Connect with us

Recenzje

PRZYCIĄGANIE. Czy kosmici kochają rosyjskie dziewczyny?

PRZYCIĄGANIE to rosyjskie sci-fi z romantycznym zacięciem, które błyszczy, ale czy ukrywa brudy w zakamarkach fabuły? Odkryj tajemnice!

Published

on

PRZYCIĄGANIE. Czy kosmici kochają rosyjskie dziewczyny?

Z rosyjskim kinem sci-fi jest trochę tak jak ze świeżo umytym samochodem, którym wyjeżdża się z myjni. Niby wszystko się błyszczy, a automat może nawet pokryć karoserię woskiem. Co z tego jednak, gdy po bliższym przyjrzeniu się widać, że brud został i na tablicy rejestracyjnej, i w oprawach bocznych lusterek, i w zakamarkach między karoserią a znaczkiem modelu auta, zwłaszcza gdy ma się toyotę. Z filmem Przyciąganie Fiodora Bondarczuka jest podobnie. Z zewnątrz niby wszystko w porządku, a człowiek nawet otwiera usta ze zdziwienia, że za wschodnią granicą potrafią robić takie efekty.

Advertisement

Szybko jednak widać rysy na tym wschodnim diamenciku, a nawet ogromne wżery. Czy zatem nadzieję na dobre twarde kino sci-fi zabija element naiwnego romansidła w amerykańskim stylu, pokroju Zmierzchu?

Już po pierwszych dwudziestu minutach boleśnie przekonałem się, że Bondarczuk to nie Tarkowski, chociaż 9. kompanię zrobił po mistrzowsku. Nawet jeśli temu drugiemu brakowało środków, by odpowiednio abstrakcyjnie przedstawić np. rzeczywistość Solaris, ratował się genialnie napisanym scenariuszem i intertekstualnym perfekcjonizmem w interpretacji prozy Lema.

Advertisement

Bondarczuk jakby zachłysnął się formą superprodukcji zza oceanu i nie wystarczyło mu już odpowiedniego intelektualnego zaangażowania, żeby wymyślić, coś, co nie będzie kolejnym fantastycznonaukowym frazesem.

Produkcja zaczyna się dość standardowo. Gdzieś z dalekich odmętów kosmosu w naszym Układzie Słonecznym pojawia się zbłąkany statek obcych. Nie pojawiłby się, gdyby nie uszkodzenia systemu maskującego, a tak ma to szczęście wejść w ziemską atmosferę nad Rosją. Jak to w rosyjskim filmie gloryfikującym sprawność działania elementów siłowych państwa bywa, statek obcych zostaje wykryty przez obronę powietrzną wielkiego niedźwiedzia. Z jedynego rosyjskiego lotniskowca „Admirał Kuzniecow” momentalnie podrywają się samoloty Su-27 (tak mi się przynajmniej wydaje po geometrii skrzydeł) i ostatecznie zestrzeliwują tajemniczy obiekt, który awaryjnie ląduje gdzieś w Czertanowie, moskiewskiej dzielnicy monumentalnych bloków, które zamieszkują lokalni miłośnicy piłki nożnej i kijów bejsbolowych. Wymarzone miejsce na bezprecedensowe spotkanie człowieka z przybyszami z kosmosu.

Advertisement

W tak zwanym międzyczasie obok wątku kosmicznego rozwija się romans między córką pułkownika, kierującego akcją potencjalnego spotkania z kosmitami, oraz lokalnym dresiarzem. Łatwo się domyślić, że losy tych postaci zostaną mocno splecione z przedstawicielami obcej cywilizacji, Nie spodziewałem się jednak, że główna intryga zostanie oparta na nieoczekiwanym uczuciu między córką pułkownika a humanoidalnym, nieśmiertelnym kosmitą oraz zemście odrzuconego dresa, którym zawładnie chęć zemsty na obcym.

I w ten sposób pojawia się w filmie również trzeci wątek, a mianowicie problem relacji średnio niskich warstw społeczeństwa rosyjskiego w ogóle do innych nacji, niezależnie czy pochodzą z innej szerokości geograficznej czy spoza Ziemi. Z jednej strony pomyślałem więc, że reżyser podszedł do tematu ambitnie, skoro zdecydował się wymieszać wątek melodramatyczny ze stricte amerykańską wizją potencjalnej inwazji obcych na Ziemię i dodatkowo zakropić to wszystko dygresjami na temat rosyjskiej ksenofobii.

Advertisement

Z tej wybuchowej mieszanki gatunków i tematów wyszedł jednak film bardzo nierówny, niekonsekwentny i nielogiczny, chociaż technicznie całkiem nieźle zrobiony, a miejscami nawet ciekawy. Spoglądając jednak na pierwsze sceny, gdy pułkownik Lebiediew (Oleg Mieńszykow) na wyjątkowo niskim poziomie aktorskim reaguje na niezapowiedziane lądowanie obcego statku kosmicznego, poczułem, że chyba coś tu nie gra. I faktycznie. Generalnie można odnieść wrażenie, jakby aktorom nie zależało. Są jak doklejone postaci do komputerowo stworzonego tła. Wyjątkiem jest kosmita Hijken (Rinal Mukhametow) oraz zadziorny chłopak Julii (Irina Starszenbaum), Artiom (Aleksander Petrow). Może to przez brak doświadczenia w tego typu produkcjach?

Advertisement

Przyciąganie zaczyna się z niemałym rozmachem. Rosjanie pokusili się nawet o zaprezentowanie iście ultranowoczesnego centrum kontroli bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej. Ileż to razy widziałem w amerykańskiej kinematografii obraz zafrasowanych min superważnych oficerów przed wielkim ekranem z nakreśloną trajektorią lotu niezidentyfikowanego obiektu latającego. Zawsze to samo – gapią się, analizują dane, dzwonią do cywilnych oficjeli i na końcu coś w końcu wystrzeliwują z mniejszym lub większym sukcesem. To może oczekiwanie nietypowe i na wyrost, lecz po kinie naszych wschodnich przyjaciół spodziewałem się jednak ciut więcej niż kalki produkcji Made in Hollywood w stylu Dnia zagłady.

Oczywiście Przyciąganie filmem katastroficznym nie jest. Z początku może się tak wydawać, kiedy ogląda się świetnie zrobioną scenę lądowania uszkodzonego statku obcych, który przypomina nieco gigantyczne oko rozrywające swoją kolorową źrenicą rosyjskie bloki niczym klocki Lego. Później jednak film się „uspokaja”, akcja wyraźnie zwalnia, a fantastyka zostaje przesłonięta przez rodzące się uczucie między Ziemianką a kosmitą Hijkenem. Opanowanie owych dwóch tematów tak, aby utrzymać jednolity rytm filmu, wydaje się niezmiernie trudne i zapewne dlatego reżyser na tym gruncie poległ.

Advertisement

Nie pomogły ani inteligentnie prowadzona kamera, ani muzyka, która mimo patetycznego stylu, nie wychylała się zanadto na pierwszy plan, jak to jest w wielu amerykańskich produkcjach o superbohaterach. Bębny, trąby i rzępolące smyczki – tak można by podsumować np. Dzień niepodległości czy Avengers. Przyciąganie zaś wykorzystuje dość urozmaiconą gatunkowo muzykę Iwana Burliajewa do umocnienia nastroju, a nie rzucenia nim w twarz widzowi.

Przy tak rozstawionych akcentach, nic nie mogło niestety pomóc rosyjskiemu filmowi w wydobyciu się z melodramatycznej stylistyki, dodatkowo podszytej chęcią pokazania mocarstwowej pozycji Rosji. Ale to tylko jedna strona medalu, jeśli patrzy się na film sci-fi w sposób „twardy”, naukowy, licząc na to, że reżyser nagle odkryje przed nami jakąś nowatorską koncepcję na spotkanie ludzkiej rasy z obcymi.

Advertisement

Po drugiej stronie leży rozległy ocean ludzkiej emocjonalności, która zostaje doceniona przez tak doskonałych obcych ze świata podobnego Arkadii. Gdyby dokładnie przeanalizować dialogi, to wcale nie jest tak infantylnie, jak widzą to niektórzy widzowie i krytycy. Mowa o uczuciach z natury jest nacechowana pewną dozą infantylizmu, a kiedy jeszcze ukazuje się je tak, by również nieobyci z mówieniem o emocjach, młodzi widzowie zrozumieli o co chodzi, pewnie niektórzy co dojrzalsi stwierdzą: jakie to naiwne. Pomyślmy jednak, że przecież Hijken w naszym, ludzkim rozumieniu jest przerażająco naiwny, bo nie spisuje tak łatwo na straty człowieka, mimo, że ten zrobił to już dawno w stosunku do siebie i swojej planety.

Ludzie ewidentnie nie są jeszcze gotowi na spotkanie z obcą cywilizacją. Tyczy się to nie tylko Rosjan, ale i całego gatunku ludzkiego. Nieśmiertelny kosmita boleśnie się o tym przekonuje, a mimo to w swojej doskonałości jest gotów oddać życie w imię miłości do córki pułkownika Lebiediewa. Morałem więc z tej całej historii jest to, że nie potrafimy jeszcze wznieść się ponad religijny przesąd i irracjonalną niechęć do obcych oraz zaakceptować innych porządków moralnych, chociaż paradoksalnie w odpowiednich warunkach umiemy się radykalnie poświęcić. W sumie nie byłoby w tym ogólnym wniosku nic infantylnego, gdyby nie zbyt łopatologiczna forma jego przekazania w filmie.

Advertisement

Pozostawię jednak tę kwestię otwartą, bez jednoznacznej oceny, ponieważ sam nie mam przekonania, czy ostatecznie skrytykować taką formę narracji. Wiem natomiast, że gdy nieraz chce się mówić do szerszego grona odbiorców, trzeba otrzeć się o tzw. kicz. Niech widzowie więc zdecydują, czy tak zaprezentowane kwestie sercowe mogą współistnieć ze stylistyką science fiction.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *