search
REKLAMA
Archiwum

DOOM (2005)

Darek Kuźma

18 września 2018

REKLAMA

No i nadszedł ten dzień. Dzień, na który wielu czekało z niecierpliwością. 21 października, jednocześnie w wielu krajach na całym świecie zaczęła swą egzystencję, filmowa adaptacja znanej chyba wszystkim gry komputerowej “Doom”. Dla tych, którzy nie wiedzą co to jest, wyjaśniam: Doom to gra FPS (First Person Shooter) czyli strzelanka, w której widzimy oczami naszej postaci i rozwalamy wszystko co się wokół rusza. Jest to jeden z prekursorów tego gatunku, którego pokochało miliony graczy na całym świecie. W latach kiedy Doom święcił swe największe sukcesy, przeniesienie gry na srebrny ekran było jeszcze nie do pomyślenia. Teraz, dzięki coraz to lepszym efektom specjalnym i zapalonym scenarzystom, którzy potrafią zrobić z niczego coś (albo jeszcze większe nic), ekranizacja gry stała się możliwa.

Reżyserii podjął się znany polski operator – Andrzej Bartkowiak (“Zabójcza Broń 4”, “Adwokat Diabła”), który już wcześniej zasiadał na stołku reżysera (“Od Kołyski aż po Grób”, “Mroczna Dzielnica”). W momencie ogłoszenia nazwiska reżysera fani podzielili się na dwie grupy – tych co wierzą w staranność i opanowanie rzemiosła Bartkowiaka i tych co uważają, że talentem dorównuje słynnemu Uwe Bollowi, który z kretyńskim uporem robi coraz to większe gnioty z ekranizacji gier komputerowych (ostatni “Alone in the Dark” to wręcz podręcznikowy przykład jak nie należy robić filmu). Dlaczego pan Andrzej zabrał się akurat za tak kultową grę – nie wiadomo, ale na pewno wzbudził tą decyzją tysiące dyskusji na całym globie. Oczekujący na premierę łatwego życia nie mieli – kolejne spaprane ekranizacje kultowych gier, ze wspomnianym wcześniej kompletnym gniotem “Alone in the Dark” na czele sprawiały, że atmosfera wokół produkcji robiła się coraz bardziej nerwowa, co reżyser kwitował szumnymi zapowiedziami “jaki to film nie będzie”. No i co z tego wszystkiego wyszło?


No i wyszło to czego się można było spodziewać – schematyczny horrorek akcji, który żerując na popularności gry stara się zarobić jak najwięcej kasy. Niestety, “Dooma” nie można zaliczyć do udanych ekranizacji gier komputerowych, co wcale nie oznacza, że film to wielki gniot. Co to to nie. Da się obejrzeć, a nawet całkiem fajnie się go ogląda i gdyby nie była to ekranizacja TAKIEJ gry, to film możnaby zaliczyć do udanych. Niestety, obarczony brzemieniem kultu Bartkowiak nie dał sobie rady z materiałem, na który bezmyślnie się porwał. Polak zamiast totalnej sieczki z hektolitrami krwi i flaków postawił na klimatyczny pseudo-horror z kretyńskim morałem, co moim zdaniem było ogólnie złym pomysłem. Dorabianie jakichś zbędnych filozofii do czegoś, co powinno być krwawą rozrywką, dla której pasuje wyłączyć na 100 minut mózg – nigdy się nie udaje. To, że pan Andrzej miał dobre intencje, znaczy tyle co nic, piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Wspomniany wyżej klimat – pomimo całkiem niezłej scenografii i zdjęć – niestety nie udziela się widzowi. Tempo jest szarpane, a dla wyjaśnienia co poniektórych zagadnień, które narzuca scenariusz, reżyser porzucił budowanie napięcia.

No właśnie, scenariusz – fabuła filmu została oparta na grze “Doom 3” i ogólnie chodzi o to, że gdzieś w niedalekiej przyszłości ludzie odkryli przez przypadek pewien portal, który prowadzi bezpośrednio do wyludnionego miasta na Marsie. Portal nazwali Arką, a w mieście zaczęli przeprowadzać coraz to nowe badania i wykopaliska. Pewnego słonecznego dnia dzieje się coś dziwnego. Korporacja UAC, która zarządza wszystkim, odbiera przekaz od przerażonego naukowca pracującego na miejscu. Wynajmuje grupę komandosów RRTS (Rapid Response Tactical Squad) by sprawdzili co tam się wydarzyło. Resztę można już sobie spokojnie dopowiedzieć. Panowie scenarzyści odwalili kawał niezłej roboty przerzucając standardy gry do filmu i chociaż nie ustrzegli się kilku błędów (co niektóre dialogi wołają o pomstę do nieba) to dobrze wykonali swoje zadanie. Mając taki materiał, Bay czy Cameron na pewno stworzyliby z niego świetne kino akcji, ale Bartkowiak, jak pisałem już wcześniej, reżyserem genialnym nie jest i nigdy nie będzie.


Wielki plus dla twórców za swego rodzaju ukłon w stronę gry – mowa tu o pokazywanym już na trailerze, motywie FPP (First Person Perspective) czyli patrzenia na wszystko oczami bohatera. W filmie wygląda to świetnie i śmiem twierdzić, że jest to najlepszy fragment całości. Mamy pokazane przeładowywanie broni, skradanie się zza ściany, walkę wręcz i to co tygryski lubią najbardziej, czyli walkę z potworkiem za pomocą piły tarczowej ;). Świetny motyw, ale mam nadzieję, że nie będzie się teraz pojawiał w co drugim filmie amerykańskim… Drugi plus za to, że nie zrobiono filmu pod amerykańskich nastolatków. Doom jest bardzo brutalny, znajdziemy tu dużo gore i nawet jakieś strzępy czarnego humoru. Wypada wspomnieć o rzeczy najistotniejszej, czyli o obsadzie. Jakaż była moja radość, kiedy okazało się, że to jednak Karl Urban jest wiodącą postacią, a Dwayne ‘The Rock’ Johnson go tylko uzupełnia. Obaj panowie wywiązali się dobrze z powierzonych im ról, ale Urban jest niekwestionowanym liderem. Dołączono do nich także Rosamund Pike (pamiętacie ją z “Die Another Day”?), która ani grzeje, ani ziębi – zamiast tego snuje się po ekranie i wymyśla nowe teorie. Reszta obsady dobrze się sprawdza jako mięso armatnie.

Bartkowiak zrobił po raz kolejny film według sprawdzonej receptury i po raz kolejny czegoś mu zabrakło – serca. Zrobił film bez pomysłu i polotu, wykorzystujący każdy ograny pomysł i postać. Mamy tu więc i niedoświadczonego młodzika, i pyskatego jajcarza, który tylko się prosi o unicestwienie, i starego wygę z mroczną przeszłością. Możemy z dokładnością do 75% przewidzieć kto będzie kolejną ofiarą, a także domyślić w miarę szybko co się takiego strasznego stało w mieście. Całość, włącznie z relacjami między postaciami, zrobiona jest jakby według podręcznika i to niestety widać, co będzie bardzo bolesne dla fanów gry. Podsumowując, nie jest to film ani dobry, ani zły – po prostu średni, co dla tego akurat projektu nie wróży dobrych recenzji. Na pewno znajdzie się wielu, którym film się spodoba, jak i wielu, którzy poczują się zawiedzeni. Reszta spokojnie wyjdzie z sali kinowej zapominając w ciągu godziny większość motywów z filmu.

Tekst z archiwum film.org.pl

REKLAMA