Felietony - Cykle
OPINIA JAK DUPA… Kobiecy głos o molestowaniu
OPINIA JAK DUPA… to dowcipny i szczery głos w sprawie molestowania, który rzuca nowe światło na hipokryzję Hollywood i jego mroczne sekrety.
Opinia jest jak dupa, każdy ma swoją, jak głosi przysłowie ludowe. Ja, jak każdy, mam i jedną, i drugą. I jedną, i drugą można łatwo na szwank narazić, że jednak zdecydowanie wolę wystawić na molestowanie opinię niż dupę jako taką, niniejszym to czynię, przedstawiając kobiecy (w rozumieniu pochodzącego od osoby płci żeńskiej, a bynajmniej nie reprezentujący ogółu kobiet) głos w sprawie ostatnio głośnej.
Molestowanie seksualne w fabryce snów – temat, który, wydawałoby się, nie ma początku i końca, nagle stał się newsem numer jeden. Sporo – szokuje mnie, jak wielu – ludzi zachowuje się, jakby o sprawie słyszało po raz pierwszy. W ojczyźnie Romana Polańskiego?… Poważnie?…
W raju na wzgórzach, gdzie pod złocistym słońcem Kalifornii, w gorącym ogniu hipokryzji i zakłamania wykuwa się perełki talentu, zaczęło się od grubej ryby w środowisku filmowym, producenta Harveya Weinsteina. A potem poszło już lawinowo. Każdy molestował, każdy był molestowany. Już nawet podobno nieszczęsny, z dawna zapomniany David Copperfield jakieś wieki temu niewłaściwie położył łapkę. Tak twierdzi jedna pani. Tylko jedna, niestety, o statusie Billa Cosby’ego biedny David nie ma co marzyć. Nie wątpię, że magik płacze z żalu z tego powodu.
I, jak to zwykle bywa, nagle pomieszało się wszystko ze wszystkim. Do jednego wora wrzucono wspomnianych Weinsteina i Cosby’ego, Spaceya i bardzo brzydkie oskarżenia pod jego adresem, i wydumane z lekka zarzuty w kierunku Copperfielda, aktora Jamesa Franco czy np. zeszłorocznego zdobywcy Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego za rolę w filmie Manchester by the Sea, Caseya Afflecka.
Zaczęła się masowa histeria z wymazywaniem z plakatów, usuwaniem z filmów i pokazówkami na imprezach.
Przyglądam się temu z boku i o ile podzielam oburzenie w stosunku do zachowań takich jak Weinsteina, Cosby’ego czy Spaceya, którzy ewidentnie nadużywali swojej pozycji w środowisku w paskudny sposób, o tyle pewne reakcje wywołują mój sprzeciw. Jak bowiem ocenić mam głos potępienia ze strony Salmy Hayek i jej wzruszające wyznania, kiedy po wpisaniu w wyszukiwarce internetowej frazy „harvey weinstein salma hayek” wyskakuje mi mnóstwo zdjęć tej pary, z szerokimi uśmiechami, pani wydekoltowana, pan ukontentowany, łapka tu, łapka tam?… Znacznie mocniej przemawia do mnie głośny śmiech Sharon Stone – kobiety inteligentnej, odważnej i szczerej, która na pytanie Lee Cowana o molestowanie odpowiedziała krótko: „Wyobrażasz sobie, do jakiego środowiska weszłam 40 lat temu, Lee?.
.. Wyglądając, jak wyglądam? Pochodząc z zadupia w Pensylwanii?… Nie trafiłam tu bez żadnej protekcji. Widziałam wszystko!” (tłum. własne). Ton wypowiedzi sugeruje, że na część rzeczy się również zgodziła, znając ich konsekwencje, i nie płonie teraz świętym a fałszywym oburzeniem, za co należy jej się ogromny szacunek. Pozytywnie zaskoczyła mnie Pamela Anderson, która trzeźwo stwierdziła, że dziewczyna, idąc załatwiać interesy do pokoju hotelowego, wie, po co idzie, zwłaszcza jeśli druga strona spotkania biznesowego otwiera drzwi odziana zaledwie w szlafrok. Okruch rozsądku wrzucił do tego tygla Matt Damon, zauważając, że pomiędzy incydentalnym klepnięciem w tyłek a gwałtem na nieletniej jest olbrzymie spektrum zachowań i nie powinno się ich w żadnym razie porównywać, niestety ten okruch przepadł w ogólnej histerii, a fragment wypowiedzi Damona, wyrwany z kontekstu, został szeroko oprotestowany.
Wszystko albo nic – z jednej strony tego typu aferzystom, jeśli mają głośne nazwiska i określoną pozycję, po kilku latach na przymusowym wygnaniu uchodzi mniej więcej na sucho. Coś tam zapłacą, coś tam może (rzadko) odsiedzą, ale nazwisko na plakacie robi swoje i wracają po chwili w lekko zaśniedziałej, ale nadal nieśmiało błyskającej glorii. Ich ofiary giną w mrokach niepamięci, od czasu do czasu wywlekane przez portale plotkarskie przy okazji kolejnej premiery. A i to nie zawsze. Z drugiej strony na ich tragedii inni robią biznes, wypływając na absurdalnych niejednokrotnie oskarżeniach (#metoo jak szczoteczka do zębów, w pewnych kręgach po prostu nie wypada go nie mieć), i to są ci prawdziwie wygrani.
Prawdziwie przegranymi zaś są ci, którzy gdzieś tam się kiedyś mniej lub bardziej niezręcznie potknęli i smród się za nimi będzie ciągnął już zawsze, a przynajmniej tak długo, jak długo – o ile w ogóle – nie przebiją się do kasty niedotykalskich. Pomijam tu to całe celebryckie tałatajstwo, które świadomie decyduje się na pewne kroki, bo talentu nie wystarcza nawet na reklamę proszku do prania, więc żeby zaistnieć, trzeba sobie radzić inaczej. Nie spodziewam się chwilowo, żeby np. Kim Kardashian miała kogoś oskarżyć o molestowanie, ale kto wie. Może mnie wreszcie czymś zaskoczy.
Cała ta atmosfera, to oburzenie, czarne kiecki i inne głosy protestu, powinny przynieść jakiś skutek. Jaki będzie, nie wiem, wiem, czego ja bym chciała.
Przede wszystkim odarcia z boskości. Byłoby dobrze, gdyby zwłaszcza młodzi ludzie, zapatrzeni bezkrytycznie w swoich idoli, uświadomili sobie, że ci idole to także ludzie, ze swoimi zaletami i wadami. Z różnych środowisk, z różnym wykształceniem, różnie reagujący na sukces, na władzę i pieniądze, które niespodziewanie trafiają do ich rąk. To, że ktoś na ekranie epatuje błękitnymi oczkami i kręci realistyczne filmy o tematyce katolickiej, nie przeszkadza temu, że w domu bije swoją młodą żonę i grozi jej śmiercią w napadzie szału. To zaś, co pokazuje na ekranie, prawie nigdy nie odpowiada prawdzie (na takie złudzenia polecam serdecznie seans filmu Paula Verhoevena Showgirls, tam jedna pani miała okazję spotkać się oko w oko ze swoim idolem. I całą jego ekipą). Ci ludzie żyją z tego, że udają, i wiara w to, że ich kreacje są ich prawdziwymi twarzami, może być niebezpieczna.
Po drugie, dobrze by było, żeby obudziły się trochę kobiety. Nie tylko te, które za punkt dziwacznie pojmowanego honoru przyjmują sobie odsłonięcie na czerwonym dywanie absolutnie wszystkiego, ale też i te, które takie postawy popierają i podziwiają. Nie widziałam jeszcze, i mam nadzieję, że nie zobaczę, mężczyzny, który na rozdaniu nagród filmowych czy innym tego typu wydarzeniu wystąpił w przejrzystej siateczce, z dumą prezentując ledwo pod nią schowane klejnoty rodowe. Kobiety natomiast pokazują wszystko aż do szczegółów anatomicznych, wystawiając się publice jak szynka w przecenie w gazetce marketowej.
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że co prawda fotka nie stanowi oferty w rozumieniu kodeksu handlowego, ale to tylko kwestia ceny. W komentarzach pod zdjęciami zaś głosy pełne podziwu dla ich odwagi i urody. Naprawdę, miłe panie, tylko tyle macie szacunku do samych siebie? Tylko tyle rozumu?…
I rzecz ostatnia – chciałabym, żeby kino zrozumiało, że epatowanie golizną i przeprowadzanymi od A do Z scenami seksu jest w 85% przypadków niepotrzebne, a często-gęsto nawet niesmaczne. Jakoś nie widziałam i do dziś nie widzę sensu w scenie z takiej Gry o tron, gdzie przez 20 minut prostytutki uczą się wśród wystudiowanych jęków tajników zawodu. Moim zdaniem, jeśli coś trzeba sprzedać dupą, to jest to zwyczajnie bez wartości. Niestety realia są, jakie są, i cycek (zwłaszcza kształtny) sprzedaje się dobrze.
Skoro uniknąć się tego nie da, to może rzeczywiście zajęcia ze scen rozbieranych na warsztatach aktorskich (takie właśnie prowadził wspomniany już James Franco) są potrzebne. Niech młodzi, którzy na nie uczęszczają, wiedzą, czego się spodziewać w swoim zawodzie i niech wykonują go potem tym lepiej. Ale niech to będzie konsekwentne – skoro się na te zajęcia i na ten zawód decydują, niech potem nie narzekają w telewizjach śniadaniowych, że budzi to ich dyskomfort, bo tylko się ośmieszają.
Nigdy nie posunęłabym się do tego, żeby usprawiedliwiać czy tłumaczyć jakiekolwiek zachowanie, które naruszyło czyjąś godność albo zostało posunięte jeszcze dalej. Zachowania niewłaściwe należy piętnować, czyny zabronione karać. Uczmy nasze dzieci, że „nie” zawsze znaczy „nie”. Że jeśli coś im nie odpowiada, to niezależnie od tego, czy to potężny szef, czy równolatek z podwórka, mają prawo głośno zaprotestować, szukać pomocy, odejść. Albo przynajmniej rozważyć wszystkie „za” i „przeciw”, zanim podejmą jakąś decyzję – i niech to będzie ich decyzja.
Przy tym wszystkim jednak nie zapominajmy o zdrowym rozsądku. Korzystajmy z wiedzy i doświadczeń swoich i innych, podejmujmy próbę oddzielenia faktów od posunięć typowo marketingowych. Pamiętajmy, że każde działanie niesie ze sobą określone konsekwencje. I to od nas zależy, co z tym zrobimy.
korekta: Kornelia Farynowska
