search
REKLAMA
Archiwum

DIABEŁ UBIERA SIĘ U PRADY. Bajka o współczesnym Kopciuszku

Tekst gościnny

16 lipca 2019

REKLAMA

“I love my job. I love my job”

Stając się “dziewczyną Mirandy”, kobieta zaprzedaje swą duszę i ciało, całkowicie poddając się absurdalnym wymogom pracy. Jednak jak widać na przykładzie pierwszej asystentki – Emily, podobna paranoja ma raczej powodować salwy śmiechu, aniżeli refleksję nad kondycją świata współczesnego. W chwilach krytycznych powtarzając swą mantrę “kocham swoją pracę, kocham swoją pracę”, to właśnie ona stoi na czele tych dziewczyn, “które mogłyby zabić za posadę w Runwayu”. Żyjąc w ciągłym stresie, permanentnie głodząc się w celu uzyskania wymarzonego rozmiaru “0” – śmieszy, i w dużej mierze jest to zasługą Emily Blunt, która ze swą żywiołowością i brytyjskim akcentem tworzy znacznie ciekawszą postać niż osoba Andrei. Zresztą mam wrażenie, że Anne Hathaway – odtwórczyni roli Andy, w gruncie rzeczy miała nie wychodzić poza wachlarz min i gestów, które znamy już z obu części Pamiętnika księżniczki. Jedyną udaną próbą zwalczenia wizerunku słodkiej idolki nastolatek był epizod w Tajemnicy Brokeback Mountain, jednak zastanawiające jest, czy Hathaway podołałaby głównej roli o takim natężeniu emocjonalnym. Być może przekonamy się o tym, gdy na ekrany naszych kin wejdzie film juliana Jarrolda, w którym Anne zagra młodą Jane Austen. Na drugim planie obok wspomnianej wcześniej Emily Blunt mamy równie genialnego (choć to żadnym zaskoczeniem nie jest) Stanleya Tucci. I być może echem odbija się jego rola w Zatańcz ze mną, gdzie również niejako dał upust swej “kobiecej stronie”, to i tak w Diable udaje mu się stworzyć przezabawną i oryginalną postać, która nie może pozostać niezauważona. Natomiast panowie Adrian Grenier i Simon Baker zdają się być jedynie niewykorzystanym źródłem uroku osobistego, który jednak nawet w tak nikłej dawce nie będzie obojętny żeńskiej części widowni…

Od początku przygotowań do ekranizacji książki Lauren Weisberger było wiadome, że to nie postać Andrei będzie kluczowa dla historii. Tak naprawdę pierwsze skrzypce miała zagrać odtwórczyni Mirandy Priestly. A któż inny mógłby lepiej wcielić się w rolę diabła w spódnicy, jak nie Meryl Streep – znana ze swego perfekcjonizmu, którym zwykła doprowadzać reżyserów i członków ekipy do szału. Na film należy pójść chociażby ze względu na nią. Jest doskonała jako “gestapo mody” – redaktor naczelna pisma “Runway”. Nigdy nie podnosząc tonu głosu, sprawia, że człowieka ciarki przechodzą. Irytuje i odrzuca, co jedynie potwierdza, jak świetnie sprawdza się w tej roli. Jednak biorąc pod uwagę, iż żadne słowa nie są w stanie oddać genialności gry tej aktorki, radzę czym prędzej wybrać się do kina.

“Suddenly I see this is what I want to be”

Diabeł ubiera się u Prady ujmuje swym humorem i wpadającą w ucho ścieżką dźwiękową. Jest świetnie nakręconym filmem rozrywkowym, którego wizualnej stronie trudno cokolwiek zarzucić, oczywiście prócz faktu nierealności świata przedstawionego. Z tego też względu wielokrotne porównywanie go do Seksu w wielkim mieście nie powinno dziwić, skoro pod jednym i drugim podpisuje się ten sam człowiek – David Frankel. Również sztab stylistów pracujących zarówno przy filmie, jak i serialu sprawia, że choć na chwilę możemy znaleźć się w świecie, do którego zwykli śmiertelnicy nie mają dostępu. Tylko teraz powstaje pytanie, czemu perypetie kilku kobiet z Nowego Jorku otaczających się markami, na które nie stać zwykłych ludzi, są dla nas tak pociągające? Podejrzewam, że odpowiedź związana jest z naszym stosunkiem do tak ostatnio rozsławionego słówka “Prada”. Bo czymże jest Prada? Nieznanym terminem, ideą doskonałości, symbolem odpowiedniej klasy społecznej, czy po prostu napisem, mającym właściwości ogłupiające tysiące kobiet i mężczyzn, którzy nie wiedzą, co zrobić z pieniędzmi, tudzież uważają, że odpowiednia metka wyleczy ich z kompleksów? Skąd bierze się ta obsesja na punkcie skrawka materiału i czy rzeczywiście trzeba być zimną suką, by dojść do czegoś w życiu, po trupach, topiąc wyrzuty sumienia w kolejnym martini? Film Frankela, fundując nam szczęśliwe zakończenie tryskającej humorem historii, w efekcie odpowiada na powyższe pytania w sposób nieco przekłamany, przechodząc z inteligentnej krytyki w moralizatorską opowieść o odwadze umożliwiającej podjęcie najtrudniejszych decyzji, na co niestety trzeba wziąć poprawkę, zamiast upierać się, że podobne rozwiązanie w rzeczywistości nie miałoby racji bytu.

Można powiedzieć, że Diabeł ubiera się u Prady nie zawodzi oczekiwań, co z jednej strony daje satysfakcję zdolnościom antycypacyjnym, z drugiej jednak potwierdza fakt pewnego rodzaju niespełnienia. Mamy do czynienia ze sprawnie nakręconym i zabawnym filmem, na który przede wszystkim wybierze się publiczność wrażliwa na kolorowe bodźce i blichtr świata, w dzisiejszych czasach niestety dla większości będący wyznacznikiem sukcesu i szczęścia. Jednak w pełni zrozumieją ten film tylko osoby świadome zagrożenia, jakie niesie takie podejście do życia. Dla nich cukierkowe zakończenie będzie potwierdzeniem tego, że David Frankel nakręcił inteligentną bajkę o współczesnym Kopciuszku, który może nie znajduje księcia na białym koniu, ale pantofelki od Prady boleśnie wrzynające się w skórę i pracę, “za którą milion dziewczyn mogłoby zabić”.

Tekst z archiwum film.org.pl (05.10.2006).

REKLAMA