search
REKLAMA
Recenzje

PERSWAZJE. Bridget Jones w wehikule czasu

Najnowsza adaptacja ostatniej powieści Jane Austen zawiedzie nie tylko fanów jej twórczości.

Agnieszka Stasiowska

16 lipca 2022

persuasion-perswazje-dakota-johnson-main
REKLAMA

W piątek 15 lipca swą premierę na platformie Netflix miały Perswazje – najnowsza adaptacja powieści Jane Austen, tym razem w interpretacji Carrie Cracknell, uznanej brytyjskiej reżyserki teatralnej. Cracknell, która w czasie swojej stosunkowo krótkiej, ale niezwykle intensywnej kariery (m. in. w wieku 26 lat została najmłodszym dyrektorem artystycznym w Wielkiej Brytanii) pracowała ze scenami zarówno Londynu, jak i Nowego Jorku, postanowiła nadać klasycznej powieści uwielbianej na całym świecie brytyjskiej autorki nieco nowoczesnego sznytu.

Heroina rom-komu

Anna Elliott kochała już raz i wierzy, że jej miłość była – jest – prawdziwa. Jej ukochany jednak nie sprostał wygórowanym wymaganiom rodziny i przyjaciół, został zatem przez nią odrzucony. Po ośmiu latach kapitan Frederick Wentworth powraca ze służby na morzu w chwale i ze znacznym majątkiem. Anna nadal go kocha, nie ma jednak większych nadziei na to, że los ponownie ich ze sobą zetknie. Naturalnie, przewrotny los pisze własne scenariusze…

Tak z grubsza przedstawia się zarys powieści Jane Austen – jej ostatniego dzieła, najbardziej dojrzałego, i – co tu dużo mówić – dość melancholijnego. Anna Elliott to kobieta o złamanym sercu, bardziej niż przekonana o tym, że nie będzie jej już dane zaznać szczęścia. Perswazje to powieść krótka, ale przesycona spokojną rezygnacją.

Dziwić zatem może fakt, że Carrie Cracknell postanowiła nadać Perswazjom ton komediowy. Niestety, wydaje się to już znakiem rozpoznawczym produkcji Netflixa, że biorą one ze znanych i lubianych dzieł zarys fabuły i nazwiska postaci, po czym zmieniają całkowicie ich charaktery i łączące je relacje. Także i w przypadku Perswazji nie zdało to egzaminu.

Tak naprawdę Cracknell nakręciła kolejny typowy rom-kom. Jej główna bohaterka co prawda przeżyła zawód miłosny, objawia się on jednak w standardowy dla takich produkcji karykaturalny sposób, nieco na modłę Bridget Jones – nadużywaniem trunków, prymitywnymi odzywkami na kacu i infantylnymi zachowaniami typu wrzaski przez otwarte okno czy spontaniczne kąpiele w morzu. Z epoki w Perswazjach nie zostało bez mała nic poza zbliżonymi do ówczesnych krojami sukni – a i tu dopuszczono się dziwacznych odstępstw od materiału źródłowego. Dodatkowo siłą postaci Austen są ich nieco przerysowane charaktery – w filmowej adaptacji z roku 2022 trudno rozpoznać kogokolwiek z oryginalnych bohaterów powieści, z chlubnym wyjątkiem młodszej siostry Anny, Mary – zagranej brawurowo przez Mię McKenna-Bruce.

Postaci dramatu, dramat postaci

Potraktowanie postaci to jeden z głównych problemów tego filmu. Nawet gdyby przyjąć, że to współczesna historia w dziwacznych wdziankach, w Perswazjach nie broni się żadna kreacja. Najbardziej „charakterne” postaci oryginału – sir Walter Elliott, ojciec Anny, czy rubaszny admirał Croft – są sprowadzone do bezbarwnego tła. Sir Walter miał niezłe wejście, ale film ograniczył go do jednej jedynej sceny. To zdecydowanie za mało, żeby Richard E. Grant mógł w tej roli rozwinąć skrzydła. A potencjał ma ogromny.

Pierwszoplanowe trio – Dakota Johnson, Cosmo Jarvis (Anihilacja, Lady M.) i Henry Golding (Bajecznie bogaci Azjaci) – zawodzi aktorsko na całej linii, choć nie zawsze ze swojej winy. Jedną z głównych obaw czekających na tę adaptację fanów Austen było obsadzenie w roli Anny Dakoty Johnson, znanej z trylogii o Greyu. Pojawiały się opinie, że jest zbyt ładna, zbyt amerykańska, że nie ma talentu. Jedno można powiedzieć – nie ma szczęścia do ekranowych partnerów. Mimo że w Perswazjach widocznie się stara, usiłując przekonać widza wśród porozumiewawczych uśmieszków, jak bardzo cierpi z powodu złamanego serca, po raz kolejny pomiędzy nią a jej towarzyszem nie ma żadnej chemii. Tym razem to ona jest jaśniejszym (co nie znaczy, że jasnym…) punktem duetu, ponieważ grający Wentwortha Cosmo Jarvis przez cały film wygląda, jakby nie wiedział, gdzie się znalazł i czego się od niego oczekuje. Najwyraźniej uznał, że najlepszą metodą na zagranie Brytyjczyka jest wydawanie z siebie ponurych pomruków i spoglądanie w dal wzrokiem zbitego psa, niestety, nie pomaga to w budowaniu jakiekolwiek relacji z ekranową partnerką. Ich wspólne sceny są płaskie i bez wyrazu i przez cały film pragnienie, by Anna i Frederick ponownie się zeszli, nie nawiedza widza ani razu. Jest to absolutna klęska obsadowa. Na domiar złego tych dwoje dopełnia Henry Golding w roli kuzyna Elliotta, któremu nikt nie przekazał, że ma być uroczy, ale podstępny zarazem, i pozostał przy uroczym. W zestawieniu z jego niewątpliwą urodą i swobodnym prowadzeniem roli daje to efekt dokładnie przeciwny do zamierzonego. Jako że scenariusz nie pomaga mu w jakimkolwiek kreowaniu postaci, ponieważ pan Elliott swoje podstępne motywy wykłada na tacy niedługo po tym, jak pojawia się na ekranie, w sposób, który każe widzowi natychmiast o nich zapomnieć i w zasadzie ochoczo mu kibicować, postać Goldinga jest – kuriozalnie – tą, z którą widz łapie największy kontakt.

Gruzy czwartej ściany

Niezależnie jednak od wysiłków Goldinga Dakota Johnson irytująco dominuje na ekranie, objaśniając niemal każdą scenę. Jest takie określenie „burzenie czwartej ściany”, które oznacza, że dana postać w filmie czy sztuce teatralnej zwraca się bezpośrednio do widza, świadoma jego obecności, lub daje znać, że wie o tym, że jest obserwowana. Perswazje wynoszą to zjawisko na nowy poziom – tutaj nie ma już czego burzyć. Anna w wydaniu Netflixa bardziej zdaje się zainteresowana interakcją z widzem niż z którąkolwiek z osób towarzyszących jej aktualnie przed kamerą, co jest nie tylko męczące, ale i odbiera całemu przedsięwzięciu sens. Widz zwyczajnie nie ma szans uwierzyć, że cokolwiek z tego, na co patrzy, jest autentyczne, czuje się raczej jak na słabym szkolnym przedstawieniu, komentowanym na bieżąco przez rozczarowaną mamusię odrzuconego w castingu ucznia.

Podsumowując, najnowsze Perswazje nie tylko nie oddają ducha powieści Jane Austen, nie tylko nie umywają się do poprzednich adaptacji tej powieści (wśród fanów Austen nadal nierozstrzygnięty pozostanie spór, czy lepszą Anną była Amanda Root czy Sally Hawkins), ale też nie bronią się jako samodzielny, niezależny od literackiego pierwowzoru twór. Nawet jeśli litościwie spuścimy zasłonę milczenia na absurdalne wręcz dla epoki, momentami aż humorystyczne sceny (szarpanie się ze stołkami przy kolacji czy podpisana nazwiskiem na drzwiczkach kareta będą należały do moich ulubionych), nawet jeśli wybaczymy reżyserce komediowe podejście do powieści o całkowicie odmiennym charakterze (Co będzie następne? Rozchichotana Anna Karenina?), i tak jej debiutanckie dzieło uznać należy za stratę czasu. Perswazje przeżuwa się z trudem jak nielubiane danie i można mieć pewność, że po spożyciu ta niestrawna mikstura znanej historii i oklepanych chwytów zalegnie widzowi na żołądku. Jeśli zatem masochistyczne skłonności nie pchają was w kierunku dzieła Cracknell, a od filmu oczekujecie czegoś więcej niż okazjonalnych ładnych widoczków, wybierzcie na wieczorny seans coś innego.

Agnieszka Stasiowska

Agnieszka Stasiowska

W filmie szuka różnych wrażeń, dlatego nie zamyka się na żaden gatunek. Uważa, że każdy film ma swojego odbiorcę i kiedy nie przemawia do niej, na pewno trafi w inne, bardziej skłonne ku niemu serce.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA