Felietony

IMPERIUM KONTRATAKUJE. 40 lat od premiery NAJLEPSZEJ części STAR WARS

To baśń, pełna dobra, zła i wszechobecnej poetyczności. Do zlewu wylewamy te artystyczne popłuczyny. Mówi się, że nie ma tu miejsca na egzystencjalne pobudki. A może właśnie jest?

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Czterdzieści lat od premiery drugiej z kolei części marki Star Wars. Czterdzieści lat! A ile się od tego czasu zmieniło, jak inaczej zapatrujemy się na kino science fiction, w jaki sposób staramy się eksploatować jego kolejne płaszczyzny, czerpać z nowych wzorców. Próbujemy, kręcimy, z lepszym lub gorszym skutkiem; na ekranach widzimy zarówno perełki, jak i swoiste finansowe klapy. Jest kino bawiące się konwencją, jak również to poważne, czerpiące ze schematów wyznaczanych choćby przez Franka Herberta czy samego Stanisława Lema. Życie toczy się dalej, produkcja filmowa nie zamierza (i nie chce) zwolnić, a uniwersum George’a Lucasa wciąż ma się dobrze. Wychodzą seriale, animacje, książki, sam świat przedstawiony wykracza poza jakiekolwiek granice, które przedstawiały nam pierwsze produkcje. Twórcy kreatywni stają na głowie, by móc zwycięsko skonfrontować się z oczekiwaniami niewdzięcznych fanów, natomiast najwięksi pasjonaci do dzisiaj potrafią posługiwać się obrzydliwie nieokrzesanym słownictwem. A przecież piąta część opierała się na wykraczaniu poza horyzonty samego widza, stawianiu na minimalizm w tym niebotycznym uniwersum, powielaniu tej rycerskiej bajkowości, jak i na zgrabnych fabularnych zagrywkach. I to działało! Pierwiastek oryginalności raz na zawsze przypieczętował sukces Gwiezdnych Wojen.

Pisząc ten tekst, założenia zamierzam oprzeć na wywołującym oburzenie cytacie (jak zwykle – niezwykle oryginalnym) samego Zygmunta Kałużynśkiego, człowieka, który na zmianę kochał i nienawidził gatunek science fiction. O piątej części (chociaż oryginalną trylogię doceniał, polecał!) wypowiadał się w całkiem prześmiewczy i, mam wrażenie, nieco niesprawiedliwy sposób, dlatego sprawdźmy, czy w ogóle możemy spróbować wejść w polemikę z jego podejściem do samej galaktycznej produkcji, ale i spróbować rozbudować jej eksplikację filmowej treści. „Dla mnie najbardziej udanym odcinkiem Gwiezdnych wojen było Imperium kontratakuje, ale i tam, gdy Luke Skywalker walczy na neonowe miecze z Darthem Vaderem, który nie wiadomo dlaczego ma płaszcz do samej ziemi, a łeb uwięziony w czarnej masce (po części hełmie hitlerowskim, a po części urządzeniu elektronicznym), i ten ostatni nagle mu oświadcza: «Ty jesteś moim synem», zacząłem się dusić ze śmiechu i to mi zepsuło cały pogląd na cykl”; to całkiem krótki, aczkolwiek obfity w przemyślenia cytat, który pokazuje (z góry) założone podejście recenzenta. Bo choć udane, to i tak pachnie tandetą, tym przeszywającym nas kiczem. Więc jak pachnie, to czy może być udane? Czy kwestia jednej sceny może wpłynąć na odbiór całego filmu?

Kałużyński z natury miał zwyczaj zbyt przesadnego doszukiwania się (lub narzekania na brak) czynników urzeczywistniających dany film, pozwalających mu uzyskać aurę autentyczności; dość częsty zarzut stawiany przez krytyka i w polskim kinie, podkreślam – nieopierającym się na galaktycznych zawirowaniach. Pan Zygmunt Kałużyński, wspominając o neonowych mieczach (zręcznie wymijając nazwę własną przedmiotu), zadaje pytania, o co z tym wszystkim chodzi. Skąd ten wzorzec wyglądu samego antagonisty, dlaczego „płaszcz do samej ziemi”, czemu ten „łeb” jest „uwięziony w czarnej masce”. Żąda wielu odpowiedzi na pytania, na które w tamtym okresie (przed powstaniem tych wszystkim produktów tłumaczących każdy z elementów całego uniwersum) nie było żadnej odpowiedzi. Żadnej! Dla widza liczyła się estetyka, wydźwięk tego, jak całe inscenizowane mise en scène prezentuje się na ekranie. Sposobem Lucasa było stworzenie czegoś, czego nie mieliśmy okazji zobaczyć wcześniej. Stworzył bazę dla własnej biblii, księgi poszerzanej dzisiaj przez rzeszę mesjaszy. Czy to coś złego? Magia tego świata opiera się na założeniu, że jeśli coś jest w danej formie, to jest i musi takowe pozostać. Zostaje na tym miejscu.

Liczy się prostota, pomysł, w tym wypadku i oryginalność. Nie kwestionujemy tego, a odczuwamy. Bo tak działa świat, takie jest jego założenie, założenie samego autora, twórcy. Coś jak religia – możemy z niej korzystać albo doszukiwać się wszelakich nieścisłości, braku teorii tłumaczących wszelkie „scenariuszowe zagrywki”. A przecież, notabene, same Gwiezdne Wojny stały się swoistą religią; miliony hołdują im przy każdej nowej premierze, a fani do dzisiaj kultywują pamięć o wszystkim, co z nimi związane – poprzez memy, dyskusje i zastanawianie się, co by było gdyby – to oni nakręcili najnowszą trylogię. Funkcjonuje to tak inwazyjnie jak jedna z religii, pochłania człowieka, nakazuje mu żyć treścią wynikającą z utworu. Kosmiczna maskarada? Zapewne tak, nie do końca pożyteczna, niezbyt praktyczna, raczej nie pomoże odnaleźć pytania o sens życia. Ale to taka doza radości, że pozwoli przetrwać. Uwierzyć w coś, poczuć, może i zakochać się. Jak widać, nie różni się to zbytnio od pierwszego lepszego wyznania. Każde z wymienionych w teorii bazuje na wdzięcznym uczuciu i okrzesaniu odbiorcy. Podobno w pozytywny sposób – a to już coś, wartość dodatnia.

Ostatnio dodane