search
REKLAMA
Recenzje

DZIEWCZYNA ZE ZDJĘCIA. Straszna historia

Dziewczyna ze zdjęcia, którą można oglądać na Netflixie, wykonuje kolejne obroty w internetowych bańkach z etykietami „obrzydliwy”, „szokujący” i „przerażający”.

Tomasz Raczkowski

16 lipca 2022

REKLAMA

Nowy dokument z sektora „true crime”, na pozór niczym niewyróżniający się z zastępu innych produkcji non-fiction zasilających miesiąc w miesiąc biblioteki platform streamingowych, ni stąd, ni zowąd staje się komentowanym szeroko tematem, docierającym nie tylko do kinowych pasjonatów, ale aż do głównych stron pozafilmowych portali. Dziewczyna ze zdjęcia, którą można oglądać na Netflixie, wykonuje kolejne obroty w internetowych bańkach z etykietami „obrzydliwy”, „szokujący” i „przerażający”. Co takiego zawiera więc film Skye Borgman, czym wyróżnia się spośród innych lipcowych streamingowych premier?

Dziewczyna ze zdjęcia rozpoczyna się od opisu zdarzenia z 1990 roku, gdy przy drodze nieopodal Okhaloma City znaleziona została ofiara domniemanego potrącenia, zidentyfikowana jako Tonya Hughes. Jak miało się później okazać, był to moment, gdy w pole widzenia władz i organów ścigania dostała się tragiczna, pełna kłamstw i przemocy historia. Niemal od początku w sprawie Tonyi pojawiało się wiele znaków zapytania – począwszy od podejrzanych obrażeń i niejednoznacznych okoliczności jej śmierci oraz podejrzanego zachowania mężczyzny, który posługiwał się imieniem Clarence i podawał za jej męża oraz ojca kilkuletniego Michaela, którego zmarła osierociła. Na skutek zainteresowania instytucji opieki i policji na jaw wyszły kolejne fakty i doszło do kolejnych dramatycznych zdarzeń, popychających funkcjonariuszy do dalszych dociekań odsłaniających szokujące fakty na temat tożsamości i przeszłości Tonyi oraz Clarence’a.

Skupienie na faktach

Nie wypada zdradzać już więcej – choć informacje na temat osób, o których opowiada Dziewczyna ze zdjęcia, można znaleźć w dość szerokich omówieniach w internecie, w 2004 roku powstał też poświęcony ich sprawie reportaż A Beautiful Child Matta Bribecka (występującego zresztą w filmie), rozwój historii należy uznać za fabułę filmu i nie zdradzać jej w recenzji. Borgman robi zresztą sporo, by utrzymać napięcie w trakcie seansu i kolejne zwroty „akcji” (a jest ich sporo) podawać z odpowiednim namaszczeniem. W tym miejscu można jednak wskazać, że przywołane na wstępie epitety, którymi w internecie opatruje się Dziewczynę ze zdjęcia – „obrzydliwy”, „straszny”, „chory” itd. – dotyczą przedstawianej historii, nie samego dokumentu. Faktograficzna warstwa filmu rzeczywiście może przyprawiać o gęsią skórkę, zaglądamy bowiem do akt wyjątkowo okrutnego i zdegenerowanego moralnie przypadku psychopatycznej opresji. Choć w pierwszej chwili może się wydawać, że to w zasadzie kolejna opowieść o dysfunkcyjnej relacji, to nagromadzenie wątków psychicznej opresji, wykorzystania, fizycznej przemocy, manipulacji i krzywdy robić może wrażenie nawet na weteranach tego rodzaju reportaży.

Pod względem rekonstrukcji dramatycznej historii tytułowej dziewczyny oraz towarzyszącego jej mężczyzny reżyserka wykonuje rzetelną pracę. Można kręcić nosem, że zabrakło w jej filmie trochę autorskich dociekań i dotarcia do niektórych kluczowych osób (lub wyjaśnienia, czemu było to niemożliwe), ale też i formuła Dziewczyny ze zdjęcia jest z założenia sprawozdawcza. Borgman zbiera po prostu dostępne narracje i fakty, kompilując je w klarowną opowieść. Podchodząc do tragicznej historii, doświadczona w pracy z tego typu materiałem reżyserka nie chce narzucać swoich stylistycznych stempli ani formalnych sztuczek. Tworzy poprawny, skupiony na prezentacji faktów dokument, raczej zdając relację ze sprawy, niż kreując opowieść.

Robi to jednak aż zbyt poprawnie. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że ekipa filmu Borgman (w tym marketingowcy, którzy promują film w sieci) zasłaniają się, w sensie czysto filmowym, opowiadaną historią. Dziewczyna ze zdjęcia jest momentami boleśnie schematyczną rzeczą, pełną „gadających głów”, ludzi przesiadających się między fotelem a biurkiem, inscenizowanych rozmytych retrospekcji i komentarza z offu. Tak jak wspomniałem, to rzetelna robota reporterska, ale w momencie, gdy do dyspozycji mamy setki pozycji o takim profilu, od filmu dokumentalnego można wymagać więcej. Formalnie od Borgman nie dostałem nic, o co mógłbym się jako odbiorca zaczepić. Rozumiem, że jest to konwencja, ale właśnie tę konwencję oceniam. Film zapada w pamięć ze względu na wykorzystanie nośnego, atrakcyjnego (kontrowersyjne słowo w kontekście omawianych zdarzeń, ale narratologicznie adekwatne) tematu, ale jedynie go kapitalizuje, nic na jego podstawie nie budując. To trochę ekranizacja artykułu na Wikipedii. Owszem, robi wrażenie, ale niespecjalnie jest to związane z walorami filmowymi.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Antropolog, krytyk, entuzjasta kina społecznego, brytyjskiego humoru i horrorów.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA