Connect with us

Recenzje

AVATAR. Spełniony koncert życzeń

AVATAR to wizualne arcydzieło, które przenosi widza w niezapomnianą podróż do świata wyobraźni i emocji. To prawdziwy koncert zmysłów!

Published

on

Ekipa AVATARA 2 wróciła na plan. Nowe zdjęcie zza kulis widowiska science fiction

A pisząc prosto z mostu, bez ogródek, uzasadnień i mądrzenia się – Avatar to arcydzieło, genialne widowisko, wizualna miazga, spełniony koncert życzeń wobec milczącego od 12 lat reżysera, widowiskowa masakra, wgniatająca w fotel wizja skutkująca wyrwaniem opadniętej szczęki, seans pozostający w pamięci na długo, piękna opowieść o poszukiwaniu własnego miejsca w świecie, jedyna w swoim rodzaju podróż do krainy wyobraźni, gdzie wszystko jest możliwe. To obraz, przy którym każdy filmowy wyjadacz może znowu doświadczyć zapomnianego uczucia zadziwienia.

Advertisement

O tym projekcie wiedziałem jeszcze przed Titanikiem. No dobra, wiedziałem, że będzie to coś nowego i niezwykłego, nic więcej. Potem nastąpiła długa cisza. Zachodziłem w głowę, jak facet, który za jeden film osobiście zgarnął trzy Nagrody Akademii, spędza czas na zabawach w trójwymiarowego podwodnego odkrywcę, zamiast łatwo dyskontować triumf najbardziej kasowego filmu w dziejach kina. Przecież taki Spielberg nakręcił w tym czasie osiem filmów. Świat zachwycał się dziełami Wachowskich, Jacksona, Lucasa, Verbinskiego, bawił się na Potterach i Narniach.

A Cameron milczał i tylko czasami coś przebąkiwał, że testuje jakąś kosmicznie nowatorską technologię, po zażyciu której poprzewraca nam się w głowach. Moja cameronofilia, zainicjowana gdzieś na początku lat 90., zaczęła się ponownie uaktywniać. W 2005 roku gruchnęła wiadomość, że James Cameron zrobi od razu dwa filmy 3D z szerokim udziałem CGI. No tak, pomyślałem, ten facet w konwencjonalnym kinie już nic więcej nie osiągnie, więc dobra nasza. W sierpniu 2009 roku pojawił się pierwszy zwiastun Avatara, który dał z siebie mniej niż oczekiwano. Jakieś pterodaktylopodobne latające stwory, jacyś niebiescy tubylcy, tropikalny las, baza wojskowa na innej planecie.

Advertisement

Wydawało się, że Cameron przespał całą epokę blockbusterów, by obudzić się z ręką w nocniku i pokazać coś, co w naszej wyobraźni zdążyli już wyryć adaptatorzy Tolkiena, Rowling i Lewisa. Ale po drugim zwiastunie wszyscy fani twórcy Terminatora odetchnęli z ulgą. Rozpoczęło się odliczanie do wyczekiwanej od 12 lat premiery najbardziej nowatorskiego reżysera Hollywood. Wreszcie 25 grudnia 2009 roku usiadłem w fotelu katowickiego IMAX-a, by w należyty sposób odebrać najnowsze dzieło Jamesa Camerona…

To nie film. Wiecie – taki normalny, na który się chodzi, ogląda i wychodzi. Taki, w którym widzimy nasz świat, tylko bardziej podkręcony w jedną czy drugą stronę. O nie. Avatar to niezwykle intensywne doświadczenie zmysłowe, realistyczna podróż do nieistniejącego świata, który dla nas i dla głównego bohatera jest bardziej rzeczywisty od tego, który nas otacza. Teraz już wiem, dlaczego Cameron milczał tyle lat i pozwolił się wyprzedzić innym magikom Hollywoodu. Usunął się w cień, by na ostatniej prostej wyprzedzić wszystkich o kilka długości. Na przykład takiego Zemeckisa, którego filmy 3D wyglądają przy Avatarze jak efekciarskie kreskówki.

Advertisement

Dwa słowa najpełniej określają materiał, z którego zbudowano Avatara – realizm i emocje. Ekran IMAX-a jest oknem, przez które widzimy nieziemski świat Pandory. A za tym oknem wszystko żyje i oddycha, mimo że w większości jest to świat, którego nigdy przed kamerą nie zbudowano. Trójwymiarowe efekciarstwo z przedmiotami „wychodzącymi” z ekranu zostało zamienione na bliższą naszej naturalnej percepcji głębię. Iluzja trójwymiarowości jest w Avatarze tak obezwładniająca, że ma się wrażenie – nomen omen – wejścia w skórę operatora kamery na planie.

Cameron oszczędnie dawkował przedostawanie się obrazu poza ekran, by oczarować nim wtedy, kiedy było to fabularnie bądź emocjonalnie uzasadnione. Autor zdjęć, Mauro Fiore nie zachłysnął się możliwościami wynikającymi z wyzwolenia kamery z jej fizycznych ograniczeń. Nie ma tutaj zemeckisowsko-depalmowsko-fincherowskich „ujęć niemożliwych” w stylu jazdy z orbity wprost do ucha głównego bohatera. Nie ma zbędnych popisów warsztatowych, ujęć tworzonych „dla bajeru”. Fantazyjne miejsce akcji, świat zbudowany z jedynek i zer został potraktowany, jakby istniał naprawdę, jakby operator miał swojego avatara, pracującego wg żelaznych reguł zawodowych.

Advertisement

To samo oczywiście dotyczy konwencjonalnych scen aktorskich w realnych dekoracjach. Cameron w kilku poprzednich filmach konsekwentnie puszczał kamerę w ruch, nawet najwolniejszy. Po latach tę metodę przejęli nawet twórcy polskich seriali. A ci, którzy mogli sobie technicznie pozwolić na więcej, wzorując się na cameronowskiej dynamice, poszli jeszcze dalej i uwolnili kamerę w stopniu dostępnym dotychczas dla kreskówek. Przypomnijmy sobie chociażby zdumiewające loty kamery we Władcy Pierścieni. A tymczasem w Avatarze Cameron nawet w najbardziej ekwilibrystycznych scenach walk powietrznych ciągle pamiętał o tym, żeby nie przegiąć w stronę cyrkowego popisu techniki.

Gdzież więc jest ta cała szumnie zapowiadana widowiskowość? Który czynnik miał zetrzeć w proch wszystko, co widzieliśmy do tej pory? James Cameron to mistrz inscenizacji, który wie, co pokazać i jak pokazać, by nasze szczęki poturlały się po krzywej podłodze sali kinowej. Tak, tak, wiem – dożyliśmy czasów, kiedy co roku pojawia się co najmniej kilka filmów stawiających sobie za cel pogrążenie widowiskowości poprzednika (lub częściej – poprzedniej części własnego cyklu). Ale po Avatarze pojęcie epickiej widowiskowości filmowej trzeba autentycznie wyzerować i obrać nowy punkt odniesienia.

Advertisement

Ale tego nie oddadzą żadne słowa, żadna projekcja 2D, ani nawet cyfrowe 3D w zwykłej sali kinowej. To trzeba zobaczyć w IMAX-ie. Tak, również wiem, że w IMAX-ie każda projekcja 3D wygląda pięknie, cudnie i przestrzennie, obojętnie, czy oglądamy 40′ dokument, koncert U2, czy pełnometrażową bajkę. Nie należy także ulegać reklamowym zapowiedziom, że 3D w Avatarze to coś zupełnie innego, niż 3D w dokumencie Stacja kosmiczna. Metoda dwuobiektywowej rejestracji pozostała taka sama, zmieniły się kamery (co dla widza nie ma żadnego znaczenia), ale zmienił się też człowiek za kamerą. Reżyser nie na darmo nosi nazwisko podobne fonetycznie do kamery, bo jeszcze nikt nie wykorzystał tej znanej od dekad technologii do tak zdumiewającej kreacji filmowego świata.

Realizm i emocje. Nareszcie człekopodobni bohaterowie wyglądają i zachowują się, jakby istnieli naprawdę. W Avatarze wierzymy w prawdziwość Na’vi tylko przez chwilę. Potem zapominamy, że to cyfrowe obiekty animowane przez aktorów, przywiązujemy się do nich i przeżywamy te same emocje, traktując ich na równi z aktorami we własnej osobie. Cameron przerzucił percepcyjny pomost między człowiekiem i Na’vi, dublując Sama Worthingtona, Sigourney Weaver i Joela Moore’a do ich avatarów. Czy przez to są dla nas mniej wyraziści, wiarygodni i ludzcy? Ani trochę.

Advertisement

Tym bardziej, że nawet po zmianie ich wyglądu niebieskie stwory są doskonale identyfikowalne, a Sigourney Weaver wygląda tak, jakby jej avatar uciekł z planu pierwszego Obcego. Resztę Na’vi widzimy tylko jako tubylców, bez możliwości sprawdzenia, jak wygląda Zoe Saldana w realu. Ale to już nie ma najmniejszego znaczenia. Kupujemy takich bohaterów od razu. Jest w nich nieziemska uroda, wdzięk ruchów oraz pełna gama wiarygodnie i momentami przejmująco oddanych emocji, których reżyser nie szczędził nikomu w trakcie 2,5-godzinnej projekcji.

Używając terminologii sportowej – w historii kina jedynie jacksonowski King Kong mógłby stanąć trochę obok szczytu podium. Davy Jones musiałby się zadowolić trzecim miejscem, a już Gollum mógłby co najwyżej podawać medale i odpalać „We are the Champions” z Winampa. Technologiczna przepaść dzieląca łysego schizola ze Śródziemia i 3-metrowych mieszkańców Pandory jest uderzająca.

Advertisement

James Cameron ani przez chwilę nie pozwolił świadomemu widzowi zapomnieć, że to właśnie on jest autorem filmu. Avatar to swego rodzaju sequel Aliens na opak. Mniejsza o Sigourney Weaver w obsadzie. Znów ludzie włażą z buciorami i giwerami na obcą planetę, traktując tubylców ogniem i pociskiem w imię zimnej korporacyjnej ekonomii. Znów żołnierze wydają te same komendy i mają do dyspozycji podobne zabawki z upgrade’owanymi ładowarkami i promami zrzutowymi na czele, a Michelle Rodriguez kontynuuje tradycję Jenette Goldstein.

Ale tym razem obcy są inteligentną i świadomą swego współistnienia z ekosystemem planety rasą. Tym razem to mundurowi (choć z pomocą cywilów) są tępymi wykonawcami poleceń, co z kolei prowadzi wprost do intrygi z Otchłani. Jake Sully, wzorem Buda Brigmana, nawiązuje więź z obcymi, a dzięki jego heroicznym czynom tubylcy dają wiarę temu, było – nie było, przedstawicielowi wroga. Zresztą James Cameron chciał powierzyć rolę twardogłowego płk. Quaritcha właśnie Michaelowi Biehnowi, grającemu podobną rolę por. Coffeya w Otchłani. A widok jednej z postaci (nie napiszę której) wiszącej na pocisku rakietowym, bezbłędnie kojarzy się z niezapomnianym finałem Prawdziwych kłamstw.

Advertisement

Film był zapowiadany jako coś „czego jeszcze nie było” (Rejs się kłania…), doświadczenie ekstremalne, unikalne i każde inne. Przed i po premierze odbiorcy zastanawiali się, co może być nowatorskiego w opowieści o żołnierzu, który poszedł o jedno drzewo za daleko i skumał się z tubylcami do tego stopnia, że przeszedł na ich stronę. Cóż, w samym scenariuszu Avatara rzeczywiście trudno dopatrzeć się zapowiadanej szumnie innowacyjności, która miała dotyczyć bardziej tego JAK się opowiada, niż CO się opowiada. Historyjka jest prosta, klarowna i bez twistów.

Fabularnie film od razu przechodzi do rzeczy, bez zbędnych tłumaczeń i niepotrzebnie rozbudowanego back-story Jake’a. Cameron szybko wykłada karty na stół. Po 30 minutach nawet przysłowiowy 13-letni amerykański Murzyn analfabeta będzie przekonany, że niepełnosprawny Jake Sully oddałby wszystko za nieodwracalny transfer umysłu do ciała swego avatara, bo dopiero w nim zaczął żyć pełnią życia, którego nie zamieniłby na wózkową wegetację wśród tępych żołdaków. Tak ewidentne ustawienie pionków na scenariuszowej szachownicy może zrodzić podejrzenia o to, że autor scenariusza nie umiał zadbać o inteligencję widza, skupiając się na obrazowaniu.

Advertisement

Jeszcze raz powtórzę – realizm i emocje. Sytuacja ustawiona jest wyjątkowo klarownie, bo za bohaterem nie ciągnie się żadna przeszłość. Tylko brać to wszystko, co oferuje technologia transferu świadomości! A potem Jake się zakochuje i musi walczyć o swoją ukochaną na przekór rozkazom dowództwa. Wreszcie dokonuje wyboru. Klasyczny schemat z archetypicznie skonstruowanymi postaciami. Traktujący właściwie o tym samym Tańczący z wilkami wcale nie był oryginalniejszy.

Z Cameronem jest jak z Sienkiewiczem. Prosta opowieść z wyrazistymi bohaterami, osnuta w epickim kontekście i napisana tak, że nie sposób się oderwać. Chłopak spotyka dziewczynę – banał. Ale jeśli umieścimy ich na pokładzie Titanica, albo wśród lasów Pandory, otrzymamy konkretne tło, do którego można się odwołać. A jeśli jeszcze podamy to w olśniewającym stylu, to mamy sukces murowany. Tak to działa, na pohybel poszukiwaczom zaginionych znaczeń, których zresztą w Avatarze nie brakuje. Cameron chyłkiem przemycił w epizodach całą furę nawiązań i komentarzy do współczesności, od modnej i wyszydzanej ekologii po traktowanie weteranów wojennych, których nie obejmuje pełna refundacja wymiany sparaliżowanych nóg. Nie na darmo Cameron był dawno temu współscenarzystą Rambo II.

Advertisement

A pisząc prosto z mostu, bez ogródek, uzasadnień i mądrzenia się – Avatar to arcydzieło, genialne widowisko, wizualna miazga, spełniony koncert życzeń wobec milczącego od 12 lat reżysera, widowiskowa masakra, wgniatająca w fotel wizja skutkująca wyrwaniem opadniętej szczęki, seans pozostający w pamięci na długo, piękna opowieść o poszukiwaniu własnego miejsca w świecie, jedyna w swoim rodzaju podróż do krainy wyobraźni, gdzie wszystko jest możliwe. To obraz, przy którym każdy filmowy wyjadacz może znowu doświadczyć zapomnianego uczucia zadziwienia. Tego samego, które było pokłosiem pierwszego seansu Terminatora czy Aliens.

Bo James Cameron nie daje przysłowiowej dupy. Można na tego wariata długo czekać. Można się wkurzać, że myśli i kręci za długo. Można się obawiać, że za dużo wydaje na produkcję. Ale warto było uzbroić się w cierpliwość. Wielkie kino.

Advertisement

Tekst z archiwum film.org.pl (26.12.2009).

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *