Felietony - Cykle
FESTIWAL FILMÓW KULTOWYCH. Chłonąc klimat dawnych lat
FESTIWAL FILMÓW KULTOWYCH to hołd dla nostalgii i magii dawnego kina, przywołujący niezapomniane wspomnienia z kultowych ekranów.
Kino wzbudza niezwykle żywe emocje wśród jego entuzjastów. Osobiste doświadczenia, odmienne gusta i różny poziom wrażliwości artystycznej sprawiają, że to, co jeden uważa za arcydzieło, dla drugiego jest bezwartościowym gniotem. W tym morzu różnorodności i skrajności jest jednak przynajmniej jeden wspólny punkt: nostalgia. Miłość do filmów naszego dzieciństwa, pociąg do atmosfery minionych epok i niejako chęć cofnięcia się w czasie. Festiwal Filmów Kultowych wychodzi naprzeciw tej tęsknocie. Tegoroczna edycja była wspaniałą okazją przeżycia niezapomnianych chwil z kultowymi dziełami kina gatunkowego.
Czym jest film kultowy? – niektórzy zapewne się zastanawiają. Słowo „kultowy” jest dziś bardzo nadużywane i wbrew pozorom nie jest synonimem przymiotnika „świetny. Filmy zapracowują na to miano poprzez bycie pamiętnymi; filmy kultowe są żywe w umysłach widzów nawet dekady po swojej premierze. Mają one rzesze oddanych fanów, którzy dyskutują o nich i organizują kolejne seanse, by przeżyć je jeszcze raz. Takie obrazy inspirują innych twórców, zarówno amatorskich, jak i profesjonalnych. Wcale nie muszą być też dobre. Czasem ten wyjątkowy status zawdzięczają swojemu fatalnemu poziomowi i ilości śmiechu, który niezamierzenie wywołują. Niezależnie jednak od tego, czy mamy do czynienia z arcydziełem czy gniotem, taki film musi zapadać w pamięć.

fot. Michał Szymończyk
Właśnie taką ideą zdają się kierować organizatorzy Festiwalu Filmów Kultowych. W repertuarze wydarzenia każdy kinomaniak znajdzie coś, co go zainteresuje. Od szokującego kina eksploatacji przez kino akcji klasy B po senne thrillery neo-noir. Ciekawe tytuły to jednak raptem połowa uroku. Prawdziwie zachwycającym aspektem tegorocznej edycji festiwalu okazało się jego miejsce.
Dotychczasowe edycje odbywały się bowiem w Katowicach, a ich organizacja przebiegała jak najbardziej bez zarzutu. Przebłyskiem geniuszu było jednak wybranie Gdańska jako nowego gospodarza i przeniesienie seansów z kin i teatrów do znacznie bardziej nietypowych miejscówek. Klub koncertowy na zindustrializowanym terenie stoczni, galeria sztuki w rozsypującej się kamienicy (stan surowy) nad samą rzeką, kino samochodowe na parkingu gdańskiego stadionu – to część fantastycznych pomysłów, które każdy seans uczyniły niezapomnianym. Skąd w ogóle taki koncept?
Myślę, że w sytuacji, w której Drive wyświetlany jest w jednej z sal multipleksu, wiele osób pomyśli: po co mam tam iść? Jeśli oglądaliśmy już jakiś film określoną liczbę razy, to taki seans nie jest czymś wzbudzającym wielką ekscytację. Pomimo wyższości sali kinowej nad domową kanapą brakuje w tym wyjątkowości. Kiedy jednak mamy okazję obejrzeć Drive w w ciepły czerwcowy wieczór w jednym z kilkudziesięciu zaparkowanych przed ekranem samochodów, niczym w Ameryce przełomu lat 50.
i 60. – wtedy to chyba inna rozmowa, prawda?

fot. Michał Szymończyk
Z rozmaitych przyczyn nie miałem możliwości zobaczyć wszystkiego, co oferował festiwal, ale starałem się wybierać potencjalnie niezapomniane wydarzenia. Pierwszym był koncert zespołów Perturbator i Nightrun87. Ich muzykę można określić jako synth pop i synthwave, przy czym podczas gdy pierwszy uderza w mroczniejsze nuty, drugi celuje w pop lat 80. jako największą inspirację. Co tu dużo mówić – na żywo robiło to ogromne wrażenie i momentalnie przenosiło umysł prawie cztery dekady w przeszłość. Elektryzujące brzmienia syntezatorów, dźwięki rodem z filmów Johna Carpentera i przepych wizualny – trudno o lepszy wstęp do festiwalu pełnego miłości do tamtych lat.
To jednak była przystawka. Jakie obrazy przyszło mi zobaczyć? Dobrym wyborem okazał się film z pierwszą istotną rolą Keanu Reevesa – W zakolu rzeki. To pełna rozkosznej naiwności opowiastka o dziwnych perypetiach młodzieży w małym amerykańskim miasteczku. Tak jak w wielu innych dziełach lat 80., mamy tu grupkę barwnych dzieciaków, mroczną intrygę i nieobecne w tym wszystkim postaci dorosłych. Cieszę się, że postanowiono wyświetlić tę produkcję w wersji z lektorem – to dodało seansowi sporo uroku.
Kolejny pokaz okazał się jeszcze bardziej interesujący: był nim bowiem zapowiedziany przez reżysera, Sama Firstenberga, Amerykański ninja. Jak powiedział sam twórca:
Proszę, krzyczcie, śmiejcie się i bijcie brawo, zwłaszcza w najbardziej niedorzecznych momentach!
I tak też było. W wypełnionej po brzegi klimatycznej sali klubu B90 śmiech rozbrzmiewał praktycznie bez przerwy – wyczyny Michaela Dudikoffa to prawdziwa kwintesencja kinowych absurdów lat 80. Kiedy mówi się o złotym wieku kina akcji, o nieśmiertelnych kasetach VHS i jedynym w swoim rodzaju głosie Tomasza Knapika czytającego kwestie napakowanych twardzieli, to właśnie takie filmy ma się na myśli.
Tomasz Knapik nie pojawia się tu zresztą przypadkowo, gdyż to także dzięki niemu tegoroczna edycja festiwalu okazała się strzałem w dziesiątkę. Legenda polskiej telewizji uświetniła swoją osobą dwa specjalne pokazy: Gliniarz samuraj oraz The Room. Usłyszenie jego głosu na żywo było czymś zupełnie wyjątkowym. Filmy, których kwestie przyszło mu czytać, to prawdopodobnie najsłabsze tytuły z całego repertuaru.
Produkcje tak koszmarnie złe pod każdym możliwym względem, że uznaje się je za jedne z najgorszych w historii kinematografii. Oglądane w towarzystwie pięciuset zanoszących się śmiechem osób i okraszone fatalnie przetłumaczonymi dialogami, które na żywo czytał nam Knapik, stały się jednymi z najciekawszych seansów, jakie można sobie wyobrazić.

fot. Michał Szymończyk
Naturalnie było również miejsce na powagę. Teminator i Valhalla: Mroczny wojownik to kolejne dwa tytuły, które udało mi się zobaczyć na festiwalu. Wstyd przyznać, ale do tej pory nie miałem okazji obejrzeć żadnego z nich (Terminatora oglądałem tylko kawałkami, będąc berbeciem – trudno jednak to liczyć), ale myślę, że wyszło to na dobre. Czasem lepiej się wstrzymać i zamiast zrobić coś byle jak, poczekać na świetną okazję. I tak też było tutaj. Obejrzenie dzieła Jamesa Camerona w obdrapanej i zagraconej hali było czymś, czego nie zapomnę.
Jest coś niesamowitego w obcowaniu z filmem w miejscu, które wydaje się żywcem wzięte z jego świata. Dzięki temu można osiągnąć prawdziwą immersję z ekranową rzeczywistością. Obrazowi Nicolasa Windinga Refna również towarzyszyła ciekawa otoczka, była to bowiem wspomniana wcześniej galeria sztuki. Idealny wybór tła dla duńskiego reżysera.
Jedną z największych atrakcji był zaś pokaz, który przywołaną przeze mnie immersję wzniósł na kolejny poziom. Była to projekcja równie intrygującego, co kuriozalnego thrillera sci-fi Hardware. Jej miejscem było bowiem… złomowisko. Ułożone na sobie wraków samochodów, hałdy rozmaitego śmiecia, stopniowo zapadający zmrok i zapach benzyny przemieszany z wonią popcornu – to wszystko złożyło się na kolejne niesamowite doświadczenie. I nie była to sztuka dla sztuki – magia miejsca silnie korespondowała z filmową postapokaliptyczną wizją przyszłości.
Inspirowany serią Mad Max świat Hardware to dystopia pełna brudu i desperackiej walki o przetrwanie. Industrialne elektroniczne nuty ścieżki dźwiękowej, przedziwna kolorystyka i ujęcia rodem z kina eksperymentalnego czynią ten film prawdziwie unikalnym. Jego wyjątkowość była jednak odczuwalna w dużej mierze właśnie dzięki magii miejsca, w którym można było go obejrzeć.

fot. Michał Szymończyk
Jak można zakończyć festiwal pełen tylu interesujących atrakcji? Zaskoczeniem! Pokaz zamykający imprezę był znany jako „Seans ukryty. Podane były tylko miejsce zbiórki i dość późna godzina, o której należało się zjawić. Co dalej? Gdzie pójdziemy? Jaką produkcję obejrzymy? Czym nas zaskoczą? Odpowiedzi na te pytania znali tylko organizatorzy.
My podekscytowani czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Ten nastąpił, kiedy przyjechał stary autobus i zabrał pierwszą turę widzów. Podróż nie trwała długo, a umiliła ją ścieżka dźwiękowa z Odgłosów (również wyświetlanych na festiwalu). Okazało się, że seans ma miejsce w lesie, blisko cmentarza. Każdy z uczestników mrocznej wyprawy otrzymał na czas seansu słuchawki bezprzewodowe. Filmem był zaś hiszpański REC, powszechnie uważany za wzorowego przedstawiciela horrorów found footage.
Tak się złożyło, że i tej produkcji nie widziałem wcześniej, a w efekcie leśna projekcja wciągnęła mnie nie na żarty. Dzięki słuchawkom miałem wrażenie, że jestem sam. Nie słyszałem ludzi dookoła mnie (ani niczego innego) i praktycznie nie zdawałem sobie sprawy z istnienia czegokolwiek poza lasem i przerażającymi scenami mającymi miejsce w małej kamienicy. Już po pierwszych minutach pomyślałem sobie, że wyjścia do kina na horrory byłyby nieporównywalnie lepszym doświadczeniem, gdyby w cenie biletu było zawarte wypożyczenie słuchawek (tak jak kiedyś okulary 3D). Organizatorzy zdecydowanie nie rozczarowali i zakończyli wszystko w bardzo intrygujący i pomysłowy sposób.

fot. Michał Szymończyk
Pisząc o zakończonej już 20. edycji Festiwalu Filmów Kultowych, czuję ekscytację, ale i smutek, bo nie wiem, kiedy znowu będzie mi dane przeżyć coś tak świeżego i interesującego. Inne festiwale wydają się teraz nudne i konwencjonalne. Chciałbym móc częściej oglądać nietypowe filmy w nietypowych miejscach.
Chciałbym, żeby pomysłowość w organizacji całego wydarzenia była równie ważna, jak wybór wyświetlanych obrazów. Mam nadzieję, że za rok ten sukces zostanie powtórzony, a filmy kultowe zagoszczą w Gdańsku na dłużej. W takim kinie najważniejszy jest klimat, a tego było tu pod dostatkiem. Ci, którzy byli na festiwalu, chyba zgodzą się ze mną co do jego wyjątkowości. Reszta niech będzie czujna za rok – to jest coś, czego nie można ominąć.
korekta: Kornelia Farynowska

fot. Michał Szymończyk
