search
REKLAMA
Felietony

Radość z powrotu KEVINA SPACEYA do aktorstwa jest oznaką HIPOKRYZJI

Marcin Kempisty

30 maja 2021

REKLAMA

Polskie i światowe media obiegła informacja dotycząca angażu Kevina Spaceya we włoskim filmie L’uomo che disegnò Dio, którego reżyserem będzie Franco Nero. Obok samego newsa na temat zatrudnienia pojawiła się wiadomość znacznie bardziej kontrowersyjna – oskarżony o molestowanie seksualne, również nieletnich chłopców, wcieli się w drugoplanową postać detektywa prowadzącego śledztwo w sprawie oskarżeń o pedofilię kierowanych wobec głównego bohatera, skądinąd będącego artystą.

Czytanie komentarzy pod tymi newsami przypomniało mi, w jak zdegenerowanym moralnie społeczeństwie przyszło mi funkcjonować. Rycerze domniemania niewinności stanęli w obronie aktora, triumfalnie otwierając szampana i radując się z powodu powrotu Spaceya na łono kinematografii. Zerknijmy na moment w komentarze na facebookowym profilu Film.org.pl pod postami nt. Amerykanina (pisownia oryginalna): 

„Kevin Spacey jest jednym z najlepszych aktorów. Nie widzę żadnego powodu żeby to go osądzać”.

„Prawdziwi aktorzy zawodowi to artyści, artyści swoją pracą tworzą sztukę i za życia należy oceniać ich dzieła a nie ich samych. Ich samych oceniać powinna tylko historia”.

Albo rzućmy okiem na sekcję komentarzy na Filmwebie pod newsami na ten sam temat:

„Przede wszystkim zanim udowodni mu się czy jest winny czy nie ,nie powinno szargać się jego imienia. Od czasu ruchu metoo bardzo łatwo rzucić oskarżenie(ja go nie bronie), ale jak do tej pedofilom z Hollywood włos głowy nie spadł. Nie jest skazańcem, wiec przez ten czas powinien mieć prawo wykonywania zawodu. Zakłamane Hollywood”.

„Wielu z największych artystów było złymi ludźmi. – kurtyna. W Hollywood ze świecą szukać niewinnych ludzi, większość po prostu nigdy nie została złapana. Więc może darujmy sobie palenia karier na stosie ku ucieszy tępych wieśniaków (w tej roli głównie użytkownicy Twittera)”.

Ale żeby nie było, że sięgam tylko po komentarze anonimowych internautów, można również przytoczyć cytat z Paula Schradera: „Najwyższy czas. Jeśli jest winny przestępstwa, niech trafi do więzienia. Jeśli jest niewinny, pozwólcie mu grać. Wielu z największych artystów było złymi ludźmi”.

Przy tej okazji przeprowadźmy pewien eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie, że Kevin Spacey jest polskim księdzem z małej miejscowości oskarżonym o pedofilię. Przed kamerą Tomasza Sekielskiego siadają kobiety i mężczyźni w dojrzałym wieku opowiadający o tym, jak kilkadziesiąt lat wcześniej byli wykorzystywani seksualnie przez Spaceya. Gdyby przyjąć za prawdę powyżej zacytowane komentarze, owe ofiary nie powinny mieć prawa głosu, ponieważ oskarżają niewinnego człowieka bez wyroku sądowego na koncie. Nie mają przecież żadnych dowodów na potwierdzenie wygłaszanych tez, ledwie łzy ściekające po policzkach w trakcie spowiedzi z traumatycznych wspomnień. Ba, być może te oskarżenia są pokłosiem #MeToo, bo przecież tak łatwo w dzisiejszych czasach kogoś opluć bez dostarczenia dowodów. Da się coś takiego wyobrazić? Nie, zdecydowana większość opinii publicznej momentalnie wydała wyrok na oskarżonych, jednoznacznie oceniając haniebną taktykę kurii przerzucających księży z parafii do parafii, gdy tylko pojawiały się wobec nich pewne podejrzenia.

Zapraszam także do drugiego eksperymentu myślowego: Wojciech Jaruzelski zostaje patronem jakiejś ulicy. Czy słyszycie głosy oburzenia? Z tego, co wiem, osoba odpowiedzialna za wprowadzenie stanu wojennego w Polsce nie została za ten obrzydliwy czyn skazana prawomocnym wyrokiem sądu. Jaruzelski nie został w żaden sposób prawnie osądzony za czyny dokonywane w trakcie panowania komunistów w naszym kraju. Jest człowiekiem niewinnym.

Można przytoczyć wiele przykładów, ale dwa wystarczają w pełni, by udowodnić, że domniemanie niewinności jest niezwykle istotną instytucją z perspektywy prawa – wszak nie można kierować do więzienia osób, którym nie udowodniono winy – niemniej jednak obok prawa istnieje też coś zapomnianego, śmierdzącego naftaliną: moralność. Oto bowiem ktoś może być w świetle prawa niewinny, co nie oznacza, że nie dokonał czynu zabronionego. Po prostu do tej pory nie został wydany prawomocny wyrok.

Pojawienie się wielu oskarżeń wobec Spaceya nie mogło być wywołane li tylko „chęcią zysku”, jak to wielu przeciwników ruchu #MeToo regularnie powtarza. Często jest tak, że w powietrzu unosi się tajemnica poliszynela, wszyscy wiedzą o danym zagadnieniu, ale boją się o tym powiedzieć, bo nie chcą stracić miejsca zatrudnienia i okazji do zarobku. Przykładem takiej sytuacji była fala oskarżeń kierowana wobec przemocowych wykładowców w łódzkiej filmówce i warszawskiej Akademii Teatralnej. Lęk znakomicie zamyka usta. Również nie bez znaczenia są słowa aktorów współpracujących ze Spaceyem. Joe Bernthal wspominał, że czuł się przez niego niemalże prześladowany na planie Baby Drivera, zaś Joel Kinnaman „nie był zaskoczony” zarzutami kierowanymi wobec kolegi z planu House of Cards. Wystarczy przypomnieć sobie serial i film dotyczące wybryków Rogera Ailesa w trakcie jego pracy w Fox News, żeby przekonać się, jak bardzo władza ułatwia zamykanie ust ofiarom i unikanie odpowiedzialności.

Pewne osoby nadal nie potrafią zrozumieć, że rzadko liczy się pogoń za sławą i pieniędzmi, a częściej chodzi o ujawnienie prawdy na temat ciemnej strony gwiazdy. Kto bowiem pamięta nazwiska osób oskarżających Spaceya o molestowanie? Prawie zawsze w mediach więcej mówi się o oprawcach niż ofiarach, nazwisk poszkodowanych ludzi prawie nigdy się nie wymienia, więc tego rodzaju zarzut jest absurdalny. Co do argumentu związanego z pieniędzmi – to raczej patologia amerykańskiego systemu, że pozwala na dogadanie się dwóch stron przed wydaniem wyroku przez sąd. Nie liczy się prawda – czy doszło do przestępstwa – lecz konsensus poparty przelewem gotówki. 

Drugi aspekt sprawy dotyczy statusu społecznego aktora. On jest przecież ARTYSTĄ, a jak powszechnie wiadomo, im wolno więcej. Absurdalne twierdzenie jest niepodważalnym dogmatem. Wyobrażacie sobie tekst: „szkoda, że pedofil, bo jest dobrym murarzem”, albo „oddzielmy przestępstwa księdza od jego pracy duszpasterskiej”? Człowiek staje przed kamerą, w odpowiedni sposób wypowiada kwestie, których wcześniej nauczył się na pamięć, i dzięki temu może być bezkarny. W „zwyczajnej” robocie przemocowe zachowania od razu są piętnowane, również dzięki kodeksowi pracy, tymczasem plan zdjęciowy w magiczny sposób staje się przestrzenią, gdzie można więcej zrobić drugiej osobie, bo przecież to taka emocjonalna harówka. Nie mam żadnych wątpliwości – traktowanie artystów jako nadludzi powinno wreszcie się skończyć.

Wprawdzie nie jestem tym w żaden sposób zaskoczony, przyzwyczaiłem się do rynsztokowego poziomu 90% mediów w Polsce, niemniej jednak i tak poczułem absmak, gdy przetoczyła się fala newsów na temat nowego angażu Spaceya. Nikt nie próbuje sproblematyzować tego zagadnienia, uchwycić go być może z innej, nieoczywistej perspektywy. Liczy się liczba kliknięć, więc trzeba ściągnąć do siebie jak największą rzeszę fanów aktora chętnych do komentowania i kolejnych internetowych przepychanek. 

W obecnych realiach, skoro nie ma skazującego wyroku, Spaceyowi nic nie grozi, a więc funkcjonuje na takich samych zasadach, co inni ludzie. W tym kontekście mężczyzna wykorzystał szansę na powrót, ale mógł to zrobić w znacznie bardziej cywilizowany sposób – przy pomocy wywiadu, być może jakiegoś filmiku w Internecie – a nie w tak prymitywnych okolicznościach. Chodzi też przecież o kontekst, pojawienie się Amerykanina w filmie o osobie niesłusznie oskarżonej o pedofilię śmierdzi skandalem na kilometr i jest śmianiem się w twarz osobom, które zapewne zostały, przynajmniej część z nich, w przeszłości przez aktora wykorzystane. Dodajmy jeszcze do tego dziwaczne filmiki świąteczne, w których Spacey wcielał się we Franka Underwooda i opowiadał o „zabijaniu ludzi dobrocią”, a otrzymamy naprawdę bardzo niesmaczną sytuację.

Zamiast rozpocząć poważną dyskusję na temat statusu artystów w społeczeństwie, pomyśleć, jak skutecznie prowadzić śledztwa dotyczące przestępstw seksualnych i jak przerwać zmowę milczenia panującą w Hollywood, wszyscy przechodzą nad tymi zagadnieniami do porządku dziennego i z przyjemnością kupią bilet na film z Kevinem Spaceyem. Ocenianie osób przez pryzmat żywionej do nich sympatii jest objawem obrzydliwej hipokryzji, której jako ludzie powinniśmy jak najszybciej się oduczyć. 

Marcin Kempisty

Marcin Kempisty

Serialoholik poszukujący prawdy w kulturze. Ceni odwagę, bezkompromisowość, ale także otwartość na poglądy innych ludzi. Gdyby nie filmy Michelangelo Antonioniego, nie byłoby go tutaj.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA