Felietony

O jakich filmach mówię, kiedy mówię o bieganiu

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Kilka tygodni temu postanowiłem udać się na krótką przebieżkę po sąsiadującym z moim rodzinnym domem lesie. Kiedyś, jeszcze w czasach szkolnych, taka forma aktywności fizycznej była dla mnie niemalże codziennością – pokonanie pięciu kilometrów w okolicach dwudziestu paru minut nie stanowiło żadnego problemu. Tym razem absolutnie wysiadłem po przebiegnięciu zaledwie dwóch tysięcy metrów. Czułem się zupełnie jak BoJack Horseman w ostatnim odcinku drugiego sezonu. Wypluwając płuca, położyłem się na trawniku przed domem pewien, że już za chwilę, w wieku zaledwie dwudziestu lat, zejdę na zawał serca. Myślałem wtedy, podobnie jak bohater mojego ulubionego serialu, że nigdy więcej, że bieganie to jednak nie jest sport dla mnie. Wypadłem z wprawy i lepiej się z tym pogodzić niż skazywać własny organizm na tak okropne, nieludzkie katusze, przy których mityczne męki Tantala wydają się pestką.

O dziwo, pomimo wrodzonej niekonsekwencji nie dałem za wygraną. Postanowiłem się jakoś zmotywować, podnieść podupadłe po feralnym incydencie morale. Jak tego jednak dokonać? Na przykład poprzez oglądanie wartościowych filmów, w których bieganie odgrywa kluczową rolę. Momentalnie odkryłem, że jest to dla mnie sposób doskonały.

O jakich więc filmach mówię, kiedy mówię o bieganiu?

Warto, rzecz jasna, nie ograniczać się jedynie do pierwszych kilku minut Rydwanów ognia.

Po pierwsze – Rydwany ognia. Niby banał, tzw. oczywista oczywistość. Prawda jest jednak taka, że nic nie daje tak pozytywnego kopa przed treningiem jak powtórzenie sobie po raz setny pierwszych trzech minut filmu Hugh Hudsona. Plaża, grupa brytyjskich olimpijczyków oraz cudowna, nagrodzona Oscarem muzyka skomponowana przez Vangelisa Papathanassíou. Warto, rzecz jasna, nie ograniczać się jedynie do pierwszych kilku minut Rydwanów ognia. Film Hudsona pełen jest przecież znakomitych, głęboko zapadających w pamięć momentów (ściganie się z czasem na uniwersytecie, szaleńcza pogoń wypchniętego poza tor Liddella, bieg przez płotki z kieliszkami szampana albo cała, zrealizowana przy zastosowaniu montażu równoległego, sekwencja treningu dwóch wielkich rywali).

Co ważne, bohaterowie Rydwanów ognia biegają z dwóch diametralnie różnych powodów. Harold Abrahams uprawia sport, aby odnosić kolejne zwycięstwa. Podczas rozmowy ze swoją partnerką wypowiada znamienne słowa: „Nie biegam, aby przegrywać! Biegam, aby zwyciężać. Jeśli nie mogę wygrywać, to nie będę biegał”. Eric Liddell natomiast trenuje ku chwale Boga. Poprzez sukcesy sportowe propaguje swoją wiarę, wygłaszając przy okazji zawodów mowy o charakterze stricte religijnym.

Zupełnie inne podejście do biegania prezentuje Colin Smith – główny bohater Samotności długodystansowca. Dla chłopaka przebywającego w poprawczaku treningi stanowią namiastkę utraconej wolności. Colin wybiega wówczas poza teren zakładu, gdzie na kilka chwil realnie staje się panem swego losu. Władze ośrodka pozwalają mu na to ze względu na zbliżające się wielkie zawody, w których młody Smith ma udowodnić wyższość lokalnego poprawczaka nad konkurencyjną placówką. Jak się jednak wkrótce okazuje, bohater ma inne plany. Pomimo swojej niezaprzeczalnej dominacji zatrzymuje się tuż przed metą, pozwalając zwyciężyć rywalom z innej szkoły. Tym samym buntuje się w sposób ostateczny przeciwko swoim oprawcom, zadaje im najboleśniejszy z możliwych ciosów z pełną świadomością ceny, jaką przyjdzie mu za ten niebywały akt odwagi zapłacić.

Odwagą popisała się również trójka śmiałków z dokumentu Jamesa Molla pt. Pokonać Saharę. Charlie Engle, Kevin Lin oraz Ray Zahab postanowili rzucić wyzwanie tytułowej pustyni. Przedsięwzięli ekspedycję, której nadrzędnym celem było przebiegnięcie Sahary na wskroś – oznaczało to pokonanie ponad siedmiu tysięcy kilometrów. Podczas swojej wyprawy znaleźli się na terenie aż sześciu państw (Senegalu, Mauretanii, Mali, Nigru, Libii oraz Egiptu), a łączna trasa ich biegu złożyła się na równowartość mniej więcej stu siedemdziesięciu maratonów. Dokonali tego w zaledwie 111 dni.

„Po prostu miałem ochotę pobiegać”

Żeby zmotywować się do uprawiania sportu, nie trzeba oczywiście od razu rzucać sobie tak niesamowitych, pozornie niewykonalnych, wyzwań jak panowie z dokumentu Molla. Ba, można sobie przecież nie narzucać absolutnie niczego. Biegać dla samego biegania – tak jak Forrest Gump, który pewnego dnia bez konkretnego powodu wybrał się na krótką przebieżkę. Pytany przez natrętnych dziennikarzy po którymś już z kolei przebiegnięciu Ameryki, dlaczego to robi – może w ramach protestu przeciwko wojnie albo gwałtownym zmianom klimatycznym? – poczciwy protagonista arcydzieła Roberta Zemeckisa odpowiadał beznamiętnym głosem: „Po prostu miałem ochotę pobiegać”. Warto więc może wziąć przykład z sympatycznego Forresta, sprawić sobie dla zachęty czerwoną czapeczkę z daszkiem oraz białe tenisówki, a następnie, wzorem bohatera, po prostu wyjść z domu i ruszyć przed siebie?

Pamiętać trzeba przy tym wszak o jednej, szalenie istotnej kwestii, którą pięknie ubrał w słowa pawian-biegacz z BoJacka Horsemana: „Każdego dnia będzie trochę łatwiej. Musisz to jednak robić codziennie – to jest trudna część. Ale potem będzie łatwiej”. I uwierzcie mi, pawian nie rzucał słów na wiatr – z czasem naprawdę robi się łatwiej.

Ostatnio dodane