search
REKLAMA
Recenzje

Razorback (1984). Świński terror

Tekst gościnny

23 stycznia 2017

REKLAMA

Autorem tekstu jest Łukasz Krajnik.

Russell Mulcahy to nazwisko, które większość kinomaniaków kojarzy za sprawą kultowego Nieśmiertelnego. Wszyscy z rozrzewnieniem wspominają vhsowy szał związany z legendarnymi przygodami Connora MacLeoda. Jednak ten australijski reżyser ma na koncie również inne ciekawe tytuły, które są często ignorowane nawet przez największych fanów kina.

Jeden z takich filmów to Razorback – trzymający w napięciu horror o… polującym na ludzi dzikim wieprzu. Ten absurdalnie brzmiący koncept jest zrealizowany z tak niesamowitym wdziękiem, że podczas seansu ręce same składają się do oklasków.

Jedną z największych zalet tej pozycji jest umiejętnie tworzona gęsta atmosfera. Połączenie nastrojowej muzyki i obrazu potrafi zjeżyć włos na głowie równie efektywnie co Szczęki Stevena Spielberga. Podobnie jak w arcydziele autora Listy Schindlera, wykreowanie poczucia zagrożenia jest ważniejsze od pokazywania samego potwora. Przerośnięta świnia pojawia się jedynie w kilku krótkich scenach, zaś najbardziej przerażające są te momenty, gdy straszliwa kreatura czai się gdzieś w zakamarkach australijskiego krajobrazu.

Mulcahy doskonale bawi się oczekiwaniami widza i zamiast podkreślać niedorzeczność wyjściowego pomysłu, stara się traktować swoją osobliwą ideę śmiertelnie poważnie. Nie liczcie więc na komediowe przerysowanie w stylu wczesnych dokonań Sama Raimiego i Petera Jacksona. Razorback to kino brudu, krwi i terroru.

Ważnym elementem tego filmu jest również bardzo dobra gra aktorska właściwie całej obsady. Zawziętość głównego bohatera pragnącego odnaleźć bestię, która rozszarpała jego żonę, jest godna podziwu i od razu przykuwa uwagę widza. Grany przez Gregory’ego Harrisona Carl Winters to protagonista, któremu kibicuje się przez pełne dziewięćdziesiąt pięć minut. Na dodatek reżyser zapoznaje nas z całą gamą barwnych mieszkańców małego miasteczka, momentami jeszcze bardziej nieprzewidywalnych niż ścigane przez nich monstrum.

Jednak to, co najbardziej wyróżnia tę historię na tle innych opowieści o zmaganiach człowieka z niebezpiecznymi zwierzętami, można zawrzeć w jednym słowie: zdjęcia. To, co zrobił operator Dean Semler (znany chociażby z Mad Maxa 2) trzeba nazwać majstersztykiem. Udało mu się w niesamowity sposób przedstawić piękne pejzaże Australii, które jednocześnie zachwycają i przerażają swoją nieposkromioną dzikością. Jego wkład jest również widoczny podczas sekwencji ataków tytułowego potwora. Są one sfilmowane w surrealistyczny sposób, sprawiający wrażenie obcowania z wydarzeniami odbywającymi się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Doprowadzona do perfekcji gra światłem i cieniem wprawiła w osłupienie wielu krytyków, porównujących oniryczne wizje Semlera do artystycznych kreacji Salvadora Dalego. Ja poszedłbym o krok dalej i stwierdził, że prawie każde ujęcie z Razorback można oprawić w ramkę i zawiesić na ścianie jako mistrzowskie dzieło sztuki współczesnej.

https://www.youtube.com/watch?v=KvdoIls9iFk

Razorback to perełka, po którą warto sięgnąć, żeby przekonać się, ile dobrego można wycisnąć z pozornie komicznego pomysłu. Dzieło Russella Mulcahy’ego to horror dla fanów oryginalnego podejścia do gatunku. Polecam ten film, ponieważ ekscytowanie się zmaganiami z groźnym wieprzem, atakującym na rozjaśnionych przez wściekłe słońce, urokliwych obrzeżach Australii jest idealną odtrutką na zimę za oknem.

REKLAMA