search
REKLAMA
Recenzje

NIE OBCHODZI MNIE, CZY PRZEJDZIEMY DO HISTORII JAKO BARBARZYŃCY. Niewygodne wspomnienia

Jan Brzozowski

2 października 2019

REKLAMA

Podczas gdy jego koledzy po fachu przyglądają się zepsutej, skłóconej klasie średniej, korupcji, nieudolnej służbie zdrowia i innym problemom współczesnej Rumunii, Radu Jude woli spojrzeć w przeszłość. W znakomitym, nagrodzonym na festiwalu w Berlinie Aferim! reżyser cofnął się aż do początków XIX wieku, aby sportretować wołoskie niewolnictwo, którego ofiarami byli zamieszkujący te tereny Cyganie. Akcja kolejnego filmu Jude, ekranizacji powieści Maxa Blechera, rozgrywała się około sto lat później, w sanatorium położonym nad Morzem Czarnym. Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy osadzony został natomiast, podobnie jak dwa pierwsze pełne metraże twórcy (Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie i Wszyscy w naszej rodzinie), we współczesnej Rumunii. Niech was to jednak nie zmyli – Jude nadal, z identyczną jak w Aferim! intensywnością, rozdrapuje stare, niezabliźnione rany i wypełnia niechlubną treścią białe karty historii.

Główną bohaterką Nie obchodzi mnie… jest Marina – młoda, ambitna poetka, a zarazem reżyserka teatralna. Kobieta jest w trakcie przygotowań do spektaklu-rekonstrukcji poświęconego masowej zagładzie Żydów, do której doszło w naddniestrzańskich okolicach Odessy na przełomie 1941 i 1942 roku. Śmierć około 380 tysięcy niewinnych cywili zainicjował kolaborujący z Hitlerem marszałek Antonescu, wygłaszając kontrowersyjne przemówienie, z którego Jude zaczerpnął tytuł filmu. Przedstawieniem Marina pragnie oddać ofiarom ludobójstwa sprawiedliwość, jednocześnie zwracając uwagę rodaków na wypartą ze zbiorowej pamięci haniebną część historii ich kraju. Nic więc dziwnego, że reżyserka szybko napotyka na opór części nieprofesjonalnych aktorów oraz finansujących całe przedsięwzięcie lokalnych władz, których przedstawiciel w długich, filmowanych często na jednym ujęciu dyskusjach stara się przekonać bohaterkę do pójścia na kompromis i rezygnacji z „niepotrzebnie drastycznych” scen.

Marina pozostaje jednak niewzruszona i za wszelką cenę próbuje przepchnąć swoją wizję, zgodną z prawdą historyczną. W ten sposób film Jude zyskuje nowy wymiar – można go traktować nie tylko jako odważne i potrzebne mierzenie się z historią własnego kraju, ale również jako pochwałę wolności artysty. Niestety, problem cichej cenzury jest wciąż aktualny, nawet w naszym kraju, czego dowodem jest chociażby tegoroczny Festiwal w Gdyni i afera związana z nowym filmem Jacka Bromskiego. Warto rzecz jasna brać przykład z bezkompromisowej Mariny, która nawet pod groźbą odwołania spektaklu na dzień przed premierą pozostaje nieugięta.

Protagonistka jest godna podziwu tym bardziej, że podczas pracy nad rekonstrukcją zmaga się z poważnymi problemami osobistymi. Gdzieś na drugim planie Jude zarysowuje wątek nieplanowanej ciąży Mariny, która związana jest z żonatym pilotem. W filmach rasowych przedstawicieli rumuńskiej nowej fali, czyli np. u Radu Munteana, Călina Petera Netzera czy Cristiana Mungiu, wokół wydarzenia takiego kalibru zwykło się budować całe fabuły (przypadek chociażby świetnych 4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni oraz mniej świetnej Alice T.). U Jude wątek ten służy jedynie pogłębieniu portretu niezależnej bohaterki, która nie robi sobie zbyt wiele z nacisków natarczywego, domagającego się aborcji kochanka. Taka strategia twórcza świadczy dobitnie o wyjątkowości autora Aferim! na tle współczesnej rumuńskiej kinematografii.

Swój film Jude kończy około półgodzinną sekwencją spektaklu. Wstrząsającą rekonstrukcję oglądamy w czasie rzeczywistym, zupełnie tak jak widzowie zgromadzeni na obszernym placu. Na ostatnie trzydzieści minut Jude zmienia koncepcję estetyczną – kamera nie jest już statyczna, a ujęcia stają się znacznie bardziej dynamiczne, co jakiś czas przedstawiając reakcje rozentuzjazmowanego widowiskiem tłumu. Odzew jest jednak bardzo problematyczny, drastycznie inny od tego, na który liczyła ambitna Marina. Większość widzów wiwatuje na widok zbrodniczych wojsk rumuńskich i marszałka Antonescu, wrogością darząc bolszewików i ofiary masakry. Nie zrozumieli spektaklu? A może uprzedzenia względem Żydów zakorzenione są w rumuńskim narodzie aż tak mocno?

Marina może jedynie załamywać ręce i liczyć na to, że jej rekonstrukcja sprowokowała do krytycznej refleksji pojedyncze jednostki. Na to samo liczy zapewne Radu Jude, który zamyka swój film mocnym, niezwykle wymownym ujęciem kukieł żydowskich wisielców. Można finałowy kadr potraktować jako sugestywne ostrzeżenie, skierowane nie tylko do osób zamieszkujących współczesną Rumunię. Czy pewnego dnia czeka nas powtórka z historii? Czy zapiszemy się na jej kartach jako tytułowi barbarzyńcy? Na przekór słowom marszałka Antonescu – powinno nas to obchodzić.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA