Recenzje
FATUM ELIZABETH. Kiedy baśń spotyka arthouse
W „FATUM ELIZABETH” baśń splata się z arthouse, odkrywając mroczne tajemnice, które prowadzą do dramatycznych konfrontacji.
Już od pierwszych minut Fatum Elizabeth wyczuwalna jest pewna sztuczność, nieco denerwująca, gdyż obecna w każdym aspekcie filmu. Mamy zatem świeżo poślubioną parę – młodziutką kobietę i starszego mężczyznę – która jedzie samochodem do jego domu, od teraz stanowiącego również jej dom. Ten znajduje się w przepięknej, acz odosobnionej okolicy. Zarządza nim gosposia Claire, mając do dyspozycji Olivera, młodego, niewidomego chłopca. Mąż dzieli się z żoną całym swoim bogactwem – pieniędzmi, klejnotami, dziełami sztuki oraz bogatą garderobą, idealnie skrojoną pod kobietę – ale zakazuje jej wstępu do jednego jedynego pomieszczenia w całym domu.
Skaner reaguje na kciuk obojga, zatem nie jest tak, że żona nie ma możliwości wejścia do zakazanego pokoju. I pewnej nocy, kiedy mężczyzny akurat nie ma na miejscu, Elizabeth przekracza próg gabinetu jej męża. Widzi tam coś, co przeraża ją i szokuje, a gdy następnego dnia Henry wraca do domu i odkrywa zdradę małżonki, wita ją z maczetą w dłoni.
Kto pamięta, ten z miejsca rozpozna zarys fabularny Sinobrodego, baśni o szlachcicu mordującym swe młode żony za nieposłuszeństwo. Zresztą pewna bajkowość przejawia się tu od razu, gdy słyszymy myśli głównej bohaterki. Dowiemy się dzięki nim, że od zawsze marzyła o poznaniu wspaniałego mężczyzny, który zabierze ją do swojego zamku. Co więcej, kiedy już jest na miejscu, jej niewinna, acz wyrazista, wręcz baśniowa uroda kontrastuje ze zwyczajnością, a może nawet złowieszczością obecnych tam osób. Ale całość razi wspomnianą już sztucznością. Słowa Henry’ego (wielki jak dąb i posągowy Ciarán Hinds) wydają się wyuczone, zachowanie Elizabeth świadczy o jakimś zniewoleniu, którego nawet ona sama nie jest świadoma, a dom – choć piękny, bogaty i zaskakująco ciepły – pozbawiony jest życia. Nawet angielski akcent rodowitej Amerykanki Carli Gugino jako Claire może wybić z rytmu tych, którzy znają jej prawdziwy głos.
Sposób, w jaki scenarzysta i reżyser filmu, Sebastian Gutierrez, prowadzi akcję, również zastanawia. Są tu sceny tak bardzo nienaturalne, że budują dystans do historii i jej bohaterów. Pierwsza wspólna noc młodej pary przedstawiona jest w kilku szybkich ujęciach przecinania nożyczkami bielizny kobiety. Widzimy tylko cięcia pasków od podwiązek lub stanika, ale brakuje ludzi, tak jakby sama czynność była ważna, nie zaś jej uczestnicy. Gdy Elizabeth następnie pada na łóżko, nie sposób wyczytać cokolwiek z jej twarzy. Gra ją australijska modelka, Abbey Lee, wciąż chyba najlepiej znana jako jedna z uciekinierek w Mad Max: Na drodze gniewu. Sprawdza się w głównej roli, gdyż przypomina trofeum, nie zaś prawdziwego człowieka; coś, czym można się pochwalić, wykorzystać, pobawić się. Jest najpiękniejszym i najważniejszym przedmiotem w domu, ale ostatecznie tylko przedmiotem. Pierwsze pół godziny filmu ma zresztą tak silny male gaze, że aż trudno uwierzyć, że reżyser potrafił uciec przed oskarżeniami o instrumentalne i szowinistyczne traktowanie kobiety, tutaj sprowadzonej wyłącznie do kawałka ciała. I dopóki maczeta nie pójdzie w ruch, a tytułowe fatum niejako nie zostanie wyjaśnione, trudno nam cokolwiek zrozumieć z intencji Gutierreza, który uwspółcześnił baśń, ale nie wyjawił po co.
W tym momencie film zaczyna się na nowo, a wszystkie wcześniejsze zastrzeżenia nabierają sensu. Nie da się jednak o nim mówić bez zdradzenia niespodzianki, a właściwie serii niespodzianek, która rozpoczyna się od sceny, kiedy główna bohaterka decyduje się poznać sekret zakazanego pomieszczenia. Bez wchodzenia w szczegóły postaram się napisać, czym w rzeczywistości jest Fatum Elizabeth oraz wokół jakich tematów się porusza.
Reklamowany jako „horror twórcy Gothiki” film jest raczej psychologicznym thrillerem z elementami baśni, kina grozy i fantastyki, nierzadko ubarwionym czarnym humorem. W tamtym obrazie (jedynie napisanym przez Gutierreza, nie wyreżyserowanym) Halle Berry zostaje umieszczona w szpitalu psychiatrycznym po tym, jak morduje swojego męża. Ona tego nie pamięta, bo była kontrolowana przez ducha, ale w finale dowiadujemy się, że mężczyźnie należało się to, co go spotkało. I właśnie do motywu wykorzystywania kobiety przez mężczyznę Gutierrez wraca w swoim nowym filmie, posługując się bajką, aby opowiedzieć uniwersalną historię o żądzy posiadania i żądzy niszczenia.
Henry ma powody, aby Elizabeth nie wchodziła do jego pracowni, ale ostatecznie zakaz stanowi rodzaj zaproszenia, bo mąż doskonale wie, jak jego żona zareaguje. Oczekuje od niej złamania obietnicy, bo to da mu możliwość zareagowania w sposób brutalny, a jednocześnie pozwoli mu usprawiedliwić taki czyn. Przed kim jednak miałby chcieć się usprawiedliwić? Przed inną kobietą oczywiście. Początkowo Claire sprawia wrażenie wiernej służącej, bardziej sprzyjającej panu niż pani (słychać tu echa Rebeki Hitchcocka), ale jej prawdziwa rola w spektaklu ujawnia się dużo później.
Jest kimś więcej niż biernym obserwatorem i cichym wspólnikiem, stanowiąc dla Henry’ego raczej przypomnienie, że jego pobudki były swego czasu szlachetne. Ale tak było kiedyś. Obecnie mężczyzna jedynie bawi się, a i kobieta nie protestuje, nawet gdy chce.
Jest i niewidomy Oliver (cichy Matthew Beard), który może być synem Henry’ego, a może być dla niego kimś innym. Pomocnikiem, rywalem albo kolejnym człowiekiem, który istnieje w jego życiu po to, aby mu służyć. Młody mężczyzna ma jednak własne plany, choć naturę tę samą co jego pan. Gutierrez pokazuje znane już sytuacje w różnych wariantach i z różnorakich perspektyw, ale mając do dyspozycji czterech aktorów (plus Dylana Bakera w epizodycznej roli policjanta), w rzeczywistości opowiada jedynie o dwóch postaciach – mężczyźnie i kobiecie. Nie ma bowiem różnicy między Henrym a Oliverem czy Elizabeth a Claire.
Patrzymy na tych bohaterów przez pryzmat ich płci, nie zaś roli, jaką pełnią w fabule, a raczej ról. Każde z nich gra różne postaci, wszyscy w jakiś sposób udają bądź próbują być tym, kim nie są. Dopiero znając całą prawdę o wydarzeniach, jakie oglądamy, jesteśmy w stanie dostrzec celowość i sens historii.
Jednak zanim do tego dojdzie, niejeden widz skapituluje. Film ma bardzo powolne tempo, jest atrakcyjny stylistycznie, lecz niekoniecznie już gatunkowo (ci, którzy spodziewają się horroru, wyjdą z seansu co najmniej rozczarowani wyzbyciem się typowych dla kina grozy atrakcji), a brak bohatera, z którym można sympatyzować lub utożsamiać się, również może rodzić dystans do opowieści. Narracja jest złożona z licznych retrospekcji, powtórzeń i scen snów lub halucynacji. Te służą tematowi filmu, ale upodabniają całość do arthouse’owej konwencji, przywodząc na myśl dokonania Nicolasa Windinga Refna, w którego Neon Demon zresztą Abbey Lee zagrała. Byłem zaskoczony przyjemnością, jaką seans Fatum Elizabeth sprawił mi pomimo początkowych obiekcji, choć jest to zdecydowanie film, w który należy się wgryźć, aby móc cokolwiek dobrego o nim powiedzieć.
