search
REKLAMA
Recenzje

MANDIBULES. Wielka mucha, wielka przyjaźń

„Mandibules” to przede wszystkim wyśmienite buddy movie dowartościowujące bezwarunkową męską przyjaźń.

Jan Brzozowski

3 września 2021

REKLAMA

Światy przedstawione filmów Quentina Dupieux tylko pozornie mają wiele wspólnego z naszą rzeczywistością. Owszem, zamieszkują je (głównie) ludzie, zawsze jednak ekscentrycy, reagujący na wydarzenia fabularne w sposób, o jaki nikogo byśmy nie posądzili. Bo czy naprawdę kojarzycie kogoś, kto po zdobyciu kurtki z jeleniej skóry poczułby niepohamowane pragnienie skompletowania odlotowego skórzanego stroju, zniszczenia wszystkich pozostałych kurtek na ziemi i zrealizowania na ten temat amatorskiego filmu – tak jak bohater Deerskin? A może na waszej drodze życiowej pojawił się pewnego razu ktoś, kto na widok gigantycznej muchy zaklinowanej w bagażniku skradzionego samochodu nie zadawałby pytań pokroju: „co to jest?” i „skąd się tutaj wzięło?”, lecz postanowił, niemalże bez wahania, wytresować feralnego owada i uczynić z niego coś na kształt żywego drona, za pomocą którego mógłby przeprowadzić zuchwały napad na bank?

Autorami drugiego z tych absurdalnych pomysłów są protagoniści Mandibules, najnowszego projektu filmowego Dupieux – Manu (Grégorie Ludig) i Jean-Gab (David Marais). Ten komiczny, slapstickowy duet może kojarzyć się, jak najbardziej słusznie, z tytułowymi bohaterami Głupiego i głupszego braci Ferrelych. Braki w inteligencji mężczyźni nadrabiają jednak wielką, obustronną przyjaźnią i jeszcze większym oddaniem, którego namacalnym symbolem jest specyficzny gest, przewijający się przez cały film – tzw. „toro”, przybijane przez Manu i Jean-Gaba właściwie w każdej możliwej sytuacji, wykorzystywane jako przywitanie, pożegnanie, niewerbalne wyrażenie radości, wzruszenia czy smutku; tak naprawdę dowolnej akurat doświadczanej emocji.

Dupieux rozpoczyna swój film niczym rasowy heist movie. Manu, zawinięty w przemoczony śpiwór na plaży, otrzymuje od tajemniczego znajomego misję – ma odebrać walizkę od niejakiego Michela-Michela, przewieźć ją w bagażniku samochodowym (koniecznie!) z punktu A do punktu B i przekazać do rąk klienta, nie zajrzawszy wcześniej do środka. Bohater, zachęcony pieniężnym wynagrodzeniem, podejmuje się jej wykonania – w tym celu kradnie samochód i werbuje do pomocy Jean-Gaba, swojego najlepszego przyjaciela. W tym momencie Dupieux porzuca cały koncept heist movie i wprowadza na scenę gigantyczną animatroniczną muchę (ochrzczoną przez bohaterów imieniem Dominique), która zamienia Mandibules w brawurową międzygatunkową jazdę bez trzymanki: ekscytującą, zaskakującą, a przede wszystkim niesamowicie zabawną.

Humor w filmach Dupieux opiera się zazwyczaj na kilku kluczowych (najczęściej wyjątkowo absurdalnych, nieprzystających do rzeczywistości) elementach, które raz wprawione w ruch, tzn. wprowadzone przez reżysera w obręb fabuły, zaczynają kolidować z fragmentami świata przedstawionego, tworząc w ten sposób stale multiplikujące się gagi. Wydaje się, że autor Morderczej opony nie robi nic więcej, jak tylko leciutko popycha akcję do przodu, pozwalając jej na niekontrolowane przyspieszenia i zwariowane zakręty – zadaje pytanie: „a co by było, gdyby…?”, a następnie śledzi, podobnie jak widz, ekranowe rezultaty swojego eksperymentu.

W Mandibules, jak nietrudno się domyślić, najważniejszym absurdalnym elementem jest Dominique, tresowana przez bohaterów w ukryciu – najpierw obok przyczepy na poboczu drogi, a później w wakacyjnej rezydencji dziewczyny, która dziwnym trafem myli Manu z licealnym kolegą. Nieustanne, coraz bardziej wymyślne, bezwstydne maskowanie jej obecności (raz bohaterowie mówią o niej jak o dalekiej kuzynce czekającej w samochodzie, tylko po to, aby zaraz robiła za malutkiego psa ukrywanego w pokoju) staje się jednym z głównych motorów napędowych humoru filmu Dupieux. Do pozostałych należy chociażby niecodzienna przypadłość Agnès (Adèle Exarchopoulos), jednej z dziewczyn przebywających w wakacyjnej rezydencji, polegająca na nieustannym wykrzykiwaniu wszelkiego rodzaju komunikatów – nieważne, czy chodzi o kulturalną rozmowę przy posiłku czy oskarżenia o nieuprawnione wprowadzenie zwierząt na teren posiadłości. Wisienką na torcie jest natomiast wspomniane „toro”, atakujące widza znienacka, nieustannie modyfikowane przez bohaterów, w zabawny sposób puentujące wybrane sceny.

Mandibules to bowiem przede wszystkim wyśmienite buddy movie dowartościowujące bezwarunkową męską przyjaźń. Manu i Jean-Gab mogą nie należeć do najszlachetniejszych ludzi – w końcu na przestrzeni fabuły kradną, kłamią, a nawet grożą innym ludziom za pomocą broni palnej. Łącząca ich relacja jest jednak na tyle prosta i czysta, pozbawiona jakiegokolwiek ukrytego celu, że aż trudno się nie rozczulić – zwłaszcza jeżeli film Dupieux ogląda się, dajmy na to, z najlepszym przyjacielem. W takim wypadku gwarantuję, że po seansie Mandibules już do końca życia zamiast zwykłej piątki będziecie przybijać „toro”.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA