Recenzje
Grzeszne rozkosze #11: POLE RAŻENIA
Hardy Bruce Willis w zakolach… rzeki.
Znamienny wydaje się zwłaszcza ostatni z tych tytułów, gdyż odpowiadająca za jej produkcję wytwórnia Columbia, pod przewodnictwem Marka Cantona, miała w owym czasie kilka równie głośnych porażek, na czele z Bohaterem ostatniej akcji.
Obecnie mocno sinusoidalna kariera urodzonego w RFN Waltera Bruce’a Willisa nikogo, łącznie z samym zainteresowanym, nie dziwi. Niemniej tak wyglądała ona od… zawsze. Stąd też, obok udanych występów w komediach Blake’a Edwardsa oraz dynamicie sławy jakim okazały się obie części Szklanej pułapki, „Bruno” już na starcie zaliczał artystyczno-finansowe wpadki filmami pokroju Hudson Hawk (swoją drogą niezwykle sympatycznego), Billy Bathgate, wypełnionych seksem Barw nocy lub też ambitnych Fajerwerków próżności.
I to właśnie Canton zapewnił Willisowi udział także w Polu rażenia, którego liczne problemy – podobnie jak w przypadku innych projektów – szczelnie ukrywano przed światem, co, jak nietrudno się domyślić, odbiło się studiu potężną czkawką. Film twórcy bokserskiego Gladiatora – Rowdy’ego Herringtona – kręcono w miejscu urodzin reżysera, czyli dokładnie tam, gdzie toczy się akcja: w Pittsburghu. Wpierw pod tytułem Three Rivers (Trzy rzeki), który ostatecznie ostał się jedynie jako nazwa jednej z widocznych na ekranie łodzi. Fabuła jest prosta jak zakole jednej z tych rzek.
Bruce Willis gra jeszcze jednego prawego glinę – tym razem detektywa Toma Hardy’ego (sic!), w którego żyłach dosłownie płynie błękitna krew.
Jego ojciec – w tego wcielił się pocieszny, znany głównie z komediowego repertuaru John Mahoney – też jest policjantem, podobnie jak ojciec jego ojca, ojciec ojca ojca i dalsi przodkowie. Razem polują na seryjnego mordercę o ksywce Dusiciel z Polskiego Wzgórza (oui!). Oczywiście tatusia szybko killim!, więc Bruce robi się smutny. Tak bardzo smutny, że donosi na swoich kolegów w ponadczasowej sprawie brutalności policji. A konkretnie na swojego… kuzyna, Jimmy’ego Detillo (Robert Pastorelli). Ten wkrótce popełnia samobója – tradycyjnie w iście widowiskowym stylu – czego reszta rodzinki (Dennis Farina, Tom Sizemore), rzecz jasna, nie przyjmuje z uśmiechem na ustach.
Dla dobra wszystkich Tom przenosi się zatem do kompletnie innej jednostki Five-O. Odtąd pływa łódką po rzece – a raczej po wspomnianych trzech – w wolnych chwilach kultywując swoje hobby picia napojów wyskokowych. Ani się obejrzymy, a Tomek (który też nie zdążył się obejrzeć) dostaje nową partnerkę – Jo Christman (!!!), czyli Sarah Jessica Parker z lat, kiedy jeszcze bez pomocy chirurga plastycznego wyglądała tak:
Nasz dzielny chłop nie ma jednak szans sobie za bardzo z nią pofolgować, bo z rzeki zaczynają wyławiać trupy kobiet – co ciekawe zabijanych wzorem niesławnego Dusiciela. Czyżby naśladowca? A żeby było śmieszniej, jedną z ofiar jest była dziewczyna Toma. Trapiony wyrzutami sumienia, whisky, docinkami starych znajomych i duchami przeszłości (wśród których znajdziemy jeszcze charakterystyczną facjatę Briona Jamesa), Hardy cichaczem, w przerwach od picia, zaczyna prowadzić własne śledztwo, podejrzewając najgorsze.
.. Resztę można sobie w sumie dośpiewać, a prawdopodobieństwo wcześniejszego przewidzenia finału jest równie wysokie, jak zgadnięcie, czy Bruce w końcu prześpi się z Jo (spoiler! Oczywiście, że tak!).
Oryginalny scenariusz samego Herringtona, napisany do spółki z Martym Kaplanem, nie był może najwyższych lotów, ale podobno „trzymał się kupy”. Pierwotnie szykowany był zresztą dla Eda Harrisa, ale z jakichś powodów nie wyszło (Ed się pewnie ucieszył). Przepisano więc skrypt pod Roberta De Niro, ale i z niego nici. Aż w końcu na plan zawitał Willis i… przygwiazdorzył. Jeśli wierzyć plotkom, najwyraźniej opromieniony swoją zajebistością aktor zaczął zmieniać historię wedle własnego widzimisię. A dla reżysera i niektórych członków ekipy był na tyle nieprzyjemny, że szybko dorobił się wiele mówiącej ksywki „Orson Willis”.
Nie dziwi zatem fakt, że gotowy materiał okazał się na tyle niestrawną papką, że po próbnych pokazach zdecydowano się na dokrętki, co doprowadziło do dalszych zmian w fabule, rosnących kosztów i kilku miesięcy opóźnienia względem planowanej premiery.
Zmiany oczywiście nie pomogły – i to nie tylko dlatego, że znany z zamiłowania do narkotyków Pastorelli chlapnął w jednym z popularnych programów telewizyjnych ważnego twista, a kampania reklamowa skomponowana była w dużej mierze ze scen, jakich próżno szukać w samym filmie. Jak by nie było, zaledwie trzydziestomilionowy budżet nie zdołał się zwrócić ani w kinach, ani tym bardziej na domowym rynku VHS, gdzie Pole rażenia także dosłownie popłynęło. Krytycy, z Rogerem Ebertem na czele, nie zostawili na filmie suchej nitki. Do dziś zresztą na serwisie Rotten Tomatoes produkcja ta trzyma zaledwie 14% świeżości.
Swojego dzieła wstydzili się także sami twórcy, wliczając w to Willisa, który po latach… publicznie przepraszał fanów za tę wpadkę. Czy słusznie?
Cóż. Całość trwa standardowe godzina-czterdzieści minut, zatem nie ma specjalnie miejsca na pokłady nudy. Pomaga w tym zresztą stara, poczciwa R-ka, w którą na bazie popularności Die Hard celowano od samego początku (aczkolwiek nie jest tak krwawo, jak w przygodach Johna McClane’a). Aktorzy spisują się solidnie i chyba nie dało ich się lepiej dopasować do konkretnych ról – co działa również i w drugą stronę, uderzając po głowie wytartymi schematami. Chemia między Jo a Tomem jest także pozbawiona fajerwerków, ale w miarę wiarygodna – zresztą Willis nawet gdy nie gra, to bywa po prostu sympatyczny.
Okazjonalny humor wraz z obowiązkowymi one-linerami na czele jest zjadliwy, a główny „zły”, gdy już zostaje ujawniony, szarżuje aż miło. Obrazu dopełnia odpowiednio bombastyczna muzyka niezawodnego Brada Fiedela (której z uwagi na wpadkę filmu nigdy nie wydano) oraz zdjęcia Maca Ahlberga (współtwórcy takich klasyków danej ery, jak Obcego z głębin i Robota Joxa). Na tym jednak koniec „atrakcji”.
Oprócz swoistej przewidywalności, która jedynie wzrosła przez te blisko dwadzieścia pięć lat od premiery, największym grzechem filmu wydaje się jego nadmierna prostota. Jest to dzieło zwyczajnie nieefektowne, by nie powiedzieć brzydkie. Niby mamy te wszystkie pościgi – a to pieszo, a to autami, a to na wodzie – strzelaniny, wybuchy i kraksy, lecz gdyby nie gwiazdorska obsada, to można by pomyśleć, że to film telewizyjny (oczywiście mowa o ówczesnych standardach, nie tych dzisiejszych). Co gorsza, twórcy chwilami tak bardzo starają się urozmaicić całe widowisko, zrobić coś z niczego, że aż popadają w śmieszność.
Już choćby w pierwszej scenie akcji samochody seriami skaczą do góry w taki sposób, że można się zastanowić, czy ktoś przypadkiem nie wmontował głowy Willisa w ruchome kadry Blues Brothers. Szybko zdają się to potwierdzać niektóre z dialogów, które wypowiadane niekiedy z grobową wręcz powagą działają w sposób odwrotny do zamierzonego. Zresztą również hasełka reklamowe z – całkiem ładnych swoją drogą – plakatów brzmią obecnie odrobinę niedorzecznie, potwierdzając tylko przynależność do konkretnej epoki, w której Pole rażenia jest mocno zakorzenione. I to właśnie ten osobliwy archaizm sprawia, że film nie tylko nie wydaje się stratą czasu, ale też łatwo jest go polubić.
Nie będzie to wielka miłość i głębokie, trwałe uczucie, które zabierzemy ze sobą do grobowej deski. Trudno też pisać wprost o jakiejkolwiek rozkoszy, bowiem film z Brucem jest w najlepszym wypadku „uroczy w akcji”. A ponieważ wszystkie elementy składowe są w nim na swoim miejscu, to przeskakując pomiędzy kanałami telewizora, z łatwością idzie się zatrzymać właśnie na tym tytule – chociażby na chwilę, pomimo wszelkich absurdów, mielizn i niedorzeczności niezbyt fascynującej fabuły.
Willis z beznamiętną miną przerzucający się uprzejmościami z Sizemorem. Resztki włosów Willisa powiewające (pod czapką-bejsbolówką) na wietrze, gdy tak mknie motorówką wraz z odzianą w czerwony kostium Parkerową. Willis celujący do kamery. Willis strzelający do drabów będących poza kadrem. Willis topiący smutki w alkoholu… Ba! Nawet Willis wyglądający jakby miał wszystko i wszystkich w dupie (czyli właściwie każda scena filmu)…
To nie są majstersztyki kina i wyjątkowo pamiętne obrazy, jakie chciałoby się oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. A jednak wydają się wystarczające, aby od czasu do czasu świadomie powrócić do tego wątpliwego jakościowo dziełka, i oglądając je… też mieć wszystko w dupie. Tak po prostu. Ot, idealna definicja nieprzyzwoitej rozrywki, nieskażonej w dodatku współczesnymi trendami czy polityczną poprawnością i roszczeniami licznych portali społecznościowych.
A tak swoją szosą, czy gdyby dziś zdecydowano się na remake, to czy twórcy poszli by za ciosem i obsadzili Toma Hardy’ego w roli detektywa Toma Hardy’ego, czy może odważyliby się podnieść poziom absurdu i Tom stałby się… detektywem Brucem Willisem?
korekta: Kornelia Farynowska
