search
REKLAMA
Felietony

O DEMONACH, które czają się na forach filmowych

Pamiętacie farmy, na których maszyny hodowały ludzi w „Matrixie”?

Odys Korczyński

19 grudnia 2022

REKLAMA

Pamiętacie farmy, na których maszyny hodowały ludzi w Matrixie? Fora, nie tylko te filmowe, ale generalnie tematyczne, są takimi wylęgarniami z reguły nieszkodliwych nerdów, którzy najchętniej zbieraliby papierki po serkach topionych, gdyby były na nich wizerunki np. postaci ze Star Treka (sam zbierałem i była to świetna zabawa), oraz niestety tych toksycznych osobowości. Generalnie ludzi, których pasja z czasem narasta i właśnie w grupie innych – bardziej obeznanych w danym temacie forumowiczów – ewoluuje, stając się często obsesją śledzenia nowych wątków, wypowiedzi, upvote’ów i dyskusji gdzieś w świecie, który w sensie realiów fizycznej personalności nie istnieje. Toksyczność takich forów (oraz mniej sformalizowanych grup dyskusyjnych) polega właśnie na tym, że zbierający odznaki zaawansowanego użytkownika forumowicz w końcu zatraca granicę, gdzie leży jego świat osobisty, realny, a gdzie w nim umieścić tę rzeczywistość z forum. 

Kilka razy próbowałem zostać członkiem takiej wąskiej grupy „specjalistów”, niekoniecznie zrzeszającej miłośników kina, ale również gier komputerowych, fotografii, a nawet krótkiej broni białej. Brałem udział w tej grze, równocześnie pracując w wydawnictwie, gdzie pisałem, poprawiałem i łamałem teksty innych dla czystego zarobku. Lecz ilekroć wgłębiałem się w to, co się dzieje na owych forach, zaczynałem udzielać się bezwiednie w tych wojnach na ilość znaków pisanych w kolejnej jałowej dyskusji. W końcu zaczynało mi brakować czasu na własne zajmowanie się tekstem, za które ktoś mi przecież płacił i które było rynkowo znacznie bardziej potrzebne niż paplanina w kolejnych topicach. Potem zacząłem pisać o filmach i tym razem nieco z zewnątrz przyjrzałem się, czym są fora filmowe na kilku znanych portalach. Zobaczyłem w sumie to samo, co kiedyś, czyli hordy zacietrzewionych fanów siedzących na rozgniecionych fotelach, gdzieś w ciemnych pokojach, którzy z pianą na ustach walą w klawisze dniami i nocami, żeby tylko udowodnić, że ich interpretacja filmu jest najlepsza, albo zmieszać z błotem tę czy inną aktorkę/aktora za pokazanie swojej kobiecości/męskości nie tak, jak sobie to wyobrażali lub kota-forumowicza, który śmiał się im sprzeciwić. I co ciekawe, robią to ZA DARMO. To jednak nie było najgorsze…

Demony mimikry, wykluczenia, czasu i dumy

Okazało się, że forum daje możliwość wypowiadania się o filmach bez ich oglądania i to w autorytatywny sposób. Całkiem prosto po jakimś czasie przebywania w takich miejscach można się domyślić, kto oglądał filmy, a kto tylko udaje, że je zna. To zjawisko pisania o produkcjach, których się nie widziało, jest bardziej powszechne, niż się nam może wydawać. Zacząć udawać jest dość prosto. Wystarczy nieco poobserwować wątki, w których pisze się o np. nowościach i podpiąć się pod rozmowę, którą zaczął ktoś, kto dany film już widział. Dalej już pójdzie łatwiej. Przeczytanie kilku postów, jakieś minimalne rozgarnięcie umysłowe, a co najważniejsze przemożna chęć wypowiedzenia się na każdy temat, żeby chociaż raz zapisać swojego nicka na kartach historii Internetu. Z prawdziwym imieniem i nazwiskiem jest o wiele ciężej, bo co bardziej „zaangażowani” użytkownicy forów unikają podawania swoich danych. Są więc zapewne świadomi, że to, co robią, może być ambiwalentnie oceniane, delikatnie rzecz ujmując. A więc jedno z najbardziej zaskakujących i niesmacznych spostrzeżeń wyniesionych przeze mnie z obecności na forach filmowych jest takie, że zadziwiająco duża ilość wypowiedzi podyktowana jest tylko zaspokajaniem potrzeby bycia zauważonym w grupie, nie zaś jakąkolwiek wiedzą o przedmiocie dyskusji i chęcią podzielenia się opinią z innymi użytkownikami. Polak Polakowi chce po prostu dowalić, tyle że nie w tak poetycki sposób, jak to było u Edwarda Stachury, najczęściej anonimowo, mieszając adwersarza z błotem i nadając mu najbardziej przebrzydłe cechy. Filmy są dobrym pretekstem do tego, lepszym niż np. biała broń, noże, InDesign itp., bo to jednak dużo bardziej specjalistyczne tematy i trudniej jest w nich udawać, jeśli jest się laikiem.

Fora filmowe mają jeszcze jedną przyciągającą cechę zawartą właśnie w filmach – można na nich dyskutować o życiu, czasami, zamiast realnie żyć. Trochę podobne jest środowisko forumowiczów dyskutujących o grach komputerowych, ale tylko trochę. Filmy są jednak lepszym odniesieniem, taką bardziej humanoidalną protezą na schowany w ciemnym pokoju samotnik myszkujący palcami po klawiaturze, który mozolnie wylewa z siebie fonty na ekran. Filmy jak żadna inna dziedzina sztuki wynikają z naszego codziennego doświadczenia oraz je doskonale symulują, stąd tak łatwo pobawić się w forumową, demoniczną mimikrę i niepostrzeżenie, przy odpowiedniej dozie szczęścia i zacięcia, przemienić się z przerażonego kota w wyrachowanego i agresywnego dziadka.

A ten nie będzie szczędził minut i godzin na pisanie. To demon czasu. Pozornie nieszkodliwy, ale pamiętam, ile energii pochłania odpisywanie na wątki np. w takim Disqusie. Ile czasu trzeba poświęcić, żeby być średnio aktywnym użytkownikiem. Demon czasu rozwija się jak rak płuc. Długo nie daje objawów, a kiedy się pojawia, jest już tak zaawansowany, że wyzwolić się z uścisku jego ramion ciężko. Zaburzenia realnych stosunków społecznych to jego główny objaw. Demon wykluczenia idzie wraz z nim, jak staroitalski Janus posiadający dwa oblicza – jedno niszczące użytkownika od wewnątrz, inne skierowane na zewnątrz, wobec wszystkich tych urojonych wrogów, którzy mają więcej lub mniej odznak, reakcji, odpowiedzi, serduszek od admina lub cholera wie, jakich jeszcze dodatków, sprawności itp. Czym jest więc tak popularne na forach (filmowych również) wykluczenie? Dokładnie tym samym, co w realu, i prowadzi do tego samego – odczłowieczenia, odpodmiotowienia, bo przecież dla nieludzi nie ma się litości i to właśnie kim nie są, usprawiedliwia agresję w oczach atakujących. Przypomnę tylko schemat mowy wykluczenia funkcjonujący w np. forumowej grupie jednego z komercyjnych, filmowych portali, zanieczyszczonej niemal jak rynsztok w XIX Francji.

  1. Te poglądy są głupie. Nie znasz się. Zaraz ci wytłumaczę, na czym to wszystko polega. Może wtedy zrozumiesz. Dajemy ci szansę na zmianę opinii.
  2. Daliśmy ci szansę na zmianę opinii. Wszyscy ci tłumaczyliśmy, a ty nadal się upierasz. Zostaje ci przypięta łatka odrzucenia. Pilnuj się.
  3. Nadal tu jesteś, już jako oznaczony, lecz ciągle masz swoje zdanie. Nie zmieniłeś opinii o tym i o tym filmie. Propagujesz ją. Tak nie można. Nie możesz już żyć wśród nas jako członek forum, chociaż formalnie nikt cię nie może wyrzucić, sam powinieneś to zrobić.
  4. Nie odszedłeś sam, więc musimy w tym ci pomóc. Pewnie nie jesteś człowiekiem, tylko czymś gorszym, botem, automatem, czymkolwiek, tylko nie podmiotem z osobowością, a więc każdy może zrobić z tobą, co chce, jakkolwiek zmieszać z błotem.

I tu zakończmy, bo kolejnym etapem będzie coś znacznie straszniejszego. Wykluczenie zawsze kończy się mniej lub bardziej realną sugestią likwidacji fizycznej, czy to awatara, czy prawdziwej osoby przez bardziej dumnych z siebie, lepszych innych (demon dumy). Przeraziła mnie ilość takich sugestii wyczytanych między wierszami i otwarcie w wypowiedziach o zwykłych filmach. Czemu więc się mam dziwić, że w latach 30. wydarzył się Holokaust. Wystarczą dyskusje o filmach, a już użytkownicy forum chcą robić krzywdę aktorom i reżyserom, którzy nie zaspokoili ich oczekiwań, nie mówiąc już o broniących ich widzach.

Nie czytam o filmach

Zwłaszcza tego, co piszą ludzie na forach. Pisanie o filmach wciąga, daje wrażenie, że snuje się fabularną opowieść o wiele dalej, niż sięga to, co się zobaczyło w kinie. A wyobraźnia granic mieć nie chce i nigdy nie będzie ich miała, więc pisanie o filmach może stać się cudowną przygodą, jeśli tylko usunie się ze swojego umysłu demony, które pisanie utrudniają. Aktywne branie udziału w życiu forum może sprawić, że czas piszącego zawęzi się do tego nieznośnego momentu oczekiwania, czy pojawi się odpowiedź na wpis, i doświadczania emocji, jaka ona będzie. Nie na tym polega intelektualna aktywność myślącego człowieka, która obecnie niestety zalewa Internet. Z zupełnie podobnych względów przed napisaniem recenzji nie czytam, co inni piszą o konkretnym filmie, który mam zamiar zrecenzować, chyba że jest to recenzja na komercyjnym portalu, ale także nie przesadzam z zapoznawaniem się z nimi. Czasem nawet specjalnie ich unikam. To działa na umysł piszącego jak wysypanie na myśli stert gnijących śmieci, zaciemnia prawdziwy i osobisty odbiór dzieła słowami innych.

Pamiętam z dawnych czasów to, co zalegało nieraz w domu w wiaderkach pod zlewozmywakami. Trudno się było zmobilizować, żeby wziąć do ręki cienką, wrzynająca się w skórę rączkę i wyjść do śmietnika. Nie było jeszcze wtedy tego szaleństwa z workami, w które dzisiaj masowo pakuje się posegregowane resztki. Jako dziecko więc zaiwaniałem z takim niebieskim wiaderkiem i mozolnie starałem się wysypać śmieci do śmietnika, lecz na ściankach wiaderka zawsze coś się przykleiło, czy to łupa z ziemniaka, czy kawałek chrząstki z kurczaka, lub fusy z herbaty. Żeby oddzielić więc brudy od rzeczy wartościowych na forach filmowych, trzeba by było przeprowadzić pracochłonną analizę tego, co warte i niewarte zapamiętania, a i tak być może w jej trakcie wpadłoby się w sidła tego pseudopisarskiego środowiska uzależnionych od wypowiadania się w sieci i zapomniało, że myśli również można zanieczyścić, jak to wiadro w latach 80., które 7-latek targał ze sobą i walił nim o krawędź metalowego kontenera, żeby z dna odpadły wszystkie przegniłe resztki. Nie odpadały. Mama musiała je zawsze ręcznie wybierać. Nie czytam więc o filmach za wiele, bo o nich sam piszę, a opinię innych i tak zawsze w końcu poznam, bo nie żyję w informacyjnej próżni. Poza tym trzymam się z daleka od filmowych forów, bo funkcjonują w nich toksyczne środowiska pełne demonów, które sprawiają, że zaczyna się żyć bardziej tam, w wirtualu niż tu, w realu. Być może jestem jeszcze tym pokoleniem stojącym cały czas w rozkroku, które żyć bez sieci już nie może, ale jeszcze nie potrafi bezrozumnie w nią na główkę skoczyć.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA