search
REKLAMA
Recenzje

Oczy matki (CAMERIMAGE 2016)

Jacek Lubiński

25 listopada 2016

REKLAMA

Horror – w założeniu oczyszczająca gałąź przemysłu filmowego, której głównym zadaniem jest wydobycie z naszego organizmu gromadzących się pokładów lęku. Horrory mają przerażać, filmy grozy niepokoić, thrillery podwyższać poziom adrenaliny. To bezpieczna, kontrolowana rozrywka, swoista grzeszna przyjemność. W przypadku debiutu scenariuszowo-reżyserskiego Nicolasa Pesce trudno wypowiadać się jednak w podobnych kategoriach. Nie jest to bowiem typowy straszak, na którym będziemy podskakiwać regularnie w fotelu. Bliżej mu do gotyckiej przypowieści skrytej w najgłębszych zakamarkach spowitego mrokiem ludzkiego okrucieństwa. Napisać zatem o tym filmie, że jest niepokojący, to jak nie napisać nic. To dzieło wręcz niesmaczne, choć zapodane w niezwykle hipnotyzujący sposób.

eyesofmymother

Najlepszą jego reklamą niech będzie fakt, że w trakcie seansu wychodziło z sali coraz więcej osób – a mowa wszak o widowni festiwalowej, czyli nieco zaprawionej w bojach z nietypowymi reprezentantami ruchomego obrazu. Ta nazwa idealnie pasuje zresztą do tej produkcji, bo zdjęcia są tu naprawdę przepiękne. Otulone czernią i bielą kadry nie pozwalają oderwać oczu od ekranu, wydają się wręcz diabelsko przestylizowane. Spokój, jaki z nich bije, jest boleśnie namacalny, niewygodny. Od razu uderza w nas alarmującą atmosferą, zachodzi za skórę, wżera się w mózg. I stanowi niezaprzeczalny atut filmu, który trudno wyobrazić sobie nakręcony „po bożemu”, w kolorze i z klasyczną narracją.

Ta jest bowiem nie do końca chronologiczna, choć z godną podziwu konsekwencją cierpliwie prowadzona do samego końca we własnym rytmie.

Niespieszny to film, mimo iż czas przy nim mija błyskawicznie. Zaledwie półtoragodzinne dzieło będzie więc już chociażby pod względem szczątkowej, złożonej z ciągu wyrwanych z kalendarza scen i podzielonej na rozdziały narracji nie lada wyzwaniem dla niektórych odbiorców. Innym z całą pewnością będzie gore i szeroko pojęta przemoc, dewiacje ze stoickim spokojem odhaczane kolejno z bardzo długiej listy szokujących czynów. I, co ciekawe, także zrealizowane z dużym smakiem, wysublimowane niekiedy – niby porażające wprost, ale też i sporo pozostawiające wyobraźni, bez zbędnych wyjaśnień.

eyesofmymother2

Te dwa czynniki plus absolutnie niepodrabialny, gęsty niczym smoła klimat, który można ciąć nie tyle nożem, co tępić na nim siekierę, stanowią główną siłę nośną filmu. No i jeszcze doskonała, równie minimalistyczna i uderzająca w nas tyleż opanowaniem, co specyficzną niewinnością rola Kiki Magalhaes – to właśnie jej twarz, piękna i tajemnicza jednocześnie, sprawia, że fani gatunku będą jeszcze długo dyskutować o Oczach matki. Jakże przy tym podobnych w wieku aspektach do francuskiego klasyku sprzed lat – Oczu bez twarzy. I z pewnością bardziej od niego wciągającym, elektryzującym. Acz jakościowo chyba niestety gorszym.

Kto widział już wcześniej zajawkę filmu Pescego, ten wie, czego można się mniej więcej spodziewać po pełnym seansie.

A przynajmniej tak może się wydawać, gdyż jest to jeden z tych filmów, których akcję trudno przewidzieć, i zarazem napisać o nich coś konkretnego, bez zdradzania dość istotnych szczegółów. Mamy zatem niewielką rodzinę portugalskich emigrantów, żyjącą gdzieś na amerykańskim zadupiu. Rodzina to dość specyficzna, w której główną figurą zdaje się być matka, w wolnych chwilach ucząca swą kilkuletnią córkę, Franciscę, sekcji zwłok na przykładzie krowy. Niewiele o nich wiemy, ale ta niewiedza nie boli, tylko intryguje. Pewnego dnia do drzwi ich domu puka nieznajomy…

eyesofmymother3

Wszystko, co dzieje się potem, jest następstwem tychże niespodziewanych odwiedzin i nietypową kroniką cierpienia młodej dziewczyny. Nie jest to zatem łatwy film do strawienia, wymyka się logicznym ocenom, łatwym wnioskom. Z jednej strony nie znajdziemy tutaj nic, co redefiniowałoby gatunek, gdyż reżyser buduje swą opowieść na sprawdzonych elementach. Zaskoczeniem jest jednak fakt, jak je dawkuje, miesza, doprawia. Jak sprawia, że pomimo wielu wątpliwości względem fabuły i jej sedna, to wszystko w jakiś sposób działa, ma sens. Nie brak tu także zresztą i serca, bije od tego pasja tworzenia, nawet jeśli odrobinę przykryta drapiącym chłodem kolejnych wydarzeń.

Acz wydaje się, że ta swoista baśń o matczynych soczewkach życia nie posiada tego, co powinno w nich normalnie się odbijać – duszy. Wespół z pojawiającym się nagle i dalekim od satysfakcji zakończeniem, sprawia wrażenie nie tyle rozczarowującego eksperymentu formą, ile zbędnego udziwnienia bez stojącej za całością refleksji. Zajmujące patrzydło, w którego wyjątkowej estetyce gubią się jednak emocje, zanika dramat samotnej jednostki, wysychają łzy rozpaczy dziecka. Film bynajmniej nie pusty, lecz zarazem daleki od pełnego katharsis.

korekta: Kornelia Farynowska

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA