Recenzje
KICKBOXER. Never surrender, fight for love
KICKBOXER to powrót do klasycznego kina akcji, gdzie emocje i pasja w walce o miłość wciąż mają ogromną moc.
Tyle razy dowodziliśmy już, że staroszkolne kino akcji wciąż kopie, skacze i wybija zęby, a nowe nawet nie umie podskoczyć. Teoretycznie czytelnik mógłby mieć już dość tych – starczych z ducha – utyskiwań. Ale zdania nie zmieniliśmy, bo wciąż na bieżąco sprawdzamy dwie kwestie: jak mają się najnowsze odsłony kina bito-strzelanego oraz czy stare nie utraciły mocy. I chociaż taki John Wick dostarcza nam solidną dawkę strzelaniny, przyjemnej w odbiorze i treściwej, to znalezienie dobrego kina kopanego jest zadaniem naprawdę trudnym.
Wydaje się, że zwyczajnie straciło ono rację bytu. Nowoczesny sposób kręcenia, na czele ze sprężynowym montażem, sprawił, że każdy Matt Damon czy Ben Affleck może udawać karatekę. Tyle że… żadni z nich wojownicy, a i filmy z ich udziałem nie sprawią, że nastąpi szturm na szkoły sztuk walki. Nie uczynią też tego stosunkowo udane, ale niszowe występy Scotta Adkinsa, który broni honoru mordobicia w starym stylu; broni praktycznie samotnie i pod szyldem kina kierowanego od razu na DVD.
Kickboxer, pod piracką banderą zwany jako Karate Tygrys 3, przypomina nam, jaka to przyjemność obserwować na ekranie prawdziwych kozaków – karate mają we krwi, wyginają się i prężą bez dublerów, a i widać, że nie szczędzili potu na planie. Tak, znowu będziemy – jak to miało miejsce przy Krwawym sporcie – nurzać się w rozkoszach dekad minionych. Załóż na dłonie rękawice, zanurz w żywicy lat 80., wciśnij w szkło i wejdź w full contact z żywym duchem epoki VHS.
Mistrz świata w kickboxingu, Eric Sloane, szuka nowych wyzwań. Wraz z bratem, Kurtem, wyrusza do Tajlandii, by tam stanąć naprzeciw miejscowego zawodnika, Tong Po. Ten dosłownie wgniata go w ziemię, używając nieczystych ciosów i dzikiej siły, z jaką Amerykanin wcześniej się nie spotkał. Eric doznaje paraliżu i resztę życia spędzi na wózku. Kurt nie może się z tym pogodzić. Odnajduje starego mistrza sztuk walki, Xiana, i zostaje jego uczniem. Podejmuje morderczy trening, który ma go przygotować do starcia z Tong Po. Kurt przekroczy swe ograniczenia, hartując ciało i umysł tak mocno, że wyłoni się nowy człowiek, na widok którego tłum będzie skandował: „Biały wojownik”.
Oto pozycja ikoniczna. Wielki przebój kinowy i wideo, od lat na podium najlepszych mordobić wszech czasów. Drugi – po Krwawym sporcie – tak potężny sukces Claude’a Van Damme’a, który dał światu jasno do zrozumienia, że nie będzie gwiazdą jednego hitu. Jak rzecz wygląda dziś? Czy w świecie, który ledwo pamięta plakaty z Bravo, wciąż możemy czuć miętę do tego typu kina?
Zacznijmy od paru porównań. Mamy tu punkty styczne z wcześniejszym o rok Krwawym sportem. Tam także oglądaliśmy morderczy trening, jednak zajął on ledwie kilka minut ekranowego czasu, a jego większość przypadła na sceny z turnieju – liczne i różnorodne starcia. Tutaj napięcie i głód walki (u Kurta i u widza) będzie wzrastało aż do końcowych sekwencji. Jasne, wcześniej także zdarzy się bohaterowi wrzucić „na ruszt” kilku „jednostrzałowców”, ale zasadniczo będzie to tylko przystawka przed Tongiem Po. Poza tym, jak już mówiliśmy, trening robi tu za silnik, a za paliwo – motyw zemsty.
W obu filmach mamy do czynienia z prawdziwym „bad guyem”. Facetem stworzonym do tego, by go nienawidzić. Tam był nim Bolo Yeung, tutaj jest Po – równie zdziczały i bezwzględny; wrócimy do niego później. Z Krwawym sportem łączy też Kickboxera egzotyczna sceneria. O ile jednak w tym pierwszym mieliśmy ledwie kilka ujęć Hong Kongu (zarówno panoramy miasta, jak i sceny w mrocznych zaułkach wąskich uliczek), tak tutaj niemalże cały czas obcujemy z magicznymi tajskimi plenerami. Bohater trenuje w skromnej chatce w dżungli, co już samo w sobie generuje pewien szczególny nastrój.
Czuć w nim tchnienie innej kultury, niesamowitej przyrody i obecność… duchów. Ducha walki i ducha lat 80. Oraz innych zjaw, których nie jestem w stanie nazwać, ale które zdają się towarzyszyć naszemu bohaterowi.
Kickboxer to film powietrza, wody i ognia. Bardziej zwarty, czysty i energetyczny niż Krwawy sport, w którym kapitalnie wypadła walka, a reszta tak sobie. Tutaj wszystko stoi na najwyższym poziomie. Historia jest prosta jak drut, ale wyrazista i wciągająca. Wykonanie określić mógłbym jako perfekcyjny mariaż technicznej biegłości i świetnego wyczucia proporcji. Filmowy trening budzi podziw do dziś. Bez efekciarstwa (przynajmniej w dzisiejszym rozumieniu tego słowa), za to z solidną dawką humoru sprzedano nam tu kapitalną opowieść o utwardzaniu się do granic możliwości. Potoczysta narracja i proste, niezaśmiecone kadry sprzyjają wybrzmieniu tego, co ma tu zadziałać jak gong: możesz, jeśli chcesz.
Oglądamy mozół treningów i walki ze słabościami ciała i umysłu. Sceny te to małe perełki kina, dajmy na to, około sportowego. Towarzyszymy Kurtowi zarówno podczas nauki ciosów, oddechu, jak i ćwiczenia wytrzymałości (trening podwodny czy kokosowy test twardości klaty). Jesteśmy z nim w trakcie samotnych, pełnych wizji sesji w starych świątyniach czy podczas łamania palmy gołą nogą. Nie ukrywajmy, prostota wykonania tych scen (doniosłość, ale pozbawiona przesady) zdaje się dziś nie do powtórzenia i stanowi o ogromnej sile tej produkcji. Jednocześnie fragmenty te indukują w widzu całą gamę reakcji emocjonalnych, o jakie trudno byłoby podejrzewać konsumenta filmów kopanych. Tak, to zdecydowanie jeden z tych treningów, które oddziałują na widza fizycznie. O porównywalnej sile oddziaływania, co pięściarska zaprawa, którą musiał przejść Rocky, by stanąć na ringu. Utoczone przez Kurta ból, pot i łzy widz odbiera jako swoje. Wraz z bohaterem współdzielimy także zagubienie w tym dziwnym świecie, w którym ma za przewodnika kurdupla o uroku mądrej żaby, a na każdym kroku czuć tchnienie przyrody i pierwotnych mocy.
Niezwykły klimat udało się osiągnąć spokojnymi, zrównoważonymi ruchami kamery oraz dzięki muzyce. Za tę ostatnią odpowiada Paul Hertzog, który zilustrował już Krwawy sport, i to na tyle dobrze, że poproszono go o podobny w smaku zestaw na nowy stół. Mam jednak wrażenie, że to Kickboxer ciekawiej i spokojniej wprowadza słuchacza w egzotyczny świat. Mariaż delikatnej elektroniki i żywych instrumentów – naiwny, ale pełen siły – stworzył kapitalne tło dla machania nogami na tle starożytnych świątyń i posążków Buddy czy wchodzenia w mistyczne przymierza z orłami. Hertzog uznaje tę płytę za ulubioną pracę własną.
Poza tym film – jak sos słodko-kwaśny sajgonki – świetnie uzupełniają piosenki, choćby Feeling Good Today, podczas którego aktor pokazuje, jak tańczyć disco, będąc pijanym i jedynym nie-Azjatą w barze, a także Fight For Love, w trakcie której bohater czuje się zagubiony w ten jedyny, niepodrabialny dla lat 80. sposób, który w skrócie opiszę jako ręce w kieszeni i pop wokół ciebie.
Czym jednak byłby egzotyczny film kopany bez bohaterów, którzy budzą nasze zainteresowanie? Cóż, być może niezłym, ale trochę jednak przaśnym Krwawym sportem, gdzie fabularny szlam spycha całą historię – inspirowaną „samym życiem” – w krainę mokrych snów nastolatka. Kickboxer także ze szczeniackich snów pochodzi, ale nasz gówniarz przeczytał przynajmniej efektowny przewodnik po Azji i może jakieś dwie książki psychologiczne, bo postaci tutaj mamy znacznie żywsze niż w hicie sprzed roku.
Siłą Kickboxera jest relacja mistrz-uczeń, której skomplikowanej mechanice możemy się tu przyglądać. Dzięki przekonującej kreacji Dennisa Chana zdziwaczały Xian przeszedł już do historii kina akcji, a jego więź z bohaterem – żywa, mocna, naznaczona zarówno potężnym ładunkiem pracy, jak i humorem – przenika tkankę filmu i wyraźnie odmładza ten tytuł. Van Damme nie bierze tu jeńców. Kiedy szlocha, widząc kondycję brata, to mu wierzę. Kiedy jako początkujący wojownik robi błąd za błędem, wierzę mu.
I kiedy roznosi w pył Tong Po (heh, spoiler, tak?), także mu wierzę. Młodość i entuzjazm, a także – o czym mówiliśmy wyżej – wielka giętkość wytrenowanego ciała sprawiły, że jest kapitalny w swej roli. Van Damme ucieleśnia tu ukierunkowaną energię i determinację.
Końcowa walka to zresztą gigantycznej klasy widowisko. Przeciwnicy nurzają rękawice z więzów w żywicy, a potem w potłuczonym szkle. Będzie krwawo, bo tak to już musi być po półtoragodzinnym treningu w dżungli, gdzie trafił się i humor, i pocałunki z siostrzenicą Xiana, i lightowe ujęcia o majestacie przyrody dzikiej dżungli. Sekwencje walki – kapitalnie podbite muzyką Hertzoga, która stawia tu na nogi i Kurta, i wiarę widza – w niczym nie ustępują tym z Krwawego sportu. Dużo powolnych ujęć i mroczny klimat podziemnego starcia na śmierć i życie czynią z tego pojedynku crème de la crème wśród podobnych pozycji.
Gongi, pochodnie i widownia złakniona krwi. W pomarańczowym blasku Po i Kurt zaczną walkę o wszystko. Przy okazji scena ta trwa na tyle długo, żebyśmy naprawdę mogli się nasycić „kickboxingiem po tajsku”. Jest krwawa, dosadna i pełna chrzęstu kości. Inna sprawa, że efektowność pojedynku odbywa się kosztem realizmu, ale cóż, nie po to Kurt przeszedł TAKI trening, żeby dwa trzepnięcia miały załatwić sprawę. Katartyczna wręcz moc z wykopania Po w krainę niebytu, gdzie będzie już zawsze orbitował ze swym smutno dyndającym warkoczykiem, puentuje się tu piosenką Never Surrender, która startuje razem z końcowymi napisami.
I jak tu nie kochać tego filmu? Jest prosto, ale nie naiwnie. Mocno, ale nie wulgarnie. Film czysty, nieprzekombinowany. Jak łyk wody ze strumienia. I nic to, że powstały miałkie kontynuacje (już bez Van Damme’a), a nawet reboot (2016; podobno szykują już sequel). Ten ostatni, mimo udziału wyluzowanego Belga (tym razem to on grał trenera), zajeżdżał nieświeżym żartem i wskazywał, jaka jest różnica między „prosto” a „prostacko”.
korekta: Kornelia Farynowska
