search
REKLAMA
Recenzje

KICKBOXER. Never surrender, fight for love

Tomasz Bot

22 listopada 2017

REKLAMA

Poza tym film – jak sos słodko-kwaśny sajgonki – świetnie uzupełniają piosenki, choćby Feeling Good Today, podczas którego aktor pokazuje, jak tańczyć disco, będąc pijanym i jedynym nie-Azjatą w barze, a także Fight For Love, w trakcie której bohater czuje się zagubiony w ten jedyny, niepodrabialny dla lat 80. sposób, który w skrócie opiszę jako ręce w kieszeni i pop wokół ciebie.

Czym jednak byłby egzotyczny film kopany bez bohaterów, którzy budzą nasze zainteresowanie? Cóż, być może niezłym, ale trochę jednak przaśnym Krwawym sportem, gdzie fabularny szlam spycha całą historię – inspirowaną „samym życiem” – w krainę mokrych snów nastolatka. Kickboxer także ze szczeniackich snów pochodzi, ale nasz gówniarz przeczytał przynajmniej efektowny przewodnik po Azji i może jakieś dwie książki psychologiczne, bo postaci tutaj mamy znacznie żywsze niż w hicie sprzed roku.

Siłą Kickboxera jest relacja mistrz-uczeń, której skomplikowanej mechanice możemy się tu przyglądać. Dzięki przekonującej kreacji Dennisa Chana zdziwaczały Xian przeszedł już do historii kina akcji, a jego więź z bohaterem – żywa, mocna, naznaczona zarówno potężnym ładunkiem pracy, jak i humorem – przenika tkankę filmu i wyraźnie odmładza ten tytuł. Van Damme nie bierze tu jeńców. Kiedy szlocha, widząc kondycję brata, to mu wierzę. Kiedy jako początkujący wojownik robi błąd za błędem, wierzę mu. I kiedy roznosi w pył Tong Po (heh, spoiler, tak?), także mu wierzę. Młodość i entuzjazm, a także – o czym mówiliśmy wyżej – wielka giętkość wytrenowanego ciała sprawiły, że jest kapitalny w swej roli. Van Damme ucieleśnia tu ukierunkowaną energię i determinację. Jego przeciwnik, Po, niewiele mówi. Właściwie przypomina jakiegoś demona. Bo to czyste bestialstwo – zabija, upaja się tą czy ową jatką i wygląda jak facet, który lubi to, co robi. Szybki maszynowy chód i dzikie porykiwania dały tu bestię jeszcze gorszą niż bydlak z Krwawego sportu.

Końcowa walka to zresztą gigantycznej klasy widowisko. Przeciwnicy nurzają rękawice z więzów w żywicy, a potem w potłuczonym szkle. Będzie krwawo, bo tak to już musi być po półtoragodzinnym treningu w dżungli, gdzie trafił się i humor, i pocałunki z siostrzenicą Xiana, i lightowe ujęcia o majestacie przyrody dzikiej dżungli. Sekwencje walki – kapitalnie podbite muzyką Hertzoga, która stawia tu na nogi i Kurta, i wiarę widza – w niczym nie ustępują tym z Krwawego sportuDużo powolnych ujęć i mroczny klimat podziemnego starcia na śmierć i życie czynią z tego pojedynku crème de la crème wśród podobnych pozycji. Gongi, pochodnie i widownia złakniona krwi. W pomarańczowym blasku Po i Kurt zaczną walkę o wszystko. Przy okazji scena ta trwa na tyle długo, żebyśmy naprawdę mogli się nasycić „kickboxingiem po tajsku”. Jest krwawa, dosadna i pełna chrzęstu kości. Inna sprawa, że efektowność pojedynku odbywa się kosztem realizmu, ale cóż, nie po to Kurt przeszedł TAKI trening, żeby dwa trzepnięcia miały załatwić sprawę. Katartyczna wręcz moc z wykopania Po w krainę niebytu, gdzie będzie już zawsze orbitował ze swym smutno dyndającym warkoczykiem, puentuje się tu piosenką Never Surrender, która startuje razem z końcowymi napisami.

I jak tu nie kochać tego filmu? Jest prosto, ale nie naiwnie. Mocno, ale nie wulgarnie. Film czysty, nieprzekombinowany. Jak łyk wody ze strumienia. I nic to, że powstały miałkie kontynuacje (już bez Van Damme’a), a nawet reboot (2016; podobno szykują już sequel). Ten ostatni, mimo udziału wyluzowanego Belga (tym razem to on grał trenera), zajeżdżał nieświeżym żartem i wskazywał, jaka jest różnica między „prosto” a „prostacko”.

korekta: Kornelia Farynowska

REKLAMA