search
REKLAMA
Felietony

Dlaczego NOMADLAND nie zasłużył na OSCARA

Jakub Piwoński

26 kwietnia 2021

REKLAMA

Stało się to, co wszyscy przewidywali. Podczas 93. ceremonii wręczenia Oscarów statuetka w najważniejszej kategorii została przyznana filmowi Nomadland. Zadowolona jest także reżyserka, Chloé Zhao, która również zakończyła wieczór ze złotym rycerzem na koncie. Obeszło się zatem bez niespodzianek. A ja zastanawiam, czy kiedykolwiek wcześniej Oscar powędrował do filmu, który tak bardzo by na niego NIE zasługiwał.

Oczywiście, że historia Oscarów zna sytuacje, gdy wygrywały filmy przeciętne. Takim przykładem może być chociażby casus Zwyczajnych ludzi w reżyserii Roberta Redforda, filmu z 1980 roku, który jest tak bardzo zwyczajny, że już bardziej się nie da. Mamy w tym roku do czynienia z kolejnym przypadkiem bezpłciowego, niemrawego filmu, który wygrał tylko i wyłącznie dlatego, że był w porównaniu do konkurentów najmniej kontrowersyjny, najbardziej bezpieczny. Jakbyśmy dobrnęli do momentu w kinematografii, w którym zero staje się lepsze od jedynki, w którym nagradzamy za brak pazura, za brak kolorytu, za brak energii, ponieważ dzięki temu nie wywołujemy w widzu niepotrzebnych emocji.

Nomadland
Nuda. Nic się nie dzieje.

Mniej więcej takie były moje odczucia po seansie Nomadland. Potwornie mnie ten film zmęczył, a jeszcze bardziej rozczarował. Przed obejrzeniem filmu Chloé Zhao miałem nadzieję, że dostanę coś artystycznie wysmakowanego, z klimatem wędrówki, ciekawymi postaciami, coś hołdującego minimalizmowi i przede wszystkim podążającego za historią, która wciąga. Nic z tych rzeczy nie miało w rezultacie miejsca. Nomadland nie ustrzegł się oczywistych porównań do Wszystko za życie Seana Penna, z racji podejmowania tematyki życia koczowniczego, ale to porównanie dość znacząco przegrywa. Idea stojąca u podstaw tych filmów, czyli czerpania radości z życia takim, jakie ono jest, wyzbycie się potrzeb materialnych oraz powrót do natury, do naszej pierwociny, jest mi jak najbardziej bliska. Być może dlatego właśnie jestem tak bardzo krytyczny co do wizji Chloé Zhao, wizji, co chciałbym podkreślić, wyjątkowo pustej, bardzo umiejętnie przy tym kamuflującej fakt, iż została zaprojektowana pod gusta festiwalowe.

To już? – zapytałem sam siebie w momencie, gdy zobaczyłem napisy końcowe Nomadland. Przez cały seans czekałem bowiem na jakiś przełom, na moment, który w końcu pozwoli mi zainteresować się historią Fern. Film Zhao jest jednak od początku do końca bezczelnie nudny. Nie ma w sobie absolutnie niczego ekscytującego, niczego, co zachęciłoby do walki ze swymi opadającymi ze zmęczenia powiekami. Ta snująca się i trzymana w ręku kamera, przeplatająca piękno krajobrazów Ameryki z codzienną toaletą bohaterki oraz innymi jej perypetiami, tworzy wizję głęboką chyba tylko dla tych, którzy głębi szukają w rurze wydechowej vana. Nie pomaga zblazowana Frances McDormand, która zachowuje się tak, jakby dopiero co opuściła plan Trzech billboardów za Ebbing, Missouri. Od aktorki tej klasy oczekiwałem nieco więcej kreatywności w interpretowaniu nowej postaci. Najwyraźniej jednak Akademii to déjà vu nie przeszkodziło w nagrodzeniu McDormand ponownie Oscarem. Sytuacja analogiczna jak z Christophem Waltzem, który, jak pamiętamy, Oscara za zagranie Hansa Landy otrzymał dwa razy.

Istnieją tylko dwa powody, w obliczu których Nomadland otrzymał Oscara i w żaden sposób nie wiążą się one z jakością filmu. Po pierwsze, Chloé Zhao ma teraz swoje pięć minut, media ją lansują z racji tego, że jest utalentowaną reżyserką wywodzącą się z Chin, więc mamy tu kombo – nie dość, że kobieta (a mówią, że płeć nie gra roli), to jeszcze z kraju, do którego warto się dziś mizdrzyć. A po drugie, i mam wrażenie ważniejsze, tematyka Nomadland bardzo dobrze wpisuje się w ducha czasu. Pandemia koronawirusa dała nam mocno w kość, wiele osób nie tylko utraciło zdrowie, ale także swoje majątki, kończąc w rezultacie na bruku. Nomadland to zatem idealna bajka na postcovidową rzeczywistość, ponieważ formuje przekaz, wedle którego bez względu na to, jak bardzo będzie w życiu źle, zawsze można się do niego uśmiechnąć. Gdziekolwiek jesteś, jakkolwiek żyjesz, swój dom masz trzymać w sercu. Serio?

Nie wiem jak was, ale mnie taki wydźwięk obraża. To znaczy, nie obraża mnie to, że ktoś mówi mi, że właśnie w naturze mogę odnaleźć swój wewnętrzny spokój, bo to akurat prawda. Filozofia Jana Jakuba Rousseau jest mi bardzo bliska. Obraża mnie to, że w takich, a nie innych okolicznościach, jakie widzimy za oknem, nagradzany jest film, który popularyzując życiowy minimalizm, daje mi skrycie do zrozumienia, że ja się kryzysem nie powinienem przejmować, bo przecież ważne, że mam dach nad głową i co do gara wrzucić. Jakby ktoś próbował zatuszować fakt, że to nie koronawirus jest tu w rezultacie powodem naszych trosk, ale przede wszystkim to, że państwo (nasz dom) nie było na jego nadejście przygotowane. No ale przecież problemu nie ma, zamknięcie knajpy lub siłowni na skutek rosnącego zadłużenia wypada uznać za zwykły etap w życiu, analogiczny do tego, który przeżywa Fran. Jeśli ona sobie poradziła, to inni też to zrobią. Chyba.

Nomadland
Spokojnie, nie spiesz się, i tak wygramy.

I tym razem Oscary okazały się politycznie poprawne. Nomadland to idealna klamra zamykająca ubiegły, beznadziejny rok. Pogrążeni w pandemicznym marazmie, zalęknieni o to, co przyniesie jutro, co rusz dowiadywaliśmy się o przesuwaniu kolejnych filmowych premier. Przy każdym takim przesunięciu symbolicznie oddalała się od nas nadzieja na to, że w 2020 roku będzie się jeszcze z czego cieszyć. Ale na zamkniętych festiwalach wyodrębniło się kilka interesujących tytułów, resztę dołożył streaming, więc nagrody postanowiono rozdać. Cieszę się chyba tylko z tego, że statuetka rycerza trafiła do Anthony’ego Hopkinsa, za wybitną kreację w wybitnym Ojcu – niedocenianym filmie tej stawki. Należała mu się. Mam jednak wrażenie, że jest to bodaj jedyny błysk prawdy w tym zestawieniu.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA