Recenzje
MAJ Z RIDLEYEM SCOTTEM: Helikopter w ogniu
MAJ Z RIDLEYEM SCOTTEM: HELIKOPTER W OGNIU to epickie widowisko, które wciąga w wir wojennej akcji i niezwykłych zdjęć.
Ten film ma już szesnaście lat. Kiedy wszedł na ekrany w 2001 roku, zelektryzował widzów. Sam dobrze pamiętam świetne trailery, sugerujące niesamowite widowisko o niezwykłej sile rażenia. Kapitalne zdjęcia, tonące w zieleniach i brązach, będące bazą pod sceny pełne strzałów, eksplozji i snopów iskier. W tle kawałek Moby’ego Why Does My Heart Feel So Bad. Polska prasa podkreślała, że operatorem przy widowisku był Sławomir Idziak – filmowiec o bogatym dorobku, współpracujący wcześniej z Kieślowskim.
Reżyserem obrazu jest Ridley Scott, opromieniony sukcesem starszego o rok Gladiatora. Brytyjczyk tym razem wziął się za kino wojenne, co uczynił z pomocą całego sztabu doborowych aktorów i producenta Jerry’ego Bruckheimera (Top Gun, Twierdza, Karmazynowy przypływ) zakochanego w wystawnych widowiskach.
Na cel wzięto autentyczną historię nieudanej amerykańskiej misji w Mogadiszu, stolicy Somalii, która zamieniła się w dwudniową bitwę. Publiczność była przychylna i dużym przedsięwzięciom, i batalistyce – wszyscy mieli jeszcze w pamięci sukces
Helikopter okazał się wielkim hitem na całym świecie. Widzowie i krytycy jednogłośnie stwierdzili, że film nie tylko opowiada o bitwie; on pozwala stać się jej uczestnikiem. Strona formalna oszołomiła wszystkich. A co z przekazem, fabułą czy statusem obrazu na mapie kina wojennego? Widzowie dostrzegli tu godnego następcę Szeregowca Ryana, a część stawiała go nawet obok Plutonu czy Czasu apokalipsy. Przeważały pozytywne oceny, lecz rozczarowanych także nie brakowało. Część odbiorców uznała film sugestywną, ale monotonną dwugodzinną strzelaninę. Polaryzacja nastąpiła zresztą na poziomie kilku kwestii. Niektórzy widzieli tu uczciwy obraz pola walki, pozostali – amerykańską laurkę dla „naszych chłopców”. Wątpliwości budziło też potraktowanie drugiej strony, czyli uzbrojonych Somalijczyków, u Scotta przypominających hordę.
Jak film wygląda po latach? Zacznę od tego, że nie znam książki, na której oparto scenariusz tej historii. Jej autor wysnuł swoją powieść dzięki wywiadom z wieloma uczestnikami akcji w Mogadiszu. Podobno obraz Scotta pomija, skraca czy spłyca część podjętych w niej wątków. Cóż, być może.
Pewne jest za to, że Helikopter – oglądany obecnie – nadal budzi spore emocje. Amerykanie postanowili porwać dwóch ludzi Mohameda Aidida – kacyka odpowiedzialnego za ludobójstwo. Akcja zaczęła się 3 października 1993 roku i wzięło w niej udział prawie osiemdziesięciu Rangersów. Kiedy jednak dwa helikoptery zostały zestrzelone, żołnierze na ziemi pozostali bez wsparcia. Amerykanie zostali odcięci we wrogim mieście pełnym uzbrojonych band. To, co przewidziano jako prostą akcję, zamieniło się w bitwę trwającą aż do rana następnego dnia.
W jej efekcie zginęło kilkuset (niektóre źródła sugerują nawet dwa tysiące) Somalijczyków i osiemnastu Amerykanów. Po obu stronach było wielu rannych. Zginęli także cywile. Po tej masakrze siły USA opuściły Somalię.
Treścią i bohaterem tego filmu jest wojna. Nie ta z rodem Rambo czy Commando, gdzie jedna osoba może stać się bronią masowego rażenia, ale ta, w której bez wsparcia kolegów, sprzętu i komunikacji jesteś trupem. A i z nimi możesz się nim stać. Fabułę zredukowano tu do minimum. Film trwa dwie i pół godziny, przy czym owa połówka (z pewnym naddatkiem) pozwala nam zapoznać się z bohaterami i przyjrzeć przygotowaniom do misji.
Reszta jest wielkim świętem ku czci bogów wojny. Broń ciężka, czołgi, helikoptery, transportery, granaty i wyrzutnie rakiet towarzyszą nam przez cały seans. I ołów. Tony gorących pocisków zaleją ekran; strzały praktycznie nie milkną. Tak, to jest film dla tych, którzy lubią te dźwięki. Smakujących różnice w brzmieniu karabinków różnego typu, radośnie witających każde przeładowanie i zmianę magazynku. Kule wgryzają się w ciała, budynki, pojazdy. Wybuchy przemieniają w pył całe tony materii. Amerykanie się rozpraszają, co pozwala Scottowi przeskakiwać z miejsca na miejsce.
Dostajemy bardzo wystawne studium bitewnego chaosu, w którym krew sika wprost w kamerę, a czaszki eksplodują od kul. Możemy przyjrzeć się efektom strzału w człowieka z wyrzutni granatów. Pogruchotane kości i odpadające kończyny nieraz znajdują się w kadrze, przypominając, że po Szeregowcu Ryanie nikt już nie uwierzy w plastikowe strzelaniny.
Reżyser postawił na paradokumentalną formę w większej części dzieła. Kamera trzyma się blisko żołnierzy – tak blisko, że można odnieść wrażenie, iż biegnie, ucieka i skrada się wraz z nimi. Otaczają nas pył, odłamki i tumany tłustego dymu. Będziemy blisko krwawiących, umierających, zamienionych w strzęp żołnierzy. Czujemy desperację ludzi, którzy są osaczeni przez wroga i kończy im się amunicja. Niekiedy Scott przypomina nam, że jest jednym z największych filmowych malarzy kina głównego nurtu i celebruje jakieś ujęcie lub scenę, korzystając z niebieskich filtrów i zwolnionego tempa. W ogóle cały film to wizualny majstersztyk.
Zespół operatorski sam w sobie stanowił mały oddział. Pięćdziesięciu ludzi dbało o to, żebyśmy z zapartym tchem śledzili dziką wymianę ognia w Mogadiszu. Udało się. Efektem ich pracy jest dwugodzinna rozwałka klasy deluxe. Niektóre ujęcia kręcono z kilkunastu kamer jednocześnie. W połączeniu ze świetnym (na szczęście – nie epileptycznym) montażem dostaliśmy efekt szarpania, kołysania i trzęsienia. Wzmacniają one wojenny klimat, ale nie powodują pogubienia się w akcji; to chaos kontrolowany, czego nie da się powiedzieć o wielu dzisiejszych widowiskach.
Muzyka Hansa Zimmera robi dobrą robotę. Gitary, elektronika, motywy etniczne i wsparcie Lisy Gerard tworzą doskonałe tło pod różne fazy akcji w Mogadiszu. Niemiec był wtedy w formie i stworzył ilustrację pełną energii, acz nie pozbawioną melancholii. Dla niektórych kinomanów problemem jest fakt, iż film nie posiada jednego bohatera. Postaci mamy tu kilkadziesiąt, ale prawdziwym herosem jest zbiorowość. Jej imię to żołnierz amerykański – dzielny, oddany sprawie, gotów ratować kolegów. Facet, który zrobi wszystko, kiedy trzeba dać z siebie wszystko.
Aktorzy spisali się nieźle, co w tym wypadku oznacza, że biegają, krzyczą i umierają przekonująco. Zgromadzono tu zresztą solidny pakiet gwiazd, od których w filmie wręcz się kłębi. Od doświadczonych i utytułowanych (Sam Shepard) przez właśnie przygasające (Tom Sizemore), będące u szczytu (Ewan McGregor) po te, które dopiero ruszyły zdobywać nieboskłon (Tom Hardy). Dość, że wszyscy dobrze wyglądają w mundurach i mają na tyle charakterystyczne twarze, że w wojennej kurzawie zazwyczaj nie mylimy postaci.
Niestety, zdają się być trochę zbyt
Po co Scott i Bruckheimer otworzyli tę hollywoodzką strzelnicę i kazali naparzać doborowej drużynie aktorskiej jak w trakcie pikniku dla fanów militariów? Reżyser mówi o hołdzie dla zwykłych żołnierzy, narażających swoje życie dla ojczyzny. Możliwe. Mam zresztą wrażenie, że kluczowa opinia o wojnie pada z ust sierżanta niezmordowanego sierżanta Hootena: „Kiedy pierwsza kula przelatuje ci nad głową, polityka i całe to gówno ląduje w koszu. Film próbuje oddać stan rzeczy po tym pierwszym wystrzale. Za to dzielny sierżant wyjaśnia potem, że w tym wszystkim chodzi o pomoc kolegom.
Fabuła zapoznaje zresztą widza z żelazną zasadą marines
Bardzo szlachetnie. Ja jednak czuję, że oglądam film propagandowy. Może nie nachalny i jawnie propagandowy, ale nakręcony ku chwale „amerykańskich chłopców”, którzy robią na świecie porządek, nie szczędząc przy tym krwi. Ridley Scott to reżyser dużej klasy, zbyt inteligentny, żeby umieścić taki hafcik grubymi nićmi, niemniej kiedy patrzymy pod słońce, pojawia się on na tym sztandarze chwały. Scott mizdrzy się do dzielnych wojaków, za to mieszkańców Mogadiszu przedstawia niczym zombie – jest ich wielu, wyłażą zewsząd i są żądni krwi.
Nie kupuję Helikoptera jako filmu antywojennego. Chcesz obejrzeć film przeciw wojnie? Zobacz
Kupuję za to film jako świetną technicznie rozrywkę. Użycie słowa rozrywka może się wydawać nieco ryzykowne w kontekście obrazu opartego na tragicznych faktach. Ja jednak czuję, że poprzez uproszczenia i proamerykańskie przesłanie mogę rzecz zaakceptować tylko na poziomie świetnego widowiska. Cieszyć oczy i uszy. Chłonąć intensywne sceny. Prawdę powiedziawszy, sądzę, że każdy fan kina wojennego robi to samo. Oczekuje destrukcji, malowniczej bitwy; chce ujrzeć w działaniu machiny śmierci i starcia pełne dzikiej siły. Myślę, że nawet takie tytuły jak Pluton dają wielu z nas ten dziwny rodzaj przyjemności (tak, przyjemności), który pojawia się podczas zanurzania w świat historii pełen nieustannego zagrożenia, gdzie każdy zakręt może oznaczać pułapkę, a każdy błąd – śmierć.
Z całą pewnością mogę powiedzieć, że Helikopter jako widowisko nadal jest prawdziwym wydarzeniem. Sceny nadlatywania Black Hawków nad miasto, ich upadku, nocnego starcia widzianego przez noktowizory i wiele innych wciąż robią potężne wrażenie. Chaos bitewny przekonuje, a praca operatora wywołuje zachwyt.
Dźwięki wbijają w fotel. Napięcie spada dopiero po powrocie do bazy wojskowej, kiedy i z nas schodzi adrenalina.
korekta: Kornelia Farynowska
