Recenzje
DIVERSION END. Polski hołd dla kina Tarantino
DIVERSION END to polski hołd dla stylu Tarantino, który zaskakuje świeżością i nostalgią. Odkryj oryginalne filmowe inspiracje twórców!
Kiedy spytacie polskich baronów kina, dlaczego właściwie robią filmy, wielu z nich odpowie, że z chęci uzewnętrznienia, samorealizacji czy poczucia misji. Często motywem, do którego się publicznie nie przyznają, będą oczywiście względy finansowe, ale każdy z powyższych powodów można uznać za prawdopodobny (bo w swym prawdopodobieństwie wręcz banalny). Jednak twórcy Diversion End – nasz wywiad z nimi można przeczytać tutaj – takimi filmowcami nie są, a przynajmniej nie tylko.
P
Parafrazując słowa o piosenkach inżyniera Mamonia z Rejsu – uwielbiamy takie filmy, które już kiedyś widzieliśmy. Bo jak miałyby się nam podobać historie, które poznajemy po raz pierwszy? Jest to, rzecz jasna, stwierdzenie dość paradoksalne, ale sądzę, że wszyscy wiemy, o co chodzi. Ekipa Diversion End postawiła na obrazy, wątki i dźwięki, które u każdego kinomana wywołają sentyment. Znajdziemy w nich więc nawiązania do kultowych filmów Tarantino, wczesnego Finchera, Scorsesego, Refna czy muzyki Ennia Morricone oraz wielu, wielu innych, a ich rozpoznawanie może być doskonałą gratką dla wymagającego zjadacza popkultury. Reżyser Michał Krzywicki (będący też głównym aktorem, współscenarzystą i jednym z producentów) prawdopodobnie wziął sobie do serca słowa twórcy Pulp Fiction mówiącego, że wszyscy wielcy artyści kradną od innych. Autorzy Diversion End, filmu określanego przez producenta jako pulpowy thriller kryminalny, również „pożyczają” sobie sporo rozwiązań od bardziej doświadczonych kolegów, ale – w przeciwieństwie do wielu, którzy próbowali – nie dają się na tym złapać wprost i sprawiają, że każdy środek służy najważniejszemu celowi, czyli fabule.
Akcja filmu rozgrywa się w alternatywnej Nowej Warszawie w bliżej nieokreślonej współczesności. Drobny złodziejaszek i ćpun, Oleg (w tej roli Michał Krzywicki), w wyniku sado-masochistycznego stosunku przypadkowo morduje kochankę. W zatarciu śladów zbrodni pomaga mu przyjaciel glina, Blaz (Kevin Oestenstad) oraz jego szef, Wrona (Philip Lenkowsky). Wkrótce jednak bohaterów dopadają konsekwencje tych czynów, a na dobitkę poznają prostytutki, Klarę (Dagmara Brodziak) i Verę (Ida Jabłońska), które wciągają ich w konflikt z Alem (Andres Faucher), najgroźniejszym przestępcą w mieście.
Reżyser zdecydował się stworzyć w naszym kraju własne uniwersum zainspirowane amerykańskim kinem postmodernistycznym lat 90. oraz pulpowymi filmami klasy B, z małą domieszką polskiej kuchni. Nowa Warszawa (jej nazwa nie pada na ekranie bodaj ani razu), za dnia spokojna, skąpana w słonecznym golden hour, w której kawiarniach można zjeść pierogi z jagodami, wieczorami zamienia się w swoiste neonowe Sin City. Motocyklowe bary, rockandrollowe koncerty i kluby techno przyciągają różnorodną klientelę. Różowowłose prostytutki, dilerów narkotyków w futerkach, eleganckich, wybrokatowanych gangsterów oraz ubranych w skóry i kolorowe koszule tajniaków. Choć mieszkańcy mówią po angielsku, po nazwiskach bohaterów oraz czasem widocznych warszawskich adresach można zorientować się, że to jeszcze nie Las Vegas.
Diversion End to film o męskiej i kobiecej przyjaźni wystawionej na ciężką próbę. Ale czy w tak zepsutym świecie jest w ogóle miejsce na szczerą, silną więź, a tym bardziej na miłość? Zagubiony, nieśmiały Oleg skrywa w sobie tajemnicę nie mniej mroczną od sekretu, którym nie dzieli się z nim Blaz. Jak przyznaje sam kryminalny – „Nie fantazjuję o łapaniu przestępców i nie ćwiczę przed lustrem monologów jak pieprzony Robert De Niro”. Ich relacja nasuwa poniekąd skojarzenia z więziami postaci Tima Rotha i Harveya Keitela we Wściekłych psach oraz Brada Pitta i Edwarda Nortona z Fight Clubu. Co ciekawe, Blaz nosi nawet czerwoną skórzaną kurtkę, bardzo podobną do tej, którą miał na sobie filmowy Tyler Durden u Finchera.
Z kolei prostytutki, Vera i Klara, które wiszą bossowi półświatka duże pieniądze, postanawiają wykiwać mafiosa i rozpocząć objazdową karierę w stylu Urodzonych morderców lub Bonnie i Clyde’a, z tą różnicą, że mają zamiar nazywać się „Bonnie i Bonnie”. Nad wszystkim jednak czuwa Al, nieprzewidywalny psychopata o głębokim głosie, który nieposłusznych kara torturami i wrzuceniem do dziwacznych walk na arenie.
Bohaterów w filmie Krzywickiego w żadnym razie nie można by nazwać nudnymi lub papierowymi, wręcz przeciwnie
Nie oszukujmy się, w tej produkcji nie spotkamy typowego polskiego snuja, który przez większość filmu nie wie, co ma ze sobą zrobić. Scenariusz Diversion End w tym rozumieniu jest skonstruowany bardzo po amerykańsku (nie mylić z „hollywoodzku”) – nie brakuje w nim zabaw strukturą i retrospekcjami, ale wszystko jest robione z dużym przymrużeniem oka, a w ogólnym rozliczeniu, niczym w Podejrzanych Bryana Singera, akcja prowadzi do zaskakującego, gorzko-słodkiego finału i pozostawia pole do późniejszych refleksji i dyskusji. Każda scena popycha fabułę do przodu, każda kwestia (lub milczenie) mówi coś ważnego o postaci, każdy dialog jest wygrany przez aktorów naturalnie i w punkt.
Ponadto ogromne wrażenie robi cała oprawa audiowizualna. Autor zdjęć, Łukasz Suchocki, postanowił z reżyserem polecieć po bandzie i zafundować widowni kolorową, stroboskopową zabawę neonami i światłocieniem rodem z filmów Nicolasa Windinga Refna i kina neo-noir. Brzmienia zespołu St.George nasuwają skojarzenia ze ścieżką dźwiękową serialu Synowie Anarchii oraz spaghetti westernów Sergia Leone, a elektroniczne motywy nieistniejącego już niestety Moot przypominają nieco utwory Crystal Castles oraz takie soundtracki jak Fluke z Matrixa Wachowskich.
Wrażenie przede wszystkim robi dobór ścieżki dźwiękowej pod obraz, co jest niewątpliwie zasługą kompozytora Krzysztofa Aleksandra Janczaka oraz montażysty Michała Wilka. Takie sekwencje, jak przewiezienie na wózku zwłok przez rzeźnika albo walka Klary z wrotkarką po prostu wywołują ciary, porównywalne do tych, które mają fani Tarantino przy seansach Kill Bill czy Bękartów wojny.
Na osobne pochwały zasługuje dobór brudnych lokacji wymalowanych w graffiti, świetna dekoracja wnętrz w wykonaniu Agnieszki Bąk (znanej m.in. z filmu Git), a także dbałość o detale w kostiumach Katarzyny Sałdak (Wydech, Pół Wieku Poezji Później). I oczywiście, co bardziej wybrednym widzom mogą przeszkadzać niekiedy niezbyt dobrani epizodyści oraz momentami nierówny język angielski, jednak w moim odczuciu takie niedociągnięcia jeszcze mocniej budują ten postindustrialny, polsko-amerykański świat i udowadniają, że nawet w naszych (a może zwłaszcza naszych?) warunkach można dziś zrobić dobre kino gatunkowe.
Diversion End jest filmem pełnometrażowym, jednak w pierwotnym zamyśle przewidziany był jako web serial. Michał Krzywicki, wraz z Dagmarą Brodziak i resztą ekipy, na początku próbowali go wyprodukować samodzielnie, chcąc zdobyć finansowanie na portalach crowdfundingowych. Kiedy to się nie udało, twórcy, chodząc od producenta do producenta, wszędzie słysząc odmowy, niemal całkiem stracili nadzieję na spełnienie swoich marzeń. Wtedy zgłosił się do nich Antoine Disle z paryskiego Rockzeline Wild Studio, któremu spodobało się demo i który postanowił zainwestować w projekt.
Wkrótce do prac nad Diversion End dołączyło paru innych producentów, a reżyserowi przy scenariuszu pomógł John Cabrera, aktor i reżyser, znany m.in. ze stworzenia serialu sci-fi H+.
Ostatecznie pomysł zrobienia z DE serialu powrócił – pierwszy sezon ma być rozszerzoną wersją fabuły składającą się z dziesięciominutowych odcinków. Serial zostanie po raz pierwszy pokazany w tym tygodniu na Marseille Web Fest (19-21 października) oraz niedługo potem na Bilbao Seriesland w Hiszpanii (24-27 października), na których, jak przypuszczam, zdobędzie kolejne laury (z ostatnich warto wymienić nagrodę jury młodzieżowego za film pełnometrażowy na 36.
Festiwalu „Młodzi i Film” w Koszalinie oraz nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę męską dla Andresa Fauchera na IFF w Londynie). Na początek przyszłego roku zaplanowane są już z kolei zdjęcia do drugiego sezonu, który również ma mieć swoją pełnometrażową wersję. Jeszcze nie wiadomo, na jaką formę dystrybucji zdecydują się producenci, ale prawdopodobnie całość będzie można obejrzeć za darmo na YouTube, jak było w przypadku innych seriali ze stajni Rockzeline.
Liczę natomiast na to, że wkrótce sukcesy tej produkcji dotrą do rodzimych dystrybutorów i stacji telewizyjnych. Diversion End jest kinem zarówno ambitnym, jak i rozrywkowym. I choć w ekipie i obsadzie brakuje głośnych nazwisk, podejrzewam, że powinno ono zostać docenione na naszym rynku. Szczególnie, że w ostatnich latach polscy widzowie coraz chętniej wolą obejrzeć to, co oferuje im Netflix czy HBO niż popołudniowe opery mydlane. I już tak na koniec, pół serio, nawiązując do tytułu filmu – może Diversion End stanie się swego rodzajem drogowskazem i ukróci wieczne zawoalowane ścieżki i objazdy naszych niszowych twórców gatunkowych? Może zapoczątkuje pewną zmianę w mentalności polskich sponsorów i kiedy przyjdzie do nich kolejny młody filmowiec z genialnym pomysłem, nie zamkną przed nim drzwi, mówiąc, że na kinie w naszym kraju nie da się zarobić? Bo choć twórcy Diversion End z pewnością stworzyli film, który chciałby nakręcić niemal każdy początkujący reżyser (ja z całą pewnością się do nich zaliczam), na pewno nie można powiedzieć, że nie udało im się przy okazji w tym dziele zrealizować, uzewnętrznić i dać producentowi możliwości zarobku. A może też spełnić pewną misję?
