Recenzje

DOKTOR DOLITTLE (1967). Z małpą jest lepiej niż z człowiekiem?

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Samotni ludzie tak mają, że lubią widzieć ludzi w swoich ukochanych pieskach, kotkach i świnkach morskich

Rex Harrison, mimo że gra w musicalu, to jednak jest postacią nieco tragiczną, i to nie do końca z własnego wyboru. Warto przypomnieć, że zanim dr Dolittle stał się weterynarzem mieszkającym w swoim minizoo, był zwykłym lekarzem i starał się leczyć ludzi. No właśnie, starał się, a ponieważ jego dobrotliwa natura wręcz genetycznie nie akceptowała małomiasteczkowości, konwenansu i kołtuństwa, w końcu nie wytrzymał. Odszedł od ludzi, nie bez tęsknoty, za to z przemożną chęcią uczłowieczenia istot, które uważał za najczystsze, jeśli chodzi o system moralny. Trzeba przyznać, że to dość wybiórcze podejście do etyki, bo zwierzęta jako takiej moralności nie posiadają, lecz charakteryzują się bardzo zasadniczym przestrzeganiem reguł nakazanych przez instynkt. Ani książka jednak, ani też film nie wchodzą aż tak głęboko w logikę i sensowność antropomorfizacji zwierząt. Samotni ludzie po prostu tak mają, że lubią widzieć w swoich ukochanych pieskach, kotkach i świnkach morskich po części ludzi, ale tak jakby na swoją wyłączność i każdy rozkaz właścicieli. To wyjątkowo dwulicowe podejście, o które można by oskarżyć też doktora Dolittle’a.

Z nim jest wszelako taki problem, że on poszedł znacznie dalej. Zobaczył w zwierzętach świat zupełnie konkurencyjny dla ludzi, a ich odsunął na margines. Scena z foką przebraną w damski strój dobrze charakteryzuje tę gatunkową zdradę doktora. Śpiewając do niej rzewną i obiektywnie całkiem niezłą piosenkę, doktor jasno wyraża swój żal z tego powodu, że foka nie jest kobietą. Wtedy pewnie by się w niej zakochał, a tak ma jeszcze w sobie gatunkową przyzwoitość i nie będzie jej zmuszał do wynaturzonego związku z człowiekiem. Może i doktor zdradza cechy animisty, hippisa i anarchisty, lecz całe szczęście w filmie nie pada na niego ani cień podejrzeń, że tak bliska relacja z naszymi mniejszymi braćmi może mieć jakiś podtekst seksualny. Rex Harrison znakomicie odgrywa człowieka, który, chcąc wznieść się na wyżyny swojego człowieczeństwa, odkrył wśród ludzi tylko prawdziwą samotność. Miał więc co do nich rację? Zarówno film, jak i seria opowieści Loftinga pozostawiają to pytanie bez jasnej odpowiedzi.

Powracając do samej produkcji Doktora Dolittle’a, takiej scenografii i plastycznych zdjęć nie powstydziłby się żaden dzisiejszy film przygodowy. Z racji czasów efekty lalkarskie nie stoją na wysokim poziomie, na co można przymknąć ostatecznie oko. Co przysłowiowe pięć minut zjawia się niespodziewanie piosenka albo jakaś melorecytacja. Aktorzy skaczą niemal jak w cyrku, a przecież są w kinie. Cóż z tego, skoro nad tym wszystkim góruje idea bycia tak szalonym jak doktor, który nie rozumie ludzi, a gada ze zwierzakami. Co na to ludzie? Chyba raczej nie staną się bardziej ludzcy.

Ostatnio dodane