search
REKLAMA
Nowości kinowe

KRYPTONIM HHhH. Poświęcenie w imię ideologii

Mikołaj Lewalski

12 listopada 2017

REKLAMA

Reinhard Heydrich to jeden z największych zbrodniarzy w historii ludzkości. Jako jeden z ulubieńców Hitlera i kluczowy współorganizator Holocaustu jest postacią odrażającą, ale zarazem fascynującą. Jak to możliwe, że jeden człowiek może wyrządzić tyle zła? Jak kochający ojciec i zarazem dość zwyczajny mężczyzna może podejmować decyzje prowadzące do śmierci milionów niewinnych ludzi? Przez ponad 70 lat, które minęły od zakończenia II wojny światowej, niejeden autor uważnie przypatrywał się życiorysowi i osobie Heydricha. Niestety, to właśnie w rozmaitych publikacjach należy szukać głębszego przedstawienia umiłowanego bohatera III Rzeszy – film Cédrica Jimeneza pozostawia pewien niedosyt w tej kwestii. Mimo tego, wciąż jest to angażujące i mocne dzieło o niezwykle interesującym rozdziale niemieckiej okupacji Europy.

Otwarcie filmu wywołuje pewien dysonans poznawczy – uczucie pojawiające się podczas seansu niejednokrotnie – kiedy to widzimy uśmiechniętego mężczyznę  (Jason Clarke) okazującego miłość swoim dzieciom, a następnie zakładającego mundur SS i rozpoczynającego służbę. Doskonale wiemy, jakim potworem jest Heydrich, ale w początkowych scenach sprawia on wrażenie przeciętnego ojca i męża. Kiedy zza odjeżdżającego tramwaju wyskakuje zamachowiec i celuje do samochodu przewożącego “człowieka o żelaznym sercu” (tymi słowami Hitler określał Heydricha i tak brzmi oryginalny tytuł filmu) możemy nawet pomyśleć, że to niemiecki generał jest osobą poszkodowaną. Pierwsza połowa obrazu Jimeneza koncentruje się właśnie na jego postaci, czyniąc ją swoim głównym (anty)bohaterem. Sceny, które z grubsza nakreślają jego osobowość, dość zgrabnie tworzą fundamenty pod personę potwora, którego przyjdzie nam później oglądać.

Heydrich bierze to co chce i rozgoryczony upokorzeniem związanym z zakończeniem służby wojskowej odnajduje się w NSDAP, ale zabrakło tu głębszego przedstawienia ewolucji jego światopoglądu. Jeden z najsłynniejszych katów Hitlera przed przystąpieniem do jego partii nie słyszał nawet o istnieniu Mein kampf! Mam wrażenie, że w trosce o spójniejsze tempo całości wycięto kilka scen, które pozwoliłyby lepiej zrozumieć umysł człowieka o żelaznym sercu. Film niewątpliwie na tym traci, ale za to w bardzo interesujący sposób ujmuje wątek małżeństwa Heydricha. Lina (Rosamund Pike) początkowo dominuje nad mężczyzną i niczym Lady Makbet karci jego słabości, jednocześnie motywując do podążania za specyficznie pojętą wielkością. Z czasem jej rola się zmniejsza, a relację pary przyćmiewa służba Führerowi i zimny pragmatyzm mężczyzny.

Wszystkie te wątki ucinają się mniej więcej w połowie filmu – wtedy poznajemy dwóch czeskich żołnierzy (Jack O’Connell i Jack Reynor), którzy otrzymali zadanie eliminacji Heydricha i pokazania Europie, że niemieccy oficerowie nie są nietykalni. Ten przeskok przez chwilę dezorientuje, ale szybko dostrzegamy w tym metodę. Początkowa przerwana scena zamachu przedstawia obie strony konfliktu, a film poświęca po równo czas każdej z nich, zanim ukaże kulminację tego zdarzenia. Dzięki temu nieustannie towarzyszy nam napięcie i antycypacja nieuniknionego rozlewu krwi. Naturalnie, osoby dobrze znające tę historię nie będą wiercić się nerwowo podczas finału filmu, ale ci, którzy nie znają losu bohaterów, z pewnością docenią intrygującą konstrukcję fabuły. Tempo akcji bywa jednak nierówne, przez co całość potrafi się dłużyć, nawet nieświadomym jej zakończenia. W żadnym razie jednak nie psuje to niezwykle przejmującej atmosfery zagrożenia i beznadziei, w której nie brakuje chwil piękna. Jimenez dość powierzchownie podszedł do kwestii kariery i ideologii Heynricha, ale bezbłędnie przedstawił postaci dwójki żołnierzy wysłanych na samobójczą misję. Ich rozterki, marzenia, a także odrobina miłości, którą znajdują, wymownie podsumowuje dramat młodych ludzi oddających życie w imię chorych ambicji przywódców nacji. Obaj mężczyźni szybko zyskują sympatię widza, do czego w dużej mierze przyczyniła się bardzo dobra praca aktorów.

To oczywiste, że pierwsze skrzypce gra tutaj Jason Clarke, którego rola hipnotyzuje i zarazem przeraża. Zarówno jego powierzchowność, jak i akcent pozwoliły mi całkowicie uwierzyć w ten obraz Heydricha. Partnerująca mu Rosamund Pike siłą rzeczy przypominała mi o Zaginionej dziewczynie i podobnie jak tam fascynowała swoją chłodną wyniosłością. Wspomnianej dwójce nie ustępują jednak Jack Reynor ani Jack O’Connell. Obaj bezbłędnie wcielają się w młodzieńców, którzy w brutalnym świecie wojny pragną odłożyć karabin i żyć tak, jak powinni w tym wieku. To właśnie ich perypetie niosą największy ładunek emocjonalny w całym filmie – w szczególności zaś konsekwencje zamachu na Heydricha. Reżyser nie ustrzegł się wprawdzie kilku niepotrzebnie melodramatycznych momentów, ale nie umniejsza to uznania, na jakie zasługuje za swoją pracę. Kryptonim HHhH to obraz pełen świetnych, przemyślanych kadrów, a także inscenizacyjnej i montażowej błyskotliwości. Sceny akcji są mocne, surowe i odpowiednio brutalne. Strzały mają należytą moc i siłę zniszczenia, a muzyka bezbłędnie ilustruje kapitalne obrazy, które podziwiamy. Realizacyjny majstersztyk pozwala wybaczyć niefortunne spłycenie potencjalnie najciekawszego wątku, a dzięki popisom całej obsady całokształt zapada w pamięć jako mocny i godny polecenia obraz.

Avatar

Mikołaj Lewalski

REKLAMA