search
REKLAMA
Artykuły o filmach, publicystyka filmowa

BENEDETTA. Siedem grzechów, dla których warto obejrzeć ten film

Paul Verhoeven nie stracił energii twórczej. I jest jeszcze bardziej wyrachowany, bezczelny i cyniczny.

Mariusz Czernic

5 stycznia 2022

Benedetta (2021). Virginie Efira
REKLAMA

Najnowszy film holenderskiego reżysera – twórcy takich dzieł jak Ciało i krew (1985), RoboCop (1987), Nagi instynkt (1992) – miał premierę w lipcu na festiwalu w Cannes. Nie zdobył nagród, a recenzje były mieszane, od zachwytów nad błyskotliwą satyrą na Kościół po oskarżenia o bluźnierstwo i tanią prowokację. Istniała obawa, że film nie trafi do polskich kin. Nawet Gutek Film, zajmujący się promowaniem dzieł odważnych artystycznie, nie był zainteresowany obrazem Paula Verhoevena. Nie chodziło jednak o kontrowersje związane z krytyką Kościoła, ale podobno o nudę wylewającą się z ekranu. Cóż, rozumiem, że można filmowi zarzucić wiele grzechów, ale nuda jest ostatnim, który przyszedłby mi do głowy. Wreszcie Aurora Films wprowadza ten produkt do kin, dzięki czemu szersze grono polskich odbiorców może wyrobić sobie własne zdanie.

Scenariusz Benedetty (autorstwa Davida Birke’a i Paula Verhoevena) powstał w oparciu o książkę Judith Cory Brown (Immodest Acts: The Life of a Lesbian Nun in Renaissance Italy, 1986) i jej adaptację dokonaną przez Gerarda Soetemana. Akcja toczy się w XVII wieku, czyli w późnym renesansie, nazywanym także barokiem. Kościół Katolicki po soborze trydenckim przechodził kontrreformację, mającą uciszyć działalność innowierców, których przybyło wskutek reform Marcina Lutra. Do żeńskiego klasztoru teatynek przybywa 9-letnia Benedetta Carlini – rozmowa jej ojca z przeoryszą wygląda jak targowanie się o duszę dziecka. Ojciec dopłaca zakonowi, by wzięli jej córkę – wychowanie w wierze katolickiej sprawiło, że taka decyzja wydaje mu się słuszna. Ale Benedetta, mimo przenikliwości i pobożności, nie zostanie świętą. Hierarchowie kościelni najchętniej wymazaliby ją z historii.

Benedetta (2021). Charlotte Rampling, Virginie Efira, Daphne Patakia
fot. materiały prasowe / Aurora Films

Realizacja filmu była dla Verhoevena trudną przeprawą ze względów zdrowotnych. 80-letni reżyser zaczął kręcić film w 2018 roku, ale kontuzja biodra i powikłania po operacji doprowadziły do opóźnienia. Gdy wszystko się unormowało, doszła do głosu pandemia, która spowodowała przesunięcia w datach premier. Jednakże żadna data premiery nie jest dla tego filmu zbyt późna, bo zaprezentowana tu tematyka się nie starzeje. Żyjemy w XXI wieku, a Kościół wciąż ma wpływ na nasze życie tak samo jak w czasach baroku, renesansu czy nawet średniowiecza. Z czasem przybywa coraz więcej ludzi manifestujących niezadowolenie z tego powodu. Inna sprawa, że filmowcy podchodzili krytycznie do katolicyzmu już od dawna, wspomnę choćby o Viridianie (1961) Luisa Buñuela. W związku z tym każdy kolejny projekt piętnujący wady Kościoła może stracić siłę przekazu, jeśli nie zostanie doprawiony czymś naprawdę mocnym i oryginalnym. Scenariusz Birke’a i Verhoevena nie jest zbyt odkrywczy, ale styl reżysera nie stracił ostrości i brawury, dzięki czemu film nie zatrze się zbyt szybko w pamięci.

Mało znanym fragmentem biografii Paula Verhoevena jest jego literacka twórczość i fascynacja osobą Jezusa z Nazaretu, o którym napisał książkę (Jesus of Nazareth, wyd. 2010). Inspirując się pracami biblistów zrzeszonych w kręgu Jesus Seminar, przekazał czytelnikom własną wizję postaci Chrystusa, bliższą ludzkiemu charakterowi niż boskiemu. Widział w nim przywódcę politycznego, a nie religijną figurę. Jako reżyser czuł jednak, że to nie jest dobry materiał na film, w dodatku ze spóźnionym przekazem, bo podobne rozważania rozpalały publiczność po premierze Ostatniego kuszenia Chrystusa (1988) Martina Scorsesego. Holenderski twórca wziął więc na warsztat temat, o którym zresztą myślał już od dawna, lecz wówczas zafascynowany hollywoodzkimi możliwościami czuł, że nie będzie w stanie wyrwać się spod kontroli purytańskiego systemu. Dopiero po artystycznym sukcesie Elle (2016) z Isabelle Huppert reżyser uznał, że jest gotowy doprowadzić Benedettę do końca. Ostatecznie film nie jest idealny, ale „grzechy”, które przy okazji popełniono, wpłynęły pozytywnie na wartość i odbiór dzieła.

Benedetta (2021). Daphne Patakia i Virginie Efira
fot. materiały prasowe / Aurora Films

1. Niemoralność

Gdy Gerard Soeteman przeczytał książkę Judith C. Brown, już w latach 80. pragnął przenieść tę historię na ekran. Naturalnym odruchem było więc namówienie do współpracy Verhoevena, który zrealizował większość jego scenariuszy. Niestety ich artystyczne wizje zaczęły się rozjeżdżać, gdy reżyser – zainspirowany zmysłowym tytułem książki – zauważył większy potencjał w nieprzyzwoitych aktach i związku lesbijskim niż w nierównej walce o godność kobiety w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Dlatego ostatecznie Soeteman, choć pomógł reżyserowi dopracować jeszcze znakomitą Czarną księgę (2006), odciął się całkowicie od Benedetty.

Verhoeven wykorzystał w pełni swobodę twórczą i powstał film bezpruderyjny, niezgodny z normami obyczajowymi. Obyczajowość wprawdzie się zmienia i dzisiejsze kino jest już odważniejsze od tego, co prezentowano w latach 60., ale sfera tabu nie zniknęła i erotyka wciąż znajduje się na granicy złego i dobrego smaku. Szczególnie gdy ukazywana jest tak ekshibicjonistycznie, jak w wykonaniu Virginie Efiry i Daphne Patakii. Poziom amoralności zwiększa się, gdy seksualne perwersje zostają połączone z tematyką religijności, co w wielu kręgach (szanujących tradycję i rolę Kościoła) może spowodować święte (nomen omen) oburzenie. Pikanterii dodaje fakt, że seksualność została przedstawiona na przykładzie związku lesbijskiego dwóch sióstr zakonnych. Ze względu na szczegółowe zapisy śledztwa z lat 1619–1623 ten związek jest dobrze udokumentowany, co pozwala zapoznać się z ówczesną mentalnością i zacofaniem w kwestii wydawania sądów. Egzekucje mężczyzn za homoseksualizm były wówczas powszechne, ale kobiet o coś takiego nie podejrzewano (pierwszą kobietę skazano za orientację seksualną w 1477, ale do XVII wieku takie przypadki wciąż były rzadkością).

U Verhoevena homoseksualizm jako „przestępstwo przeciwko naturze” wydaje się o wiele większą zbrodnią niż działalność samozwańczych wizjonerek. Chociaż istnieją poważne wątpliwości co do stygmatów Benedetty i jej mistycznych wizji, niektórzy są w stanie przymknąć na to oko. Bo rozgłos wokół tych wydarzeń może uczynić z Pescii cel pielgrzymek. Co innego, gdy za murami klasztoru dochodzi do erotycznego rozpasania – tego już nie można tolerować. Tym bardziej, gdy winna jest kobieta – w opinii kleru istota bardziej podatna na wpływy Szatana niż mężczyzna. Dyskutowany współcześnie problem tuszowania pedofilii w Kościele może być więc wynikiem ponownej kontrreformacji mającej na celu dbanie o lepszy wizerunek instytucji nadszarpnięty jej niechlubną przeszłością (paradoksalnie dało to efekt odwrotny od zamierzonego, co widać po zwiększającej się liczbie apostazji).

Benedetta (2021). Virginie Efira i Jonathan Couzinié
fot. materiały prasowe / Aurora Films

2. Świętokradztwo

To, co najbardziej może szokować, to wystruganie z figurki Matki Boskiej gadżetu erotycznego. Staje się on w pewnym momencie dowodem numer 1 w sprawie. Verhoeven wziął rzecz, która kojarzy się ze świętością i u pobożnych katolików znajduje się na półce w widocznym miejscu. Następnie uczynił z tej figurki narzędzie erotycznej gry między dwiema głównymi bohaterkami. Tego typu profanowanie świętości nie jest oczywiście niczym nowym w kinie, ale filmowej biografii Benedetty jeszcze nie było, więc nie można powiedzieć, żeby Verhoeven próbował tu kogoś naśladować. Takie świętokradztwo wydaje się akurat czymś naturalnym w tej historii i na pewno nie zostało wymyślone tylko dla samego efektu szoku. Innym przykładem znieważenia rzeczy świętych jest „seks” z ukrzyżowanym Jezusem, po którym bohaterka otrzymuje stygmaty.

Film określano w recenzjach jako bluźnierczy, co jest zrozumiałe w sytuacji, gdy ostrze satyry kieruje się w stronę Kościoła. Ale sam Verhoeven oburzał się, gdy jego film tak określano. Tłumaczył to tym, że opowiada w filmie o ludziach, a nie o Bogu, w dodatku jest to historia, która wydarzyła się naprawdę, więc trudno tu mówić o bluźnierstwie. Ale faktem jest, że symbole religijne służą tu do obśmiania pewnych katolickich wartości. Oprócz historycznych realiów ukazanych w oparciu o rzetelną dokumentację z epoki reżyser uruchamia też swoją niczym nieskrępowaną wyobraźnię. W związku z tym nie przedstawia jedynie szeroko dyskutowanego procesu, ale także wnika jak najgłębiej w mury klasztorne – do wspólnego łoża bohaterek. Mało tego, idzie jeszcze dalej, ukazując fantazje jednej z nich – jej spotkania z Jezusem, które także wypełnione są seksualnymi podtekstami.

Benedetta (2021). Virginie Efira
fot. materiały prasowe / Aurora Films
Mariusz Czernic

Mariusz Czernic

Z wykształcenia inżynier po Politechnice Lubelskiej. Założyciel bloga Panorama Kina (panorama-kina.blogspot.com), gdzie stara się popularyzować stare, zapomniane kino. Miłośnik czarnych kryminałów, westernów, dramatów historycznych i samurajskich, gotyckich horrorów oraz włoskiego i francuskiego kina gatunkowego. Od 2016 „poławiacz filmowych pereł” dla film.org.pl, współpracuje z autorami bloga TBTS (theblogthatscreamed.pl), dawniej pisał dla magazynów internetowych Magivanga (magivanga.com) i Kinomisja (pulpzine.pl). Współtworzył fundamenty pod Westernową Bazę Danych (westerny.herokuapp.com),

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA