PATERSON. Poemat ku chwale zwyczajnego życia

Witajcie w Paterson, gdzie wita was… Paterson. Tytuł najnowszego filmu Jima Jarmuscha to zarazem nazwa autentycznego miasteczka w New Jersey – liczącego niecałe sto pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców domu Lou Costello i Rubina Cartera – jak i imię głównego bohatera. Wcielający się w niego Adam Driver jest… kierowcą autobusu, żeby było śmieszniej. Jego życie wypełnia typowa rutyna – budzi się codziennie o tej samej godzinie obok swojej niezmiennie rozkosznej kobiety, jeździ wciąż tą samą linią, na której mimowolnie przysłuchuje się rozmowom pasażerów; a nocami wyprowadza złośliwego psa na spacer po tej samej trasie, na której końcu wpada jeszcze „na jednego” do tego samego baru na rogu, gdzie może z kolei nieco aktywniej zaangażować się we wciąż powtarzające się rozterki innych mieszkańców. W wolnych chwilach uprawia jeszcze amatorską poezję, w której zachwala drobne rzeczy ze swojej codzienności.
Tak też należy odbierać film Jarmuscha – od zawsze swoistego poety celuloidu, który tym razem postanowił skupić się na danym miejscu na ziemi. Nie on pierwszy zresztą, wszak Paterson stanowi podstawę dla całych tomików poezji Williama Carlosa Williamsa – cichego bohatera także i u Jarmuscha, który odwołuje się do twórczości mistrza, wykorzystując w dodatku wydatnie stare, jak i nowe, stworzone specjalnie na potrzeby filmu wiersze swojego ulubieńca, Rona Padgetta. W Paterson słychać poza tym także echa innych tuzów pozbawionego rymów słowa pisanego. Ich wpływ czuć nie tylko w pojawiających się bezpośrednio na ekranie słowach, ale też i w iście poetyckim tempie historii, jej specyficznej, tradycyjnie już przegadanej atmosferze.
Jak na Jarmuscha przystało jest więc bardzo spokojnie, wręcz leniwie.
Dzieje się tutaj tyle, co nic. Reżyser jedynie raz czy dwa podkręca tempo płynącej swoim własnym rytmem produkcji, która nawet jak na niego może wydać się zbyt ślamazarna. Jej jednostajność daje się we znaki zwłaszcza pod koniec, gdzie charakterystyczny styl amerykańskiego gawędziarza odrobinę zaczyna nużyć. Fani reżysera powinni być jednak ukontentowani ujmującym klimatem projektu – notabene od blisko dwudziestu lat obijającego się po szufladzie Jarmuscha – jego przyjemnym humorem, detalami drugiego planu i dużą szczerością. Ot, życie uchwycone na filmowych klatkach z dodatkiem odrobiny przemyśleń na jego temat.
Szczęśliwie daleko temu dziełu do filozoficznego elaboratu i niezrozumiałych wywodów. Owszem, trafia się kilka scen tyleż osobliwych, co podnoszących do góry brew w konsternacji; a niektóre z przykładów radosnej twórczości Patersona-kierowcy zahaczają o bolesny banał. Ale, jak to u tego twórcy zwykło bywać, wszystko jest nad wyraz proste i zapodane w wyjątkowo klarowny sposób, być może nawet aż za bardzo oczywisty. Z całą pewnością jednak ewentualne braki w literackiej edukacji nie przeszkadzają cieszyć się filmem, który pomimo swej specyficznej i nie przemawiającej do każdego natury, nadaje się do wielokrotnego oglądania. A na co bardziej wrażliwych, tudzież wyczulonych na niezwykłość przeciętności kryjącego się za oknem świata, stanowić może prawdziwy balsam na duszę i naprawdę kojące doświadczenie.
Znajdzie się tu zresztą także mała niespodzianka dla miłośników Wesa Andersona.
Skupiając się na zaledwie dwójce – no, trójce, jeśli liczyć uroczy, psi dodatek – bohaterów, Jarmusch oferuje nam także swoisty przekrój przez społeczeństwo małomiasteczkowej Ameryki. Pełnego indywidualności (często i ku zaskoczeniu Patersona występujących w parach) i zarazem tak bardzo jednolitego, swą prostolinijnością dorównującego fabule. Barwne szaraczki z typowymi dla klasy średniej problemami, które u jakiegokolwiek innego twórcy z pewnością oznaczałyby dla widza śmierć kliniczną podczas seansu. U Jarmuscha natomiast bawią, wzruszają, dają do myślenia (oczywiście nie na tyle, byśmy się intelektualnie przemęczyli). Stają się nam bliscy i, wbrew wszelkiej logice oraz pozorom, ciekawi – być może także i bardziej ludzcy od naszych prawdziwych sąsiadów i osób, które mijamy codziennie na ulicy. Ot, sztuka – nawet jeśli wyłącznie czysto użytkowa, pozbawiona dużego „s” z przodu.
Ostatecznie o wielkim, porywającym kinie nie ma mowy – o ile to u autora Broken Flowers i Tylko kochankowie przeżyją w ogóle możliwe. Ma jednak bez wątpienia Jarmusch na swoim koncie filmy lepsze, ciekawsze i bardziej wymagające, mocniej też zapadające w pamięć. Skromność i poetyka Patersona jak najbardziej ujmuje, choć to poniekąd film będący więźniem własnej estetyki. Niby idealny do kontemplowania przy kawie i papierosach, ale też i odrobinę hermetyczny. Taki, który może łatwo nakłonić do sięgnięcia po tomik ulicznej poezji – a kto wie, czy również i nie czynnego jej współtworzenia; przychylniejszego spojrzenia na zwykłość otaczającego nas świata. I tyle. Czasem nic więcej do szczęścia jednak nie potrzeba.