search
REKLAMA
Recenzje

KAFARNAUM (Nowe Horyzonty 2018)

Maja Budka

1 sierpnia 2018

REKLAMA

Kafarnaum, ostatni film Nadine Labaki, jeden z najgłośniejszych tytułów festiwalu w Cannes, otworzył tegoroczną edycję Nowych Horyzontów. Dzieło, które pozostawia widza na długo w osłupieniu i jeszcze dłużej nie pozwala o sobie zapomnieć. Libańska reżyserka dociera w nim do centrum chaosu, przedsionka piekła – Bejrutu. Z dokumentalnym zacięciem tworzy obraz głęboko przenikliwy i świadomy, wybierając na bohaterów swojej opowieści dzieci, którym świat nie ma nic do zaoferowania. I choć trudno w to uwierzyć, historia Labaki nie nosi żadnych znamion fałszu i ckliwości. 

Głównym bohaterem filmu jest Zain – dwunastolatek. Tak przynajmniej przypuszcza sędzia orzekający w jego sprawie. Chłopiec nie posiada aktu urodzenia, tym samym nikt nie wie, kiedy dokładnie przyszedł na świat. Zain odsiaduje pięcioletni wyrok za „sprzedanie kosy skurwielowi”. Ponownie pojawia się na sali sądowej w towarzystwie swoich rodziców. Siedzą jednak osobno, po przeciwnych stronach. Tym razem to chłopiec wskazuje winnych. Pozywa swoich rodziców za to, że się urodził. W tym momencie reżyserka powraca do przeszłości bohatera. Zain jest chłopcem wychowującym się w wielodzietnej, zaniedbanej rodzinie żyjącej w jednym z zaułków dzielnicy nędzy. Codziennie odprowadza smutnym wzrokiem auto, które odwozi jego rówieśników do szkoły. On zaś, jako najstarszy z rodzeństwa, musi pracować, by utrzymać rodzinę. Jego ucieczka od agresywnych rodziców była tylko kwestią czasu. Woli tułaczkę niż upokorzenie i życie w niewoli. Wciąż ma nadzieję na odnalezienie lepszego miejsca do życia. W Bejrucie – kłębowisku przemocy, zła i brudu. Trafia jednak pod skrzydła Rahil – nielegalnej imigrantki, która w obawie przed deportacją ukrywa się ze swoimi synkiem Yonasem.

Nadine Labaki nie tylko rezygnuje z profesjonalnych aktorów, obsadzając w swoim filmie ludzi napotkanych na ulicy. Każdy z nich dzielił losy swoich filmowych bohaterów. Grający Zaina Al Rafeea jest potomkiem uciekinierów z Syrii. Podobnie jak filmowy chłopiec, on również, porzuciwszy naukę, pracuje od najmłodszych lat. Filmową Rahil gra zaś Yordanos Shiferaw, uchodźczyni z Erytrei. W trakcie kręcenia filmu została naprawdę zatrzymana i trafiła do przeludnionego więzienia. Wyszła po dwóch tygodniach. Mimo wszystko konfrontacja ze swoimi filmowymi wcieleniami wyszła im znakomicie. Al Rafeea stworzył rozbrajająco przekonujący portret chłopca z krwi i kości, który porusza, ale i przeraża. Szczególnie jeśli skupić się na beznamiętnie bolesnym spojrzeniu dziecka. Obsada filmu potwierdza, jak ważne jest dla reżyserki zachowanie autentyczności. Labaki mogła zagrać na emocjach widzów, stosować tanie chwyty, stworzyć klasyczny wyciskacz łez. Postawiła jednak na surową, dokumentalną dociekliwość. Kamera nie odstępuje bohaterów ani na krok, czule się im przyglądając. Zapisuje dynamiczny obraz miasta, wiernie kroczy za Zainem, gdy ten przebija się przez wysoki tłum przechodniów. Gdy zaś są sami, pozwala sobie na nieśmiałe zbliżenia. Ta bliskość sprawia, że do głównego bohatera czuje się prawdziwe, szczere przywiązanie. Intymne zdjęcia Christophera Aouna często przeplatają się z zapierającymi dech w piersi panoramami Bejrutu. Miasto prezentuje się wtedy jak ogromne mrowisko, skrywające w sobie jednak jakąś nędzną dostojność. Obraz Labaki jest, najprościej pisząc, do bólu wierny i autentyczny. Nie ma w nim ani jednego wyolbrzymienia, ani jednego przejaskrawienia.

Kobieta nie ogranicza się jednak do pustej obserwacji. Jej wnikliwość ma zamierzony cel – zdemaskować realne problemy. Bez zbędnego komentarza i moralizatorstwa. Pozwala mówić obrazowi samemu za siebie. Porażać wylewającą się z niego szczerością. Labaki jest w swoim filmie niczym cichy przewodnik, który prowadzi widza w odpowiednim kierunku. Rzuca wyraźne światło na dramaty społeczne, łamanie praw kobiet, które nie znaczą nic przy przestarzałych dogmatach. Tym samym podkreśla wagę kryzysu migracyjnego. Maluje wyraźną, grubą kreską osobiste tragedie ludzi, którzy uciekają do Bejrutu z miejsc jeszcze gorszych, choć trudno to sobie wyobrazić. Kolejnym problemem, chyba najbardziej przejmującym, choć najmniej oczywistym, jest nierówna walka człowieka ze swoistą dyktaturą papieru. Pokaż mi papiery, a powiem ci, czy jesteś człowiekiem. Nie masz dokumentów – nie istniejesz. W tak morderczych biurokratycznych warunkach reżyserka odsłania tragedie dzieci, które umierają pod drzwiami szpitali, ponieważ nie mogą zostać przyjęte bez aktu urodzenia. Ofiarami bezdusznych zasad są również dorośli – imigranci, którzy bez ważnych przepustek, pozbawieni jednego stempla, trafiają za więzienne kraty.

Nadine Labaki cierpliwie wysłuchuje każdego ze swoich bohaterów. Nie staje jednak murem po żadnej ze stron. Może tylko na chwilę, symbolicznie wcielając się w postać obrończyni Zaina na sądowej sali rozpraw. Zadaniem kobiety było naświetlić problemy swojego kraju – reżyserka dokonała tego, odznaczając się przy tym szczególną odwagą i humanitaryzmem. Funduje nam szczere łzy wzruszenia, szczególnie wtedy, gdy przez historię momentami przebija się trochę ciepła, humoru, a co najważniejsze – nadziei. Libanka stworzyła wizualnie piękne, dopracowane i przejmujące kino, które przypomina jego najważniejszą misję – uświadamiać. Obudzić widza, sprawić, by stał się integralną częścią opowieści. To jest wyczyn, który zasługuje na najwyższe nagrody.

Maja Budka

Maja Budka

Piszę o filmie i sztuce z kotem na klawiaturze. Lubię animacje i filmy podszyte delikatnym absurdem.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA