search
REKLAMA
Pięć Smaków 2022

IRUL: NAWIEDZONY HOTEL. Malezyjski horror found footage

Usilna potrzeba uatrakcyjnienia formuły okazuje się tym, co ostatecznie przesądza o klęsce „Irul: nawiedzonego hotelu”.

Janek Brzozowski

1 grudnia 2022

irul2
REKLAMA

Historia malezyjskiego hotelu Crag jest całkiem skomplikowana, a co za tym idzie: interesująca. Wpierw kompleks budynków, wybudowany w okolicach 1845 roku, był prywatną rezydencją brytyjskiego magnata – niejakiego Mr Wrighta. Po kilku latach miejsce zostało przekształcone w sanatorium, a następnie w pełnoprawny hotel – luksusowy, bo nie dość, że położony na wzgórzu, to jeszcze w samym środku dżungli. Z dala od zgiełku miasta, tropikalnego ukropu i ciekawskich oczu lokalnych mieszkańców. W trakcie dwóch wojen światowych hotel przechodził z rąk do rąk – przez chwilę należał do bogatych imigrantów z Armenii (niejakich braci Sarkies), później do armii japońskiej. Ponownie otwarty w 1947 roku nie odzyskał już jednak dawnej sławy. Stawał się coraz bardziej nierentowny, przestarzały. Ostatecznie hotel zamknięto w 1954 roku. W następnych latach kompleks przerobiono na szkołę z internatem – odwiedziła ją swego czasu sama królowa brytyjska. Koniec końców i ten pomysł okazał się nietrafiony. Od 1977 roku hotel Crag pozostaje niezamieszkany.

Porzucone budynki, choć z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej zapuszczone, walnie przysłużyły się kinu. W 1992 roku stały się miejscem akcji filmu Indochiny – francuskiej megaprodukcji z Catherine Deneuve w roli głównej. W XXI wieku nakręcono natomiast na ich terenie brytyjski serial historyczny Indian Summers. I to wszystko na przekór miejscowym legendom, głoszącym, że hotel Crag jest opanowany przez siły nieczyste. Według jednej z opowieści powiesiła się tam nastoletnia dziewczynka, której dusza przemierza obecnie korytarze budynków, strzegąc miejsca śmierci. W serwisie YouTube odnaleźć można całe morze filmików, których autorzy zapuścili się do wnętrza zamkniętego hotelu, aby na własnej skórze sprawdzić prawdziwość ludowych historii. Z legendy narosłej wokół tajemniczego miejsca postanowił skorzystać M.S. Prem Nath, kręcąc horror Irul: nawiedzony hotel.

Poświęcam tak wiele miejsca samej lokacji, bo to zdecydowanie najciekawsza rzecz w całym filmie. Prem Nath, malezyjski reżyser indyjskiego pochodzenia, znajdował się w niesamowicie komfortowej sytuacji: sytuacji pioniera. Realizując horror found footage, przecierał w swoim kraju szlaki – nikt wcześniej nie wykorzystał tej specyficznej konwencji w malezyjskim filmie pełnometrażowym. Na miejsce akcji wybrał chyba najlepszą z możliwych lokacji – opuszczony hotel, obarczony szalenie interesującym bagażem historycznym, jednocześnie popularny w sieci ze względu na rzekome nawiedzenie. Na bohaterów natomiast grupę ambitnych dokumentalistów, wspomaganą przez łowców duchów. Niestety, trudno uznać jego film za udany. To właściwie zbitka popularnych motywów horrorowych, wrzucona do jednego kotła i nieporadnie przemieszana. Dość powiedzieć, że na przestrzeni jednego filmu odnajdziemy sceny odnoszące się do konkretnych fragmentów The Ring, Lśnienia i Blair Witch Project (oczywiście) oraz osobny, charakterystyczny dla folk horroru, wątek, związany z zamieszkującym wzgórze plemieniem oraz składanymi tajemniczemu bóstwu ofiarami.

Więcej znaczy mniej

Słowem, pomieszanie z poplątaniem – niewynikające organicznie z fabuły, lecz wciśnięte na siłę do filmu, który ewidentnie takiego postmodernistycznego przeładowania nie potrzebował. Wystarczyło, jak sądzę, poświęcić więcej miejsca i czasu samej lokacji – zbudować wokół niej mitologię z krwi i kości, postawić lokalny kontekst ponad intertekstualne nawiązania do amerykańskiej i japońskiej klasyki kina grozy. Momentami zza ścian hotelowego lobby wygląda lepszy, zdecydowanie ciekawszy film – chociażby wtedy, gdy przewodnik dzieli się z bohaterami origin story nawiedzonego miejsca, odnosząc się do kolonialnej przeszłości hotelu.

I może dałoby się czerpać z dzieła Prem Natha jakąkolwiek satysfakcję odbiorczą, gdyby nie to, że autor nie potrafi wykrzesać z konwencji, którą się posługuje, niczego interesującego. A found footage to przecież fascynująca formuła. Skrojona pod ambitnych debiutantów: fenomenalnie maskująca braki budżetowe, a jednocześnie posiadająca niesamowity potencjał artystyczny, związany z charakterystycznym złudzeniem wiarygodności. Wspomnieć wystarczy legendę, sztucznie wykreowaną przez twórców Blair Witch Project, na którą nabrały się setki widzów, przekonane o tym, że oglądają autentyczne nagrania, pozostawione w lesie przez zaginionych filmowców. Oczywiście, było to silnie związane ze specyfiką czasów – dzisiaj podobna akcja promocyjna nie przyniosłaby zapewne pożądanych rezultatów. Kluczową cegiełkę dołożyła również poetyka filmu: surowa, rygorystyczna, zbudowana na kanwie jednej, pozostającej w nieustannym ruchu kamery, kilku bohaterów oraz improwizowanych dialogów.

Malezyjski reżyser, choć stara się podążyć tropem amerykańskich kolegów, nie potrafi wznieść się na podobny poziom. Podejmuje szereg nietrafionych decyzji artystycznych. Porzuca minimalizm Blair Witch Project na rzecz ujęć z kamer przemysłowych, dronów i rozstawionych pokątnie kamerek GoPro, zabijając w rezultacie największą wartość konwencji found footage. Usilna potrzeba uatrakcyjnienia formuły okazuje się tym, co ostatecznie przesądza o klęsce Irul: nawiedzonego hotelu. Jeżeli takie, klasyczne już dziś, horrory jak Blair Witch Project czy Paranormal Activity nauczyły wszystkich fanów gatunku, że mniej znaczy często więcej, to film Prem Natha robi coś dokładnie odwrotnego – udowadnia, że więcej może znaczyć mniej.

Film znajduje się w programie online 16. edycji festiwalu Pięć Smaków.

Janek Brzozowski

Janek Brzozowski

Student poznańskiego filmoznawstwa. Licencjat poświęcił "Pogardzie" Godarda, "Nocy amerykańskiej" Truffaut oraz skomplikowanej relacji, łączącej obu twórców. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska oraz francuska, a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Laureat 13. edycji konkursu "Krytyk Pisze". Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA