search
REKLAMA
Felietony

Dlaczego finał WIKINGÓW jest gorszy od finału serialu GRA O TRON

Jakub Piwoński

9 kwietnia 2021

REKLAMA

Ten tekst miał mieć zupełnie inny charakter. Jakoś na etapie obcowania z pierwszą częścią szóstego sezonu Wikingów naszła mnie nostalgia. Zacząłem autentycznie martwić się, że ta saga po tylu latach dobiega końca. Zbratałem się z tymi wojownikami, bliski stał mi się ich ból oraz emocje wynikające z kolejnych wypraw, bitew i konfliktów. Dlatego chciałem rozpisać pean ku czci serialu, którym przez lata żyłem. Po seansie drugiej części sezonu szóstego doszedłem jednak do wniosku, że jedyne, co szczerzę mogę wyrazić w kierunku Wikingów, to rozczarowanie.

(uwaga, tekst zdradza elementy fabuły seriali)

Choć od dziecka lubiłem historię, żaden ze mnie historyk. Nie zatem o śledzenie merytorycznych ścisłości lub o wyłapywanie niezgodności chodziło mi podczas seansu Wikingów. Dla mnie najważniejsi byli bohaterowie. Wikingowie w popkulturze funkcjonują od lat, ale dopiero od niedawna da się zauważyć, że zapanowała na nich moda. Mam wrażenie, że jest to związane ze znakiem czasów – ci wojownicy bowiem, ich siła i wynikająca z niej bezwzględność, stają przecież w wyraźnej kontrze do budowanego współcześnie wizerunku mężczyzny, który prócz kontrolowanej agresji ma potrafić odnaleźć w sobie także wrażliwość, w imię lepszych relacji z kobietami. Być może jest zatem tak, że ta zwierzęca, pierwotna wręcz dzikość wikingów jest niczym innym jak metaforą naszego atawistycznego wnętrza, odpowiednio dobrze stłumionego wygodnym i bezpiecznym kostiumem kulturowym. Dziwić nie może popularność serialu Michaela Hirsta, jak już powiedziałem, nie tyle istotnego z punktu widzenia historycznego, co właśnie kulturoznawczego. Wikingowie to trochę takie symbole upadłego etosu męskości, opartego na sile fizycznej i chęci dominacji, kompletnie nieprzystającego do zróżnicowanego świata, jaki dziś znamy. I to właśnie, te echo przebrzmiałej, acz wciąż żywej męskości, paradoksalnie najbardziej przyciągało do serialu.

Wikingowie – męskość zamierzchła

Wróćmy jednak do konkretów. Jeśli komukolwiek miałbym polecać widowisko kręcone w latach 2013–2020, musiałbym go uprzedzić, że jest to serial wyjątkowo nierówny, przebiegający niczym sinusoida od jakościowych szczytów po dołki. Ten tekst traktuje właśnie o tym, jak głęboki wilczy dół wykopano dla samej widowni na samym końcu tej drugiej przygody. Jej początek na to jednak nie wskazywał. Gdy na pierwszym planie przebywał Travis Fimmel, charyzmy na ekranie nigdy nie brakowało. Niestety, serial musiał zmierzyć się z kryzysem, gdy w czwartym sezonie czołowa postać musiała odsunąć się w cień. Przyznam szczerze, że wówczas nie wyobrażałem sobie, by produkcja dalej mogła być kontynuowana. Prawdopodobnie właśnie wtedy Wikingowie po praz pierwszy „przeskoczyli rekina” i stracili wielu ze swoich fanów. Ja zostałem i długo wydawało mi się, że było warto. Świta scenarzystów zarządzana przez Michaela Hirsta znalazła nowy sposób na poprowadzenie tej historii. Z sagi Ragnara Lothbroka zrobiła się saga opowiadająca o losach jego synów. Wraz z upływem kolejnych odcinków sezonu piątego zacząłem utwierdzać się w przekonaniu, że temat posiada wciąż wielki potencjał z racji wyraźnych różnic między braćmi i wynikających z tego tarć. Zasadne było formułować w głowie jedno pytanie – kto zgarnie najwyższe laury w tej grze? Kto okaże się zwycięzcą? Bo przecież o to w tym wszystkim chodziło, o to chodziło bohaterom – o udowodnienie, że jestem godzien nosić nazwisko po ojcu.

Zawarte w tytule tego felietonu porównanie nasunęło mi się nieprzypadkowo. Grę o tron i Wikingów łączy epickość. Seriale te trwały przez lata, wikłając bohaterów w skomplikowanej spirali relacji, polityki, konfliktów i sojuszy, prowadząc do nieuniknionego finału, w którym mogło i powinno wydarzyć się dosłownie wszystko. Wiele było głosów oburzenia po premierze ostatnich odcinków sezonu ósmego Gry o tron. Przede wszystkim krytykowano to, że coś, na co czekało się przez lata i w stosunku do czego rosły oczekiwania, zostało rozwiązane skrótowo, jakoby naprędce. Kluczowe dla tej historii wątki skończyły się po prostu na tyle szybko i nagle, że fani kompletnie w te rozwiązania nie uwierzyli. Trzeba przyznać, że nie do tego przyzwyczaiła nas powolna narracja serialu, pozwalająca rozwijać się poszczególnym historiom i postaciom w zgodzie z ich potencjałem. Okej, przyznaję, sezon ósmy nie był najlepszym sezonem serialu, pewne rzeczy dało się napisać i pokazać lepiej, ale nawet po latach dalej podtrzymuję, że ten cały hejt, który wylał się wówczas w internecie, był zjawiskiem znacząco wyolbrzymionym. Dlaczego? Bo pomimo kilku wad Gra o tron do samego końca posiadała dwa elementy, które przez całe osiem sezonów stanowiły o jej sile – element zaskoczenia oraz angażujących w swój los bohaterów. I taką ją będę wspominać.

Plejada postaci – atut Gry o tron, wada ostatniego sezonu Wikingów

Miała Gra o tron dokładnie to, czego Wikingom na ostatniej prostej zabrakło. Już po kilku odcinkach drugiej części sezonu szóstego, a dokładniej po odpowiednio wielkim pożegnaniu Björna wiedziałem, że cokolwiek na ekranie się będzie działo, nie będzie mnie to w stanie trwale zainteresować. Serial wówczas stracił bowiem ostatniego wojownika, za którym chciało się podążać i któremu chciało się kibicować. Polubiłem też Ubbego, ale jego wątek, choć istotny dla fabuły, bo realizujący marzenie Ragnara o odkryciu Nowego Świata, wydał mi się funkcjonować jakoby obok głównej historii. Ta bowiem wciąż koncentrowała się na postaci kalekiego Ivara i całego bałaganu, jaki narobił swoimi poczynaniami. Moment powrotu z Rusi i ustalanie planu ataku na Anglię to dla mnie ten moment, gdy poczułem, jak scenarzyści ewidentnie ze mnie zadrwili. Tak oto okazuje się, że cała dziwnie nakreślana przemiana Ivara i inne jego emocjonalne wolty nie mają większego sensu, bo tak naprawdę jego przeznaczeniem było, by zginąć na polu walki, jak na wikinga przystało. Odkopano zatem wątek Wessex i dość nierozważnie dopisano do niego motywację, która mogłaby jakoś współgrać z wyprawą Ubbego. Wygląda to nieinteresująco i nieangażująco.

Mówiąc w skrócie – druga część sezonu szóstego to przykład tego, w jaki sposób zrazić do siebie fanów przez dostarczenie im półproduktu. Serial przeskoczył rekina po raz drugi. Postacie albo giną w wątpliwej, narzuconej przez twórców chwale, albo same popełniają mało wiarygodne samobójstwa. Za późno już, by w ich buty weszli inni, których losami moglibyśmy się zainteresować – uzupełnianie historii nowymi charakterami to proces, który trzeba było wdrażać wcześniej, a to zaniedbano. Kattegat pozostaje u władzy kobiety, która – umówmy się – najmniej zasługiwała na to, by zasiąść na tronie. Wyprawa do Anglii kończy się totalną porażką, służącą tylko po to, by przy końcu historii wzniecić nieco ognia patosu. Co dzieje się z wujem Rojo, finalnie nie wiadomo, choć w pierwszej części sezonu szóstego zostaje zasugerowane coś, co naturalnie brzmi bardzo interesująco. Tylko Ubbe otrzymuje to, na co zasługiwał, ale i tak to trochę za mało, by swym sukcesem dostarczyć widzowi satysfakcję. Gdy Ubbe wraz powracającym z niebytu Flokim siedzą na plaży i patrzą w dal, wzbierają we mnie zgoła inne, niż sugerują to twórcy, emocje. Zamiast się wzruszać, wzruszam ramionami. Dokładnie tak, gdy w końcu, po długiej historii wielkiego gniewu w walce ginie boski Ivar. Obojętność – oto, co we mnie wezbrało w tamtej chwili, a założę się, że nie o to chodziło twórcom.

Śmierć tej postaci to ostatni poruszający moment w Wikingach

Gra o tron, przy całej swojej niedoskonałości, przynajmniej do końca zachowała swoich bohaterów, za których trzymaliśmy kciuki i których (lepsze, gorsze) śmierci zdołały wywołać w nas jakieś emocje. Odejścia bohaterów Wikingów spłynęły z kolei po mnie jak po zimnym draniu, którym nie jestem. Choć aktorzy szczerzą swoje zęby i prężą swe mięśnie do ostatnich sekund, da się wyczuć, iż robią dobrą minę do źle rozpisanej gry. Twórcy zamykają poszczególne wątki w sposób niestaranny, nadmuchując je nieproporcjonalnym do wagi patosem. Wszystko, co widzieliśmy w poprzednich odsłonach tych przygód, wydaje się mało istotne, bo pędzący na łeb na szyję szósty sezon ucina dawne wątki, tanio działając na naszych sentymentach. Dość powiedzieć, że niezdarny i zagubiony Hvitserk, przebywający pod butem Ivara, staje się w końcu mnichem o imieniu Athelstan – nie wiem, czy dało się wymyślić bardziej żenującego uroborosa. Twórcy chcieli puścić do nas oko, symbolicznie zatoczyć koło, ale dla mnie po prostu zjedli własny ogon.

Szkoda. Pozostaje mi teraz w ramach rekompensaty nadrobić w końcu Upadłe królestwo. Czy faktycznie jest tak dobre, jak się o nim mówi? Zobaczymy.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA