search
REKLAMA
Felietony

Jak ChatGPT zarzyna twórczość Studia GHIBLI

Ostatnią rzeczą, jakiej Ghibli potrzebuje, jest darmowa reklama oparta na kradzieży własności intelektualnej.

Janek Brzozowski

3 kwietnia 2025

REKLAMA

Nic nie jest w obrębie kina tak czasochłonne jak klasyczne filmy animowane – rysunkowe czy poklatkowe. Obie formy wymagają fizycznego kontaktu artysty z materią, bez różnicy, czy jest to plastelina, drewniana lalka, czy pusta kartka czekająca na pierwsze pociągnięcie ołówka. Zapytajcie Nicka Parka, ile czasu zajęła mu realizacja najnowszego filmu o przygodach Wallace’a i Gromita (6 lat). Zapytajcie Hayao Miyazakiego, jak długo pracował nad Chłopcem i czaplą (7 lat) albo jakąkolwiek inną animacją sygnowaną logiem Studia Ghibli. Cierpliwość i metodyczność, uwaga poświęcona każdej klatce filmu: oto kwintesencja tego rodzaju kina. Jeżeli chce się osiągnąć zbliżone efekty artystyczne, to nie ma zmiłuj: trzeba zakasać rękawy i porządnie się przyłożyć – albo poprosić o wygenerowanie odpowiedniego obrazka najnowszą wersję ChatuGPT.

Z takiej możliwości skorzystało w przeciągu ostatnich kilku dni tysiące ludzi. Internet zalała fala przeróbek, bardzo wiernie imitujących charakterystyczny styl Studia Ghibli. Przerabiano wszystko, jak leci: memy, zdjęcia, ulubione kadry filmowe. Bez oporów, bez skrupułów. Otwarcie zachęcał do tego zresztą Sam Altman, prezes OpenAI (firmy-matki ChatuGPT), zmieniając profilowe na platformie X na zdjęcie „w stylu” Ghibli. Po krótkim momencie zbiorowej ekstazy nadeszła jednak dość gorzka refleksja zainicjowana przez garstkę sceptycznych malkontentów: czy aby na pewno nikt na tym całym Ghibli-szaleństwie nie traci?

Odpowiedź nasuwa się sama: tracą, jak zwykle, artyści. Ludzie, których ciężka praca została wykorzystana do stworzenia tych uroczych, choć przecież bezdusznych obrazków. Pewnie większość z was doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak funkcjonuje generowanie grafik przez ChatGPT, ale warto przypomnieć raz jeszcze: sztuczna inteligencja niczego nie tworzy od zera. Zasysa z gigantycznej bazy danych obrazki, kadry filmowe i inne nośniki wizualne, które w większości przypadków znalazły się tam bez wiedzy artystów, a następnie wypluwa z siebie gotowy produkt, mniej lub bardziej zgodny z naszymi oczekiwaniami. Gdyby baza składała się wyłącznie z wizualiów, których autorzy wyrazili na to zgodę, problem by nie istniał, albo inaczej – istniałby, ale miałby zupełnie inny charakter i zasadzał się wyłącznie wokół pytania o wartość „sztuki” tworzonej przez AI. „Sztuki”, którą Hayao Miyazaki – nie bójmy się tego słowa – otwarcie pogardza.

W kwestii sztucznej inteligencji Japończyk nie gryzie się w język. Kiedy w 2016 roku zaprezentowano mu fragment animacji w całości wygenerowany przez sztuczną inteligencję, Miyazaki nazwał go „zniewagą dla samego życia” (ang. an insult to life itself). Nietrudno wyobrazić sobie więc, co myśli na temat grafik naśladujących twórczość jego i jego kolegów. Unikalny, wypracowany latami styl sprowadzony został właśnie do kilku linijek algorytmu utuczonego na bezprawnym korzystaniu z prac rysowników Studia Ghibli.

Mimo wszystko łatwo sprawę zbanalizować, tak jak zrobił to chociażby Michał Oleszczyk, pisząc w wyjątkowo nieprzemyślanym poście, że to jedynie przelotny trend; że koniec końców Ghibli wyjdzie na tym dobrze, bo ktoś zapozna się przy okazji z twórczością studia, „być może spotykając się z Totoro po raz pierwszy”. A tak w ogóle, to nie ma się co czepiać, bo przecież „cała piaskownica jest problematyczna, a nie tylko ten jeden resorak”. O, słodka naiwności! Ostatnią rzeczą, jakiej Ghibli potrzebuje, jest darmowa reklama oparta na kradzieży własności intelektualnej. Zwłaszcza że w kodeks moralny studia wpisana jest głęboka nieufność względem technologii przekładająca się na ograniczenie jej wykorzystywania do absolutnego minimum. Wyłączając katastrofalny eksperyment w postaci Skorka i czarownicy Miyazakiego Juniora, wszystkie kadry w filmach Ghibli rysowane są ręcznie, a dopiero później poddawane komputerowej obróbce. Generowanie obrazków na ich modłę jest – czy tego chcemy, czy nie – zaprzeczeniem wszystkich wartości reprezentowanych przez studio i jego pracowników.

Słuszne jest więc oburzenie manifestowane przez fanów Ghibli na całym świecie. Ten jeden resorak – jak nazwał całe zamieszanie Oleszczyk – obnażył poza tym szerszy problem związany z etycznością korzystania z usług sztucznej inteligencji. Problem szarej strefy, w której funkcjonują obecnie tego typu programy, jeżeli chodzi o kwestie dotyczące praw autorskich czy ekologii (dla przypomnienia: wygenerowanie jednego obrazka kosztuje od kilkudziesięciu do kilkuset mililitrów wody używanej do schładzania serwerów). Wszyscy zainteresowani na tych nieuregulowanych sprawach zyskują – wszyscy poza dogorywającą planetą oraz autorami oryginalnych grafik czy artykułów. Zamiast zżymać się na wybiórczość internautów, lepiej docenić fakt, iż świadomość społeczna delikatnie wzrosła, a następnie zabrać głos w dyskusji, której rezultat może zadecydować o kierunku, w jakim będzie rozwijać się sztuczna inteligencja. Sprzątanie piaskownicy zawsze rozpoczyna się przecież od podniesienia tego pierwszego resoraka.

I na koniec jeszcze jedna rzecz, trochę na marginesie całej sprawy. Od wieków historycy, filozofowie i inni ludzie nauki spierają się na temat roli, jaką wynalazki odgrywają w życiu człowieka. Jak pisze Nicholas Carr w książce Płytki umysł, analizującej wpływ internetu na rozwój ludzkiego mózgu, dyskutantów podzielić można z grubsza na dwa obozy: instrumentalistów i deterministów technologicznych. Zainteresowania tych pierwszych ogniskują się wokół pytania „co człowiek może zrobić z technologią?”. Widzą oni w kolejnych nowinkach technologicznych, takich jak internet czy sztuczna inteligencja, narzędzia służące osiąganiu naszych celów – całkowicie podległe woli swych użytkowników. „Instrumentalizm stanowi najpowszechniejszy sposób myślenia o technologii – zwłaszcza że jest to pogląd, co do którego wolelibyśmy, aby okazał się prawdziwy” – konkluduje Carr.

Osobiście za dużo ciekawsze uważam jednak podejście deterministyczne. W tej wizji pytanie zostaje odwrócone – nie pytamy już dłużej o to, co możemy zrobić z technologią, ale o to, co technologia może zrobić z nami. Jak konkretne wynalazki wpływają na nasze procesy poznawcze, naszą kreatywność czy inteligencję? Jakie są długofalowe koszta wynikające z ich użytkowania? Warto się nad tym zastanowić, kiedy następnym razem postanowimy zapytać ChatGPT o jakąś niewinną pierdołę albo poprosić o to, aby zapewnił nam złudzenie obcowania ze sztuką naszych ulubionych artystów. Bo kto wie, być może rację miał Miyazaki, mówiąc po feralnym spotkaniu z AI, że „zbliżamy się do końca naszych czasów. Ludzkość utraciła wiarę w samą siebie”.

Janek Brzozowski

Janek Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa, swoją pracę magisterską poświęcił zagadnieniu etyki krytyka filmowego. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska oraz francuska, a także piłka nożna - od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony (ze wszystkich tej decyzji konsekwencjami). Od 2017 roku jest redaktorem portalu film.org.pl, jego teksty znaleźć można również na łamach miesięcznika "Kino" oraz internetowego czasopisma Nowy Napis Co Tydzień. Laureat 13. edycji konkursu Krytyk Pisze. Podobnie jak Woody Allen, żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA