Recenzje
OSTATNIA WIECZERZA. Egzorcyzmy à la PRL
Okazuje się, że jeśli jest się entuzjastą takim jak Bartosz M. Kowalski, można z powodzeniem postraszyć polskich widzów, a przy tym zrobić to na takim poziomie, że i za oceanem nie byłoby wstyd.
Przez lata utarło się, że w Polsce nie da się nakręcić dobrego horroru i chyba sami filmowcy także uwierzyli w tę tezę – chyba ostatnie próby nakręcenia polskiego kina grozy w XX wieku zatrzymały się na latach 80. (nie licząc naprawdę złych filmów Marka Piestraka). I chyba właśnie ze względu na ten brak zainteresowania polskich filmowców gatunkiem horroru do dzisiaj każda polska produkcja wpisująca się w konwencję kina grozy jest dla widzów wydarzeniem. Ostatnia wieczerza zadaje kłam twierdzeniu, że w Polsce horrorów robić się nie da. Otóż da się i to na zupełnie niepolskim poziomie!
Już sekwencja otwierająca najnowsze dzieło Bartosza M. Kowalskiego, którego twórczość śledzę już od jego pierwszego dokumentu Moja Wola, zapowiada, że nie mamy tu do czynienia z amatorszczyzną – skojarzenia ze Stygmatami (1999) są jak najbardziej zasadne i zdziwiłbym się nie na żarty, gdyby Kowalski nie inspirował się właśnie skądinąd niezłym filmem Ruperta Wainwrighta.
Z pierwszych scen
Po dwóch częściach W lesie dziś nie zaśnie nikt Bartosz M. Kowalski mógł z powodzeniem uchodzić za wiodącego przedstawiciela gatunku horroru wśród polskich filmowców, ale trzeba przyznać, że w przypadku dwóch poprzednich krwawych produkcji Netflixa panu Bartoszowi trochę się odpłynęło – zwłaszcza w przypadku W lesie dziś nie zaśnie nikt 2, gdzie zabawa z konwencją zamieniła się w karykaturę gatunku.
Ostatnia wieczerza także co prawda zawiera elementy „wariacji na temat”, ale w swej zasadniczej części ma pełną świadomość celu – jako horror ma przede wszystkim budować przerażającą atmosferę i – najzwyczajniej w świecie – straszyć. To filmowi Kowalskiego wychodzi naprawdę nieźle i to nawet pomimo dość niefortunnych wyborów obsadowych. I nie chodzi tu o to, że Piotr Żurawski czy Olaf Lubaszenko to aktorzy o niewystarczającym talencie – wręcz przeciwnie! Tyle że obaj są mocno charakterystyczni, a częściej odnajdywali się w repertuarze komediowym niż horrorowym.
Wszystkiego jednak trzeba w życiu spróbować i zarówno młody Żurawski, jak i doświadczony Lubaszenko wzorcowo wywiązują się ze swoich ról – zwłaszcza ten drugi odnajduje w sobie pokłady mroku, o które w życiu bym pana Olafa nie podejrzewał.
Horrory o egzorcyzmach to wręcz osobny podgatunek kina grozy, ukazywanie walki przedstawicieli Kościoła katolickiego z najróżniejszymi demonami urosło zaś już do rangi klasycznego horrorowego pojedynku. Nie przypuszczałem jednak, że i w realiach naszego filmowego podwórka może powstać solidna produkcja zaliczająca się do tej kategorii. Okazuje się, że jeśli jest się entuzjastą takim jak Bartosz M. Kowalski, można z powodzeniem postraszyć polskich widzów, a przy tym zrobić to na takim poziomie, że i za oceanem nie byłoby wstyd. Ostatnia wieczerza realizacyjnie nie odstaje od wielu hollywoodzkich produkcji o egzorcyzmach – może z wyłączeniem serii Obecność, która ustanowiła już swoją osobną kategorię wagową, bliską blockbusterowi – a ewentualny sukces frekwencyjny najnowszej polskiej produkcji Netflixa może oznaczać, że znajdą się naśladowcy, chętni rozwijać kino grozy w Polsce.
Biorąc pod uwagę popularność horrorów wśród światowej publiczności, nie widzę powodów, by nasza kinematografia – w końcu wiodąca w Europie – nie miałaby wreszcie nieco wyraźniej zaistnieć w gatunku horroru.
