Recenzje

AMAZING GRACE: ARETHA FRANKLIN. Modlitwa dziękczynna o sile dzwonów

Ten fim o sile gospelu dotrze nie tylko do tych, którzy uczęszczają do kościoła

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Uwielbiam Arethę Franklin, a ostatnio, gdy przyjaciółka została zmuszona, aby zaśpiewać w jednym z programów typu talent show utwór Think, pokochałem piosenkarkę jeszcze mocniej. Jeden z jurorów powiedział coś, w moim odczuciu, nie na miejscu, mianowicie iż dziewczyna zaśpiewała ten utwór tak, jakby sama była w kajdanach przez ponad sto lat. W domyśle – szczerze, emocjonalnie, jak prawdziwa czarnoskóra kobieta. Pytanie tylko – czy żeby tak śpiewać, należy się w życiu nacierpieć? Trudno się to naśladuje lub symuluje, ale można poczuć, jeśli tylko na chwilę zamilkniemy i wpadniemy w trans tworzenia. Dokument Pollacka opowiada o ekstazie. 

Amazing Grace koresponduje zresztą z innym ciekawym wydarzeniem popkultury – mianowicie droga Arethy przypomina nieco to, co zaserwował nam ostatnio Kanye West, który zwrócił się do gospelu i zaczął tworzyć swój album z chórami kościelnymi. Ale cofnijmy się do la 70. Odwiedzamy w tym dokumencie piosenkarkę już w momencie, kiedy jest bardzo popularna, ale jej nowy projekt ma być niejako powrotem do źródeł. Jako córka znanego pastora chciała jeszcze raz popracować z chórem kościelnym, a studio WB zainteresowało się nagraniem drogi, jaką przebyła artystka, aby stworzyć tytułowy album. Do kościoła zostaje wysłany jednak nie jakiś świeżak oddelegowany na siłę, ale już całkiem popularny wtedy Sydney Pollack. Na miejscu odnajduje ponownie uduchowioną artystkę w swoim naturalnym ekosystemie, rejestruje jej artystyczne ekstazy i relację z otoczeniem. Cała ekipa wydaje się wiedzieć, że pracuje nad czymś wyjątkowym. Film ostatecznie nie trafił do kin z powodów… źle zarejestrowanego dźwięku. Lata mijają, technologia obróbki dźwięku się udoskonala, a reżyser Alan Elliot postanowił sprawdzić, co można zrobić z tym filmem dzisiaj. Okazuje się, że nadszedł odpowiedni czas na gruntowny remastering materiału, który spisany został już na straty.

Jesteśmy więc świadkami przenikania się religijnych uniesień z metodyczną pracą, która uczyniła z tytułowej bohaterki ikonę muzyki gospel. Obserwujemy wiernych i fanów (jakby w tym konkretnym przypadku był to jeden i ten sam zbiór), pracę nad koncertem, wyznania duchowe, a także ponowne zbliżenie się do ojca, jakże ważnego w życiu wokalistki. Można odnieść wrażenie, że gospel jest specyficzną formą komunikacji, w której nieskrępowane natchnienie jest dokładnie tym, co pozwala wielkim piosenkarzom (choćby pojawiającemu się na chwilę i tutaj Mickowi Jaggerowi) zaczarować tłum, wpaść w swoisty trans, rezonujący po ludziach, kruszący serca i budujący nowe fundamenty w lokalnych społecznościach. Jeśli nigdy nie interesowaliście się tą formą wyrazu, dokument bez narracji z offu wyjaśni, na czym polega jego wyjątkowość. Zresztą może to celowy zabieg Pollacka, bo niewiele wiemy o samej Arecie oprócz tego, co przekazuje poprzez swoją twórczość oraz etos pracy. W filmie wszystko, co robi, podporządkowane jest dwóm siłom – koncertom oraz Bogu. Ciekawi więc odbiór tego dokumentu przez ludzi niereligijnych, bo nawet jeśli nie definiuje on gorliwej wiary, to kilkakrotnie zrównuje ją do wpadania w trans kreacyjny. Dziwna to siła, która każe doprowadzić sprawy do końca.

Amazing Grace jest zapisem dwóch scenicznych występów i wszystkiego, co skoncentrowane wokół nich. Podobnie jak etos pracy czarnoskórej piosenkarki – jest to manifest twórczy prawdziwego artysty, którego natura (lub ktoś inny) obdarował wspaniałym narzędziem i nierozważnym byłoby z tego nie korzystać. W tym głosie o sile dzwonu i przerwach między zwrotkami skrywa się moc muzyki oraz kwintesencja modlitwy. Dobrze wiedzieć, że byli również tacy, którzy chcieli się tą mocą podzielić. I, o dziwo, dociera ona nie tylko do tych, którzy uczęszczają do kościoła.

Ostatnio dodane