Connect with us

Felietony - Cykle

Trzy POWROTY DO PRZYSZŁOŚCI. Wrażenia z kinowego maratonu trylogii Roberta Zemeckisa

Trzy POWROTY DO PRZYSZŁOŚCI to niezapomniana podróż w czasie, która zaskakuje, bawi i udowadnia, że perfekcja nie wymaga kontynuacji.

Published

on

Trzy POWROTY DO PRZYSZŁOŚCI. Wrażenia z kinowego maratonu trylogii Roberta Zemeckisa

Powrót do przyszłości to jedna z moich ulubionych trylogii filmowych, która na tle innych serii reprezentatywnych dla Kina Nowej Przygody jest przypadkiem szczególnym. W przeciwieństwie bowiem do Gwiezdnych wojen albo przygód Indiany Jonesa filmy Roberta Zemeckisa nigdy nie doczekały się (nie licząc niewielkiego serialu animowanego) sequeli „po latach”. Nikt jak dotąd nie odważył się podnieść ręki na legendarne przygody Marty’ego McFlya i Doktora Browna, realizując wysokobudżetową kontynuację trylogii.

Advertisement

Po odświeżeniu sobie wszystkich trzech części w ramach maratonu kinowego zorganizowanego z okazji trzydziestolecia premiery drugiego epizodu mogę stwierdzić z czystym sercem – całe szczęście, że nigdy do tego nie doszło.

Dlaczego? Odpowiedź jest banalna – Powrót do przyszłości fantastycznie funkcjonuje jako zamknięta trylogia, żadna czwarta część nie jest nikomu do szczęścia potrzebna.1 Co ciekawe, początkowo Zemeckis i scenarzysta Bob Gale nie widzieli w przygodach Marty’ego i Doktora Browna potencjału na trzyczęściową serię filmową. Pomimo tego, że dookoła nich triumfy święciły sequele innych popularnych marek [Gwiezdne wojny: Część V – Imperium kontratakuje (1980), Superman II (1980), Indiana Jones i Świątynia Zagłady (1984)], panowie zakładali zrealizowanie tylko jednego, autonomicznego dzieła.

Advertisement

Nawet otwarte zakończenie pierwszej części nie było w zamyśle twórców, jak pisze Jerzy Szyłak, „furtką pozostawioną na wypadek, gdyby film się spodobał i zaszła konieczność kręcenia dalszego ciągu. Otwierało bowiem perspektywę samonapędzającego się absurdu, śmiesznego jako niezrealizowana możliwość, ale nie jako konkretna, przeniesiona na ekran opowieść”.2 Innymi słowy, ostatnia scena była jedynie zabawną sugestią, że podróże Marty’ego i Doktora mogą trwać w nieskończoność – zawsze przecież znajdzie się coś, co można by było przy pomocy wehikułu czasu naprawić.

Jak dobrze jednak wiemy, sequele powstały, a zakończenie pierwszego epizodu (który swoją drogą przy budżecie rzędu 19 milionów dolarów zarobił na całym świecie ponad 380 milionów) ostatecznie jako takowa furtka posłużyło – i to w bardzo dosłownym znaczeniu. Powrót do przyszłości II rozpoczyna się przecież nieco zmodyfikowanym cytatem ostatniej sceny swojego wspaniałego poprzednika. Marty może odetchnąć z ulgą, znajdując się w nowej, lepszej teraźniejszości, w której jego rodzice są szczęśliwym małżeństwem, a wulgarny Biff Tannen nie jest szefem George’a McFlya, ale podwładnym jego znacznie błyskotliwszej wersji.

Advertisement

Wniebowzięty protagonista spotyka się z Jennifer i już ma wsiadać do nowiutkiego samochodu, aby wybrać się z nią na obiecaną wycieczką za miasto, gdy nagle na scenę wkracza Doktor Brown. Naukowiec ląduje latającą wersją DeLoreana kilka metrów od oszołomionych bohaterów, a po chwili zwraca się do nich z prośbą o pomoc. Pamiętam, że podczas drugiego, kinowego seansu coś mi w tym fragmencie nie pasowało. Szybki research potwierdził przypuszczenia – zmieniła się aktorka kreująca rolę Jennifer. Jak się okazało, Claudia Wells zrezygnowała z występu w sequelach Powrotu do przyszłości po tym, jak u jej matki zdiagnozowano nowotwór.

Zastąpiła ją Elisabeth Shue. Na szczęście reszta głównej obsady, na czele z Michaelem J. Foxem, Christopherem Lloydem i Thomasem F. Wilsonem (niedocenianym, a przecież znakomitym w aż 7 różnych odsłonach czarnego charakteru), pozostała bez zmian.

Advertisement

Oglądając po latach (pierwsze seanse trylogii Zemeckisa to w moim przypadku wspomnienia dość wczesnego dzieciństwa) Powrót do przyszłości II, zdumiony byłem tym, jak bardzo uzależniony jest on od części pierwszej. Owszem, otrzymujemy w drugim epizodzie interesujący, nieco prześmiewczy obraz przyszłości (rok 2015, latające deski, samowiążące się Nike,3 Szczęki 194 w kinach) oraz antyutopijną, niemalże apokaliptyczną wersję teraźniejszości (rok 1985) spowodowaną intrygą starego Biffa.

Aby jednak odwrócić skutki katastrofalnych kombinacji Tannena, Marty zmuszony jest po raz kolejny powrócić do roku 1955 i znów wziąć udział w słynnej potańcówce, która stanowiła punkt kulminacyjny części pierwszej i bliźniaczą funkcję pełni w epizodzie drugim. Otrzymujemy więc w ostatnim akcie Powrotu do przyszłości II swego rodzaju „powtórkę z rozrywki”. Zostaje ona jednak przełamana poprzez inscenizację – niemalże wszystkie wydarzenia istotne dla finału części pierwszej oglądamy tym razem z nieco innej perspektywy, nie oczami Marty’ego szalejącego na scenie podczas gitarowego solo, ale Marty’ego uganiającego się za skradzionym przez podstępnego Tannena almanachem sportowym (wzorcowym wręcz przykładem hitchcockowskiego MacGuffina).

Advertisement

Ostatnią część przygód Marty’ego i Doktora kręcono razem z drugą – w zakończeniu Powrotu do przyszłości II pojawia się nawet krótka zapowiedź (coś na kształt zwiastunu) trzeciego epizodu. Widzowie wiedzieli więc już na długo przed premierą, że tym razem akcja przenosi się w dość odległą przeszłość, bo aż w rok 1885, czyli zmierzch Dzikiego Zachodu. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Zemeckis i Gale zasugerowali odbiorcom czas akcji kolejnej odsłony, jednocześnie zapowiadając jedno z kluczowych wydarzeń Powrotu do przyszłości III już około połowy drugiej części. Scena, w której bogaty i rozpustny Biff ogląda finałowy pojedynek z Za garść dolarów Sergio Leone, jest niczym innym, jak tylko przykładem bardzo ciekawego, intertekstualnego foreshadowingu. Podczas seansu trzeciej odsłony przygód Marty’ego najbardziej zaskoczyło mnie to, jak duży nacisk położony jest w niej na wątek miłosny. Zapamiętałem z dzieciństwa Powrót do przyszłości III jako wypełniony po brzegi strzelaninami i szalonymi pościgami film przygodowy, tymczasem znaczną część czasu ekranowego poświęcono rozwojowi relacji Doktora Browna i panny Clayton. Nic w tym oczywiście złego, gdyż wątek nie jest rozpisany po macoszemu i gładko wkomponowuje się w cały film, choć, jak by nie patrzeć, oparty został na prostym, ale za to jakże efektywnym koncepcie zamiany ról – nagle to Marty jest mózgiem całej operacji, zaś Doktor bujającym w obłokach, zakochanym nastolatkiem.

Maraton kinowy był świetną okazją do tego, aby odtworzyć wspomnienia z dzieciństwa (podczas gdy Marty i Doktor wracali do przyszłości, ja cofałem się w przeszłość) i skonfrontować je z przemyśleniami mojej dwudziestoletniej wersji. Dodatkową atrakcją towarzyszącą wydarzeniu była wystawa gadżetów powiązanych z trylogią Zemeckisa, zorganizowana przez ogólnopolski fanklub Powrotu do przyszłości. Wśród wystawionych przedmiotów znalazły się tak bezcenne repliki jak holograficzna czapka z daszkiem (którą oczywiście musiałem przymierzyć), almanach sportowy, różowa, latająca (w rzeczywistości, niestety, nie unosiła się w powietrzu) deska używana przez Marty’ego w drugiej i trzeciej części albo panel sterowania z DeLoreana, pozwalający wybrać konkretną datę, do której chcemy się przenieść.

Advertisement

1 Świetnie postawę tę odzwierciedla zakończenie krótkiego dokumentu poświęconego serii Zemeckisa i Gale’a – Sekrety trylogii: Powrót do przyszłości. W ostatniej scenie do prowadzącego, Kirka Camerona, podbiega podekscytowany chłopczyk z pytaniem: „Czy będzie czwarta część?”, na co ten odpowiada z uśmiechem, kładąc dziecku rękę na ramieniu: „Nie zanosi się na to, kolego”.

2 J. Szyłak, Leksykon: Powrót do przyszłości [w:] Kino Nowej Przygody, Gdańsk 2012, str. 205.

Advertisement

3 Zagadnieniem, o którym można by było napisać osobny, wyczerpujący artykuł, jest fenomenalny product placement w serii Zemeckisa. Znakomitym pomysłem było chociażby sprowadzenie picia pepsi i noszenie nike’ów do jednych z najważniejszych cech głównego bohatera. Chcesz być jak Marty McFly? Pij napoje Pepsi i noś buty Nike! Proste, ale za to jakie skuteczne – w przerwie pomiędzy pierwszym a drugim filmem skoczyłem do pobliskiego sklepu po puszkę pepsi.

4 Bardzo ciekawe, co stało za pomysłem, aby kinami w 2015 roku rządziły właśnie Szczęki 19? Warto w tym miejscu zaznaczyć, że twórca oryginalnych Szczęk, czyli oczywiście Steven Spielberg, był głównym producentem wykonawczym (to jego nazwisko pojawia się jako pierwsze na ekranie!) wszystkich trzech części Powrotu do przyszłości.

Advertisement

Jak wspomina Jerzy Szyłak, całą serię kojarzono w latach 80. głównie z reżyserem Bliskich spotkań trzeciego stopnia: „Powrót do przyszłości był postrzegany przez krytykę jako jeszcze jeden «przebój Spielberga» czy też «dzieło stajni Spielberga» (podobnie jak Gremliny, Pogromcy duchów czy Piramida strachu – filmy wyprodukowane i wprowadzone na ekrany w tym samym czasie). W Robercie Zemeckisie widziano jedynie wykonawcę woli autora największych przebojów wszech czasów – pracownika zatrudnionego do roli kogoś, kto pilnuje, by aktorzy na planie zrobili swoje, a twórcy efektów specjalnych stworzyli wiarygodny obraz niewiarygodnych zdarzeń” (J. Szyłak, op. cit., s. 204). Jak więc w tym kontekście należy traktować Szczęki 19? Jako niewinny żart Gale’a i Zemeckisa? Autoironię Spielberga? A może wyraz niezadowolenia z tego, w jakim kierunku podążyła zainicjowana przez twórcę Poszukiwaczy zaginionej Arki seria? Wszak przed premierą Powrotu do przyszłości II powstały już aż cztery jej odsłony.

Advertisement

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa, swoją pracę magisterską poświęcił zagadnieniu etyki krytyka filmowego. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska oraz francuska, a także piłka nożna - od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony (ze wszystkich tej decyzji konsekwencjami). Od 2017 roku jest redaktorem portalu film.org.pl, jego teksty znaleźć można również na łamach miesięcznika "Kino" oraz internetowego czasopisma Nowy Napis Co Tydzień. Laureat 13. edycji konkursu Krytyk Pisze. Podobnie jak Woody Allen, żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *