Felietony

Dlaczego MORTAL KOMBAT to nadal najlepsza adaptacja gry wideo

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Kiedy na początku lat 90. uczęszczałem do szkoły, w trakcie lekcji miałem tylko dwa pragnienia. Żeby najładniejsza dziewczyna w klasie w końcu się do mnie uśmiechnęła oraz żeby w końcu zabrzmiał dzwonek kończący lekcję. W przypadku tego drugiego często wiązało się to z odwiedzinami pobliskiego salonu gier. Jeśli w kieszeni miało się jakieś wolne kilkadziesiąt groszy, można było je spożytkować na granie na automatach, dając sobie w ten sposób przyzwolenie na odlot w świat odrealniony. Ten poznany w Mortal Kombat całkowicie mnie pochłonął.

Fascynacja grą studia Midway wynikała z pobudek dość prozaicznych, jednak niezwykle efektywnych. Była odpowiedzią na postępującą modę na kino wschodnich sztuk walki, którym za dzieciaka niemal każdy zdołał się zachłysnąć. Ta potrzeba ujarzmienia w sobie żywiołu walki i nadania mu kształtu została zresztą we mnie do dzisiaj. Do tego dochodził fantastyczny świat, lokacje walk oraz cała ta szeroka mitologia, historia konfliktów postaci, ich różnorodność i charakterystyka. Ta paleta przeróżnych kolorowych masek dostarczała możliwości wcielenia się w pionka, który najlepiej odpowiadał naszym – najczęściej głęboko skrywanym – cechom charakteru.

Skrywanym, bo – jak by nie patrzeć – Mortal Kombat była i jest grą opowiadającą o zakazanym owocu. Wojownicy tylko symbolicznie dzielą się na dobrych i złych w duchu typowej opowieści fantasy. Tak naprawdę wszyscy stoją po tej mrocznej stronie barykady, gdyż podpisali pakt z samym diabłem na udział w turnieju naznaczonym niezwykłą brutalnością. Ta stała się znakiem rozpoznawczym serii oraz podstawowym powodem, dla którego za dzieciaka wprost nie dało się od Mortal Kombat oderwać wzroku. Ze swadą pokazywała bowiem to, co wywodziło się z najgłębszych koszmarów, wynosząc to do niemalże absurdalnej, groteskowej formuły. Efektowne zakończenia pojedynków, zwane Fatality, były tak nasiąknięte złem, że niemalże to zło fetyszyzowały. Granie dało się wówczas przyrównać do przeglądania magazynu dla dorosłych pełnego zakazanych dla oczu dziecka obrazów.

Na wieść o tym, że na podstawie Mortal Kombat stworzony zostanie film, zareagowałem więc z entuzjazmem. Mija od tego momentu już 25 lat, więc warto zastanowić się raz jeszcze, na ile udało się język gry przełożyć na filmowy. Tak wtedy, jak i dziś jestem zdania, że Paul W.S. Anderson wykonał świetną robotę. Z okazji jubileuszu powtórzyłem sobie film i nadal czułem jego specyficzną energię. Dopiero jednak teraz da się sformułować tezę, która jeszcze wtedy nie była tak oczywista – że film z 1995 wciąż okazuje się być najlepszą adaptacją gry wideo. Historia tego rodzaju prób jest bowiem długa, acz niekoniecznie chwalebna. Choć dysponuje dowodami, że istnieje co najmniej kilka udanych adaptacji gier komputerowych, które każdy bez obaw o swoje oczy może obejrzeć, to jednak nadal w powszechnym mniemaniu pokutuje przeświadczenie, że gry na film po prostu przełożyć się nie da.

Otóż da się, ale trzeba to zrobić z głową. Kino to obraz z dystansu, gra to interakcja, więc podstawowym zadaniem filmowca jest znalezienie wspólnych mianowników. Paul W.S. Anderson upodobał sobie stylistykę gier, gdyż po Mortal Kombat przyszło mu także dać życie słynnej już serii horrorów akcji pt. Resident Evil, także (acz bardzo luźno) bazujących na grach. Nikomu nie mam zamiaru udowadniać, że facet jest jakimś mistrzem w tej dziedzinie, ale jednego Andersonowi odmówić nie potrafię. Zrozumiał on, że nie wypada się ścigać z oryginałem. Dobra adaptacja gry to taka, która uzupełnia kult pierwowzoru, wchodzi w nim w polemikę, dostarcza fanom grę w żywej postaci i nieustannie puszcza do nich oko – rzecz jasna przy zachowaniu dobrego smaku. To się w Mortal Kombat niewątpliwie udało.

Ale nie tylko to. Po prawdzie jestem w stanie podać trzy, nawet cztery powody, dla których uważam Mortal Kombat za udaną próbę przełożenia gry na wielki ekran. Po pierwsze, wydaje mi się dalece trafne, na jakim schemacie fabularnym oparty został scenariusz filmu. Twórcy poszli po linii najmniejszego oporu, garściami czerpiąc z Wejścia smoka, a całą resztę uzupełniając motywem podróży bohatera i pokonywana wewnętrznych strachów. Dzięki temu umieszczeni zostaliśmy w samym środku uniwersalnego w wydźwięku pojedynku dobra ze złem. Czytelnie, przystępnie i prosto, acz nie prostacko – to ważne. Charyzmatyczni, trafnie obsadzeni aktorzy (Christopher Lambert!) poczuli się tu jak ryba w wodzie.

Wyróżnikiem filmu są też brawurowe sceny akcji. Mimo iż po latach widać iż pewne ciosy „nie dochodzą”, przez co wiele scen wygląda jak żywo wyjętych z planu filmu Johnny’ego Cage’a, to jednak zostały one na tyle sprawnie zainscenizowane, że po prostu chce się je oglądać i chce się na nie czekać, gdyż stanowią tego filmu swoisty puls. Dość powiedzieć, że cały środkowy akt opiera się na pojedynkach, ale tempo akcji zostało na tyle dobrze wyważone, że ani przez moment nie czuć niezdrowego przesytu. Bardzo ważne w przypadku tych scen jest to, że oddają one dokładnie to, czym jest gra. Mortal Kombat to bijatyka, więc w filmie nie mogło zabraknąć efektownych pojedynków – to proste, acz zabójczo skuteczne. Można powiedzieć, że sukces filmu polega więc na tym, że nie konkuruje z grą, a jest jej filmową wersją, gdzie widz po drabince przeciwników zmierza aż do głównego bossa.

Kluczowe jest wedle mnie to, że Mortal Kombat ukute zostało na niedopowiedzeniach.

Z dosłownością jednak nie przesadzono. Kluczowe jest wedle mnie to, że Mortal Kombat ukute zostało na niedopowiedzeniach. Niedopowiedzeniach także względem oryginału. Twórcy nie starali się pokazać całej przebogatej palety postaci. Bo i po co? Wybrali kilka istotnych, każdej dali pole do popisu w co najmniej jednej efektownej scenie. Innym postaciom musiały wystarczyć nawiązania (na przykład Kung Lao jest tu jedynie wspomniany). Twórcy historii postanowili także nie przesadzać ze zgłębianiem mitologii, bo to także mogłoby być dla przeciętnego widza nadto przytłaczające i niezrozumiałe. Te wszystkie zależności i historie konfliktów dla głównej osi fabuły były po prostu nieistotne. Wystarczyło fabułę jedynie oprzeć na zasadach znanego z gry świata, by resztę uzupełniła magia kina.

Podczas seansu dobrze pracuje zatem nasza wyobraźnia. Smaczki znane z rozgrywki, jak firmowe uderzenia danej postaci czy efektowne kończenie pojedynków, są sygnałem, że twórcy pilnie odrobili pracę domową. Zaskakująco dobrze wypadło także złagodzenie tonacji, które umożliwiło sprzedanie filmu dla przedziału wiekowego PG-13. Udało się bowiem coś, wydawać by się mogło, niemożliwego – niezwykle brutalna gra w swej filmowej postaci nie pokazuje ani grama krwi. Oczywiście w  niczym by nie zaszkodziło, gdyby widz miał okazję zasmakować trochę mięsa, ale jeśli mam być szczery, tyle razy, ile widziałem filmowe Mortal Kombat, nigdy nie zwróciłem uwagi na braki w tym względzie. Sztuka iluzji zadziałała zatem pierwszorzędnie.

Nieskomplikowana fabuła, mocne sceny akcji, smaczki, niedopowiedzenia – czegoś zabrakło? Nie sposób nie wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Zawsze byłem zwolennikiem twierdzenia, że co jak co, ale dobrze dobrana muzyka jest w stanie załatwić porządny kawał klimatu historii, z którą obcujemy. Mortal Kombat jest grą niezwykle dynamiczną, żywiołową, niedającą miejsca na wytchnienie. To, że możemy w ten sam sposób postrzegać jej filmową adaptację, zawdzięczamy kultowym kawałkom grupy The Immortals, które wespół ze scenami akcji do dziś wywołują u mnie ciarki na plecach. Czuć w tym i w całej reszcie po prostu dużo pozytywnej mocy, która działa trochę jak wehikuł czasu – przenosi do wciąż żyjącej w nas popkultury lat 90.

Choć wiem, że w planach jest remake, to wydaje się być więcej niż pewne, że kultowego statusu produkcji z 1995 roku nic nie już ruszy. Ciekawi mnie jednak, jak wy, drodzy czytelnicy, wspominacie ten film. Czekam na komentarze.

Ostatnio dodane