierpnia 2019

rejs duzy e1565861839199
REKLAMA

 

Tym razem Rejs naprawdę mnie rozbawił i zaintrygował. Zacząłem się nim autentycznie fascynować. Po kilku miesiącach miałem za sobą pewnie dwadzieścia seansów, na pamięć znałem już niemal wszystkie dialogi. Przemawiała do mnie jego dokumentalna forma, poszarpana narracja, nieelegancka oprawa wizualna i dźwiękowa. Nie zastanawiałem się jeszcze, czy to wszystko może coś znaczyć, po prostu bawiły mnie losy nieporadnego kaowca i słuchających go pasażerów. Doszły mnie też słuchy, że film jest satyrą na czasy PRL-u albo nawet krytyką systemu. Pewne rzeczy wydawały się mieć sens, ale nie wgłębiałem się w te niuanse. Rejs był komedią, teksty z niego były zabawne i kultowe, rzucałem je przy wielu okazjach, obserwując reakcje ludzi.

Minęło kolejnych kilka lat, podczas których nabrałem jako takiego obycia. Lekcje historii lekcjami historii, ale prawda o PRL-u, „komunie”, socjalizmie i klimacie społecznym i politycznym tamtejszego okresu to coś, co należy zrozumieć, a nie – nauczyć się o tym. Coraz bardziej Rejs jawił mi się jako zjadliwa krytyka władzy i polityki. Kaowiec przestał być zabawnym nieudacznikiem, a nabrał cech dyktatora-uzurpatora, który władzę zdobytą w wyniku pomyłki i oszustwa wykorzystuje w najgorszy możliwy sposób. Szafujący wyrokami (no, może nie śmierci, ale no, no…), manipulujący tłumem, narzucający zdanie. Intelektualiści przedstawieni w filmie zaczęli jawić mi się jako uciśnieni i lekceważeni naiwniacy, których dyskusje i rozważania prowadziły donikąd. Inżynier Mamoń przekupujący radę Rejsu kilkoma butelkami piwa nagle okazał się być całkiem czytelnym symbolem korupcji. I tak dalej, i tak dalej. Porwana struktura filmu znalazła uzasadnienie – sześćdziesiąt pięć minut filmu było jedynie pozostałością po nakręconym materiale, którego resztę usunęła cenzura. Ucierpiał na tym zwłaszcza Jerzy Dobrowolski, który na początku wydaje się jednym z głównych bohaterów filmu, a po wejściu na statek właściwie znika. Jego osoba – i jego postać – to właściwie dwuwarstwowa – symboliczna i dosłowna – metafora instytucji krytyki. Jako aktor był mocno nie na rękę władzy, jako postać był mocno nie na rękę krytyce. Dlatego z Rejsu zniknął szybciej, niż się w nim pojawił.

Wisienką na torcie okazało się odkrycie, że film nakręcono w Toruniu, czyli mieście oddalonym zaledwie o czterdzieści kilometrów od miejsca mojego urodzenia i miejsca, w którym spędziłem młodość. Odkrycie dialogów z Rejsu wypisanych na ścianach Bulwaru Filadelfijskiego było uczuciem podobnym do zobaczenia dobrego przyjaciela po latach rozłąki. Siadając nad Wisłą pod starym miastem, widziałem ten sam krajobraz, który widzieli twórcy mojej ulubionej komedii. To było coś niesamowitego. Równie niesamowitego jak sam Rejs. To obraz, który bawi ludzi od pokoleń, a jego moc wydaje się nie przemijać. Chociaż do wielu osób nie dociera ten typ humoru i nie mogą poradzić sobie z eksperymentalnym, dokumentalnym, nieskładnym charakterem dzieła, to jednak są świadomi jego oddziaływania. Co więcej, mimo upływu lat Rejs pozostaje aktualny. Sytuacje i sceny z wycieczkowego statku pływającego po Wiśle można odnieść do dzisiejszych czasów. Bo czy nie jest tak, że idea rozwoju intelektualno-duchowego jest obecnie drugoplanowa wobec kultu sportu i fizyczności? Czy mądrze, ale niezrozumiale mówiący filozof nie topi się w głębokiej wodzie, a po jego słowach zostaje tylko bulgot? Czy przypadkowi ludzie bez kompetencji nie zajmują najwyższych stanowisk? Wreszcie, czy nie bywa tak, że ktoś piosenki nie słyszał, ale chciałby o niej powiedzieć kilka słów?

 

REKLAMA