search
REKLAMA
Archiwum

FREE RAINER (2007)

Katarzyna Wojdełko

1 stycznia 2012

REKLAMA

Wszyscy dobrze znamy ten scenariusz: w telewizorze durny show, a w nim festyn na całego: ludzie którzy nie prezentują nic ponad swoją głupotę, tematyka klozetowo-matrymonialna i smsowe pospolite ruszenie. Znakomita większość tych programów sprowadza się do pokazania jak ktoś staje się bogaty, piękny lub skompromitowany. Współczesna rozrywka telewizyjna jest jak mitologia w czasach popkultury. Czcimy celebsów, którzy tak jak greccy bogowie zajmują się głownie swoimi sukcesami i aferami towarzyskimi. Mamy jednocześnie świadomość, że ich przyszłość zależy od nas – milczącej masy łbów zgromadzonych przed telewizornią. Zdaje nam się, że jak na igrzyskach decydujemy, czy ktoś zostanie w chwale, czy pójdzie na dno z kretesem. Tylko zamiast wystawiać kciuk dzwonimy na teleaudio, lub po prostu przełączamy program szukając satysfakcji gdzie indziej.

Idealna historia

Główny Bohater filmu jest jednym z architektów opisanego wyżej porządku. Rainer Kaethner robi karierę w niemieckiej telewizji i dzięki jego pomysłom do emisji wchodzą nowe programy, których zadaniem jest spotkać się z zainteresowaniem publiczność i odnieść komercyjny sukces. Produktem jego pracy jest tania sensacja, odmóżdżająca rozrywka, która bazuje na najniższych wartościach i podbija słupki oglądalności ku uciesze przełożonych Rainera. Życia zawodowe znajduje odzwierciedlenie w życiu prywatnym, które przepełnione jest pustką tuszowaną poczuciem sukcesu i pieniędzmi. I nagle trach. W jego życie (dosłownie) z impetem wkracza Pegah (Elsa Schulz Gambard) – enigmatyczna dziewczyna, która z premedytacją uderza w jego samochód. Oboje uchodzą żywi z wypadku, ale od tego momentu, wiele się zmieni u Rainera. Dotychczasowe życie staje mu przed oczyma i zaczyna on patrzeć na różne sprawy inaczej. Pod wpływem wstrząsu spowodowanego wypadkiem mężczyzna zaczyna inaczej traktować swoją pracę, patrzy krytycznie na telewizyjną “massówę” i postanawia nadać jej nową jakość. Szczere chęci szybko okazują się mało warte w zetknięciu z pragmatyzmem przemysłu telewizyjnego, Rainer nie ma jednak zamiaru dać za wygraną. Za wszelką cenę będzie szukał sposobu na poprawienie poziomu mediów. By to osiągnąć będzie musiał zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, znaleźć sprzymierzeńców i ruszyć z całą masą szalonych pomysłów. Jego wspólnikiem staje się Pegah, niedoszła oprawczyni i przyszła ukochana.

Misja

Ekipa z którą Rainer i Pegah będą naprawiać świat wybrana jest z pełnego przekroju wszelakich indiwiduów i reprezentantów nizin społecznych. Towarzyszy im Phillip (Milan Peschel) – po stokroć tajemniczy ex-ochroniarz targany wieloma fobiami prześladowczymi i pozostający w głębokiej konspiracji przed wszelakimi spiskami… Do tego dochodzi asysta a’la “Siedmiu Krasnoludków AD.2007”: bezrobotni, w tym turecki emigrant, alkoholik i były cyrkowiec. Kluczem całej akcji staje się małe czarne pudełko, które służy do pomiaru oglądalności programów telewizyjnych. Tego typu urządzenia rozlokowane jest w pewnej liczbie statystycznie reprezentacyjnych niemieckich domostw. Początkowym zadaniem jest próba zdemaskowania manipulacji, jakich dopuszczają się stacje telewizyjne za pomocą tego urządzenia. Nie udaje się, bo system mierzenia oglądalności, choć może pozostawia do życzenia więcej niż pozwala granica błędu statystycznego, to jednak działa bez oszustw. Rainer nie ma zamiaru się poddawać – skoro rzeczywistość jest faktycznie tak beznadziejna, to trzeba ją zmienić. Jeśli statystyka oglądalności pokaże mniejsze zainteresowanie durnymi programami, media będą musiały zmniejszyć ich emisję, a co za tym idzie, telewidzowie będą mogli korzystać z mądrzejszych mediów. Do roboty!

Telewizja ogłupia

Rainer przytacza Mein Kampf, kiedy chce przekonać przełożonego, że durna telewizja serwowana Niemcom zabija ich zdrowy rozsądek niczym faszystowska propaganda. Mocno powiedziane, tym bardziej, że przez kogoś, kto walcząc ze zbiorowym omamieniem, pokieruje oszustwem na skalę masową: w imię celów wyższych będzie manipulował opinią społeczną zza zacisza swojego PC-ta. Rainer i spółka stwierdzają bowiem, że skoro telewizja służy to ogłupiania mas, to można też wykorzystać ją odwrotnie, jako narzędzie stymulacji intelektualnej widzów. Przyjmują oni, że lud można “poprawić” aplikując mu przez telewizję prezentującą wyższe wartości, podniety intelektualne i takie tam. Balansuje on na cienkiej linii ideologii sadząc, że może stworzyć “lepszego człowieka” poprzez stworzenie lepszego widza.

Utopia

Ideologiczne zaplecze filmu to jakaś masakryczna mieszanka utopii i myślenia anty-utopijnego. Nie ma w tym ładu ani sensu, przez co cała zasadność fabuły zdaje się być w końcu jakąś karykaturalną parodią. Obserwujemy oto, jak Rainer poprawił społeczeństwo i aż strach myśleć, co z taką rzeczywistością zrobić, jeśli ludziom wystarcza zmiana ramówki telewizyjnej i od razu życie staje się lepsze i piękniejsze. W końcu, co zrobić z samym Rainerem? Skoro w tak prosty sposób dokonał rzeczy wielkich, to może dysponując większą władzą mógłby rozwiązać wszystkie problemy planety Ziemia? Zastanawianie się nad Free Rainer w tych kategoriach dyskwalifikuje film na samym starcie, dlatego lepiej nie brać za bardzo do głowy, co chciano widzowi przekazać. Warto za to poszukać, co ciekawego zostało przekazane niezamierzenie.

Główny bohater

Wiara w szlachetność swoich czynów, która skłoniła Rainera do nieczystego zagrania, to jego główny grzech. Ta konradowska chęć dostania “rzędu dusz” wskazuje, że jest on idealnym materiałem na Bohatera. Nieprzeciętna osobowość wyróżnia go z tłumu, a konkretne okoliczności sprawiają, że zaczyna walczyć z tym, co wcześniej stworzył. Rainer nie jest bez wady, musi nad sobą pracować, czasem wydaje się kompletnym bucem, jednak ciągle można mu to wybaczyć, bo widać w nim jakąś czystość, jakże ludzkie i rzadkie zarazem pragnienie piękna. Kieruje nim pasja, ale jest też człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Takie postacie będą zawsze potrzebne w filmie, bo dzięki nim najdurniejsza historia nabiera dramatyzmu. W rolę Rainera wcielił się Moritz Bleibtreu, który jest jedną z najbardziej rozpoznawanych twarzy kina niemieckiego. Wypłynął na fali popularności szeroko uznanego Biegnij Lola, biegnij, później pojawił się w drugim sztandarowym niemieckojęzycznym filmie przełomu wieków – Eksperymencie. Niedawno zmierzył się z postacią Bruna w ekranizacji Cząstek elementarnych, kultowej prozy Michela Houellebecqa. Nie chodzi mi tu o ocenę tych filmów (są średnie, a Cząstki wręcz fatalne), ani tego jak zaprezentował się w nich Bleibtreu, tylko o sam fakt obecności Bleibtreu w tych produkcjach. Lada dzień dołączy do nich jeszcze Baader Meinhof, w którym Bleibtreu gra przywódcę organizacji terrorystycznej RAF działającej w RFN.

Nie chcę na siłę doszukiwać się jakichś astralnych związków pomiędzy tymi wszystkimi bohaterami. Jest jednak coś, co sprawia, że te wszystkie postaci mają pewne cechy wspólne, otóż na dobre przybrały twarz Moritza Bleibtreu, jego tępo rozmarzone spojrzenie i bojowo wydęte wargi. Fizys Bleibtreu będzie mi zawsze przypominał o dylematach europejczyków w czasach najnowszych. Na pierwszej stronie Cząstek elementarnych Houellebecq przypadkowo znajduje zdanie: Ta książka jest przede wszystkim historią mężczyzny, który większą cześć życia przeżył w Europie Zachodniej w drugiej połowie XX wieku. W zasadzie samotny, od czasu do czasu utrzymywał jednak stosunki z innymi ludźmi. Żył w nieszczęśliwych i skomplikowanych czasach. Ten fragment prologu Cząstek elementarnych jest dla mnie idealnym usprawiedliwieniem wszystkich filmów popełnionych przez reżyserów, u których zagrał Bleibtreu. Jako że będę pastwić się na wadami Free Rainer, przemilczę pseudointelektualną głębię i postępujące z każdą minutą uczucie znużenia fabułą.

Rzeczy, które powinieneś wiedzieć

Tak nazywa się pierwszy program Rainera, który powstaje po wypadku samochodowym. Ma być o świecie, o polityce, o aktualnych wydarzeniach. Rzeczy, które powinieneś wiedzieć okazują się kompletna klapą, hi hi. Innym przykładem dobrego dowcipu jest scena, w której Minister Spraw Zagranicznych Niemiec z dumną miną pruje przez wielki hol na deskorolce – mistrzostwem absurdu dorównuje to kultowemu Ministerstwu Głupich Kroków Latającego Cyrku Monty Pythona. Nawiązując to tego, chciałam zaznaczyć, że filmowi nie brakuje humoru będącego świetną ucieczką od odpowiedzialności za nieudacznie skrojone wielkie słowa i czyny bohaterów, które stawiają twórców filmu raczej w złym świetle. Nie rozumiem przeto, czemu Free Rainer figuruje we wszystkich serwisach filmowych jako dramat. Wcielając się w rolę Wielkiego Klasyfikatora Produktów Audiowizualnych nadałabym temu filmowi kategorię “komedii zaangażowanej” i wrzuciła go do archiwum gdzieś z dala od półki z klasykami typu Podziemny krąg czy Seksmisja, ale też nie na tyle nisko, żeby rolka z filmem zaszła grzybem i wilgocią, żeby można ją było pokazać potomnym.

Tekst z achiwum film.org.pl (28.11.2008)

Avatar

Katarzyna Wojdełko

REKLAMA