search
REKLAMA
Felietony

Trzy POWROTY DO PRZYSZŁOŚCI. Wrażenia z kinowego maratonu trylogii Roberta Zemeckisa

Jan Brzozowski

28 listopada 2019

REKLAMA

Powrót do przyszłości to jedna z moich ulubionych trylogii filmowych, która na tle innych serii reprezentatywnych dla Kina Nowej Przygody jest przypadkiem szczególnym. W przeciwieństwie bowiem do Gwiezdnych wojen albo przygód Indiany Jonesa filmy Roberta Zemeckisa nigdy nie doczekały się (nie licząc niewielkiego serialu animowanego) sequeli „po latach”. Nikt jak dotąd nie odważył się podnieść ręki na legendarne przygody Marty’ego McFlya i Doktora Browna, realizując wysokobudżetową kontynuację trylogii. Po odświeżeniu sobie wszystkich trzech części w ramach maratonu kinowego zorganizowanego z okazji trzydziestolecia premiery drugiego epizodu mogę stwierdzić z czystym sercem – całe szczęście, że nigdy do tego nie doszło.

Dlaczego? Odpowiedź jest banalna – Powrót do przyszłości fantastycznie funkcjonuje jako zamknięta trylogia, żadna czwarta część nie jest nikomu do szczęścia potrzebna.1 Co ciekawe, początkowo Zemeckis i scenarzysta Bob Gale nie widzieli w przygodach Marty’ego i Doktora Browna potencjału na trzyczęściową serię filmową. Pomimo tego, że dookoła nich triumfy święciły sequele innych popularnych marek [Gwiezdne wojny: Część V – Imperium kontratakuje (1980), Superman II (1980), Indiana Jones i Świątynia Zagłady (1984)], panowie zakładali zrealizowanie tylko jednego, autonomicznego dzieła. Nawet otwarte zakończenie pierwszej części nie było w zamyśle twórców, jak pisze Jerzy Szyłak, „furtką pozostawioną na wypadek, gdyby film się spodobał i zaszła konieczność kręcenia dalszego ciągu. Otwierało bowiem perspektywę samonapędzającego się absurdu, śmiesznego jako niezrealizowana możliwość, ale nie jako konkretna, przeniesiona na ekran opowieść”.2 Innymi słowy, ostatnia scena była jedynie zabawną sugestią, że podróże Marty’ego i Doktora mogą trwać w nieskończoność – zawsze przecież znajdzie się coś, co można by było przy pomocy wehikułu czasu naprawić.

Jak dobrze jednak wiemy, sequele powstały, a zakończenie pierwszego epizodu (który swoją drogą przy budżecie rzędu 19 milionów dolarów zarobił na całym świecie ponad 380 milionów) ostatecznie jako takowa furtka posłużyło – i to w bardzo dosłownym znaczeniu. Powrót do przyszłości II rozpoczyna się przecież nieco zmodyfikowanym cytatem ostatniej sceny swojego wspaniałego poprzednika. Marty może odetchnąć z ulgą, znajdując się w nowej, lepszej teraźniejszości, w której jego rodzice są szczęśliwym małżeństwem, a wulgarny Biff Tannen nie jest szefem George’a McFlya, ale podwładnym jego znacznie błyskotliwszej wersji. Wniebowzięty protagonista spotyka się z Jennifer i już ma wsiadać do nowiutkiego samochodu, aby wybrać się z nią na obiecaną wycieczką za miasto, gdy nagle na scenę wkracza Doktor Brown. Naukowiec ląduje latającą wersją DeLoreana kilka metrów od oszołomionych bohaterów, a po chwili zwraca się do nich z prośbą o pomoc. Pamiętam, że podczas drugiego, kinowego seansu coś mi w tym fragmencie nie pasowało. Szybki research potwierdził przypuszczenia – zmieniła się aktorka kreująca rolę Jennifer. Jak się okazało, Claudia Wells zrezygnowała z występu w sequelach Powrotu do przyszłości po tym, jak u jej matki zdiagnozowano nowotwór. Zastąpiła ją Elisabeth Shue. Na szczęście reszta głównej obsady, na czele z Michaelem J. Foxem, Christopherem Lloydem i Thomasem F. Wilsonem (niedocenianym, a przecież znakomitym w aż 7 różnych odsłonach czarnego charakteru), pozostała bez zmian.

Oglądając po latach (pierwsze seanse trylogii Zemeckisa to w moim przypadku wspomnienia dość wczesnego dzieciństwa) Powrót do przyszłości II, zdumiony byłem tym, jak bardzo uzależniony jest on od części pierwszej. Owszem, otrzymujemy w drugim epizodzie interesujący, nieco prześmiewczy obraz przyszłości (rok 2015, latające deski, samowiążące się Nike,3 Szczęki 194 w kinach) oraz antyutopijną, niemalże apokaliptyczną wersję teraźniejszości (rok 1985) spowodowaną intrygą starego Biffa. Aby jednak odwrócić skutki katastrofalnych kombinacji Tannena, Marty zmuszony jest po raz kolejny powrócić do roku 1955 i znów wziąć udział w słynnej potańcówce, która stanowiła punkt kulminacyjny części pierwszej i bliźniaczą funkcję pełni w epizodzie drugim. Otrzymujemy więc w ostatnim akcie Powrotu do przyszłości II swego rodzaju „powtórkę z rozrywki”. Zostaje ona jednak przełamana poprzez inscenizację – niemalże wszystkie wydarzenia istotne dla finału części pierwszej oglądamy tym razem z nieco innej perspektywy, nie oczami Marty’ego szalejącego na scenie podczas gitarowego solo, ale Marty’ego uganiającego się za skradzionym przez podstępnego Tannena almanachem sportowym (wzorcowym wręcz przykładem hitchcockowskiego MacGuffina).

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA