search
REKLAMA
Recenzje

EVELYN. Stawić czoła tragedii

Jan Brzozowski

13 września 2019

REKLAMA

Jak poradzić sobie ze stratą bliskiej osoby? Jak przejść do porządku dziennego nad czymś tak okropnym jak samobójstwo młodszego brata? Orlando von Einsiedel, uznany, nagrodzony Oscarem dokumentalista, szuka w szalenie osobistym Evelyn odpowiedzi na te niełatwe pytania. Zabiera widzów oraz swoją najbliższą rodzinę w podróż po Wielkiej Brytanii, odwiedzając po kolei ulubione miejsca tragicznie zmarłego brata. Wyprawa staje się dla jej uczestników okazją do snucia wspomnień związanych z nieodżałowanym bliskim, ostatecznego pogodzenia się z jego odejściem oraz, last but not least, naprawy własnych, zszarganych przez czas i kłótnie relacji.

Sam von Einsiedel opowiada w filmie oraz wywiadach, że przez ponad trzynaście lat miał problem w ogóle z wypowiadaniem imienia zmarłego brata. Słowo „Evelyn” nie mogło przejść mu przez gardło. Zauważyła to jego przyjaciółka i producentka, Joanna Natasegara, która zaproponowała, aby von Einsiedel poświęcił swój następny film właśnie bratu. Jak dotąd reżyser Białych Hełmów swoje dokumenty budował wokół głośnych i niebezpiecznych sytuacji rozgrywających się gdzieś na cywilizacyjnych peryferiach, w krajach trzeciego świata. W Virundze opowiadał o strażnikach tytułowego parku znajdującego się w Demokratycznej Republice Konga, bohaterach, którzy dzień w dzień, z narażeniem życia, walczą o dobro zagrożonych wyginięciem goryli górskich i innych zwierząt. Dwa lata później nakręcił Białe Hełmy – kolejny film o ludziach mogących zginąć w każdej chwili, tym razem wydobywających syryjskich cywili spod gruzów spustoszonych przez wojnę miast. Evelyn stanowi więc w jego dotychczasowej filmografii przypadek szczególny.

Struktura filmu jest bardzo przejrzysta. Jego rytm wyznaczają kolejne miejsca, przez które wędrują bohaterowie. Stałą trójcą, praktycznie nieznikającą z ekranu, jest rodzeństwo: Gwennie, Robin oraz sam reżyser – Orlando. Dołączają do nich po drodze matka, ojciec wraz z nową partnerką, a także przyjaciele Evelyna z czasów szkolnych. Każdy z nich ma do powiedzenia coś ciekawego i nowego na temat tytułowego bohatera. W ten sposób na ekranie zarysowują się nie tylko relacje pomiędzy poszczególnymi uczestnikami autoterapeutycznej podróży, ale również portret samego Evelyna, który zdaje się wędrować ramię w ramię z rodziną i przyjaciółmi.

Gdyby skonstruować wykres obrazujący emocje bohaterów, przypominałby on zapewne szaloną sinusoidę. Podczas wędrówki stale przeplatają się ze sobą śmiech (gdy ktoś przywoła jakąś zabawną historię związaną z Evelynem), płacz (gdy wspomnienia, dotyczące np. dnia samobójstwa, okazują się nie do zniesienia) oraz wściekłość (gdy nagle odżywają dawne konflikty i nigdy niezabliźnione rany). Z czasem bohaterowie zaczynają się coraz bardziej otwierać. Najlepiej widać to na przykładzie samego reżysera, który na początku filmu jest niezwykle oszczędny i małomówny, nieraz chowa się za kamerą bądź maszeruje obok bliskich w milczeniu, zachowując na twarzy maskę zimnego profesjonalisty. Wraz z kolejnymi przebytymi kilometrami i odbytymi rozmowami coś w nim pęka i ostatecznie to Orlando jest tym, który najchętniej dzieli się celem wędrówki z napotykanymi po drodze obcymi ludźmi. Szczególnie interesująca, a zarazem poruszająca jest scena, w której reżyser wdaje się w krótką pogawędkę z właścicielem przydrożnego sklepiku. Mężczyzna doskonale rozumie bohaterów, gdyż sam przed czterema laty stracił ukochaną matkę. Chętnie dzieli się przed kamerą własną historią i życzy rodzinie von Einsiedelów powodzenia w dalszej podróży, gratulując im jednocześnie odwagi.

Evelyn, rzecz jasna, nie ogląda się zbyt przyjemnie. Zapierające dech w piersiach plenery Wielkiej Brytanii kontrastują z bólem oraz uczuciem bezsilności stale promieniującymi z bohaterów. Wszyscy doskonale wiedzą, że nie są w stanie zwrócić nieszczęsnemu Evelynowi życia. Mogą jednak pielęgnować pamięć o nim, rozmawiać ze sobą – szukać ulgi w wymianie wspomnień i w przebywaniu razem, a nie w ucieczce od tematu i samotnym milczeniu. To, zdaje się, jedyna droga, którą warto podążać.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA