Felietony - Cykle
CZY VEGA TO SZKODNIK? Dlaczego Botoks jest tak groźny
CZY VEGA TO SZKODNIK? to film, który dzieli widzów, oferując brutalną wizję rzeczywistości i szokujący realizacyjny chaos w „Botoksie”.
Botoks święci frekwencyjne triumfy. W pierwszy weekend obejrzało go ponad 711 tysięcy widzów, po pierwszych sześciu dniach na liczniku znalazł się już ponad milion. Opinie widzów – skrajne, a naród (znów) podzielony. Na tych, którzy bronią wizji Vegi, nazywając je brutalną prawdą, i tych, którzy oglądając je, łapią się za głowy, bo czują, że żyją w innym kraju. Może nie w Polsce znanej z Leśnej Góry, ale też nie Polsce „zbotoksowanej”.
Żadna ze stron nie da się pewnie przekonać swoim oponentom. Vega tak nakręcił atmosferę, bardzo umiejętnie ją podsycając, że zamiast argumentów – nawet tych czysto filmowych, jak ewidentnie niedopracowany scenariusz, realizacyjny chaos i drewniane aktorstwo – zostają tylko emocje.
A producenci liczą wpływy, bo Botoks zrobił jedno z najlepszych otwarć w historii, a po niecałym tygodniu obejrzało go już ponad milion widzów. Ja zaś od premiery nieustannie zastanawiam się, czy Patryk Vega rzeczywiście wierzy w to, co pokazuje widzom, co oznaczałoby, że odleciał niczym guru jakiejś sekty, czy jest po prostu genialnym marketingowcem i niebywałym cynikiem. Jeśli to drugie, to sam ustawił się w jednym szeregu z negatywnymi bohaterami swojego filmu.
Do czasu Pitbulla: Niebezpiecznych kobiet Vega był po prostu kiepskim rzemieślnikiem, któremu udał się jeden film (i serial).
Po Botoksie dotarło do mnie, że to zwykły szkodnik. Przepraszam za to sformułowanie twórców, krytyków i widzów, ale pal licho, że swoim filmem szkodzi polskiej kinematografii. Szkodzi czemuś, co górnolotnie nazywa się społecznym zaufaniem.
Rozumiem i w pewnym sensie doceniam jego opowieści o policjantach i bandytach. Nie interesowało mnie, ile w nich prawdy, bo świat nowych Pitbulli raczej nie dotyka nas bezpośrednio. Ilu z nas miało styczność z policjantem wydziału kryminalnego? Ilu – poza ukaranymi mandatami – rozmawiało z policjantami? Przecież większość z nas nie zna nawet nazwiska swojego dzielnicowego.
W recenzjach Botoksu padały zarzuty, że to ponaddwugodzinna okładka tabloidu. I to prawda. Ale nawet tabloidy mają na tyle odwagi, żeby w swoich podkręconych opowieściach o podłych konowałach podać dane, które – przy odrobinie samozaparcia – da się zweryfikować. Vega oświadczył, że „tak jest”, a krytykujący jego film niech się martwią, jak udowodnić, że to nieprawda. Z tym że nie da się udowodnić nieistnienia czegoś – to jedna z najbardziej pospolitych logicznych pułapek.
Nie da się udowodnić, że zamachu w Smoleńsku nie było. Obrońcy wersji wypadku są tu bez szans, dlatego Smoleńsk to film dla specyficznej grupy docelowej, również dzielący Polaków. Jednak przy Botoksie to niegroźny filmik dla wyznawców spiskowej teorii. Cała reszta albo go obśmiała, albo ma go gdzieś i co najwyżej obejrzy na Showmaksie lub w TVP.
Tymczasem Vega i jego Botoks po chamsku, ordynarnie uderza w przedstawicieli nie tyle służby zdrowia, ile zwykłych ludzi pracujących w tych zawodach zaufania publicznego. Lekarze, ratownicy, pielęgniarki to nie mafia zabijająca ludzi za pieniądze. To najczęściej uczciwi, czasami wypaleni, przemęczeni pracownicy „fabryk” finansowanych przez NFZ. Większość z nich naprawdę kocha swój zawód, a ratowanie zdrowia i życia ofiarom wypadków i chorym to sens ich życia.
Tymczasem głównym, podstawowym i niewybaczalnym grzechem Vegi jest pokazanie patologii, które zdarzają się także w tym środowisku, jako absolutnej normy; na wmawianiu nieco mniej wyrobionym widzom, nieco mniej zorientowanym w sytuacji służby zdrowia, że skoro scenarzysta napisał, to tak wygląda współczesna Polska.
Mój dobry kolega stwierdził, że Botoks powinien być nakręcony jako horror, wtedy żaden krytyk nie miałby prawa się czepiać epatowania przemocą i wyolbrzymianiem. Sęk w tym, że horror nie sprzedałby się tak dobrze jak wizje „inspirowane autentycznymi wydarzeniami”.
Czy lekarze są czyści jak łza? Oczywiście, że nie. Wielu z nich korzysta z luk w systemie ochrony zdrowia, wykorzystuje, by zarabiać, a tylko przy okazji leczyć. Świetnie pisał o tym Paweł Reszka w książce Mali bogowie. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak wygląda leczenie od strony lekarzy, pielęgniarek i dlaczego tak wielu z nich wypala się, nie kończąc nawet trzydziestego roku życia, powinien po ten tytuł sięgnąć.
Ta książka nie jest doskonała, ale jej autor, nie wygładzając rzeczywistości, rzeczywiście stara się postawić pewną diagnozę. Wie, że lekarze i ratownicy to nie mordercy. Oni naprawdę są dla nas, a my ich potrzebujemy – tak zwyczajnie, po ludzku. Grypa, wysypka, chore dziecko, złamany palec, kolizja, nadwyrężony kręgosłup, omdlenie, ciąża… Jeśli przez film Vegi krucha granica między zaufaniem i nieufnością zostanie przekroczona, to jako pacjenci mamy przechlapane. Bo pomijając, jak głupi to film i nawet zakładając, że trochę prawdziwy, Botoks nie uleczy relacji pacjent–lekarz, pacjent–ratownik; nie wywoła rzeczowej dyskusji, jak w swoich wpisach zapewniał Vega.
Sprawi jedynie, że z jeszcze większą dozą nieufności będziemy patrzeć lekarzom na ręce, gdy tylko przekroczymy próg gabinetu lub szpitala. A za każdym razem, gdy wybierzemy 112, będziemy się martwić, czy nie przyjedzie ratownik-hiena, który nie dość, że wstrzyknie nam pawulon, to jeszcze okradnie nas z butów i godności.
Polska to nie (tylko) Warszawa, Kraków, Wrocław czy Trójmiasto. Polska to miasta powiatowe, kilkutysięczne mieściny i wioski, w których wszyscy się znają. Tam również pracują lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni. Nie wszyscy są kryształowi, ale często są też przemęczeni, sfrustrowani i nieraz bardziej – delikatnie mówiąc – wkurzeni niż czekający w kolejkach pacjenci. Ci drudzy w paszkwilu autorstwa Vegi znajdą przynajmniej ujście dla swoich emocji.
Czy koncerny farmaceutyczne zgarniają gigantyczne pieniądze? Oczywiście. Ich konsultanci (już nie przedstawiciele) spotykają się z lekarzami, opłacają badania, konferencje i wycieczki nazywane konferencjami. To biznes. Nie tylko w Polsce tak on działa. Korzystają na tym ci, którzy korzystać chcą. Bo, powiedzmy otwarcie, jeśli lekarz przeboleje te chude lata, ma szansę odbić się finansowo w kolejnych. Tylko że w okolicach trzydziestki często ma dość: systemu, papierologii, roszczeniowych i kłamiących pacjentów. Tak, pacjenci kłamią. Wiem, sam czasami to robię.
Wracając jednak do głównego wątku. Obejrzałem Botoks, starałem się go obśmiać w 50 prawdach objawionych, ale po kilku dniach od premiery, podkręcaniu przez Vegę atmosfery, pieprzeniu o walce „światła z ciemnością” już wiem, że nie wybaczę mu tego bezpardonowego ataku nie tyle na koncerny farmaceutyczne, które robią biznes, ile głównie na ratowników i pielęgniarki. W jego filmie ci pierwsi kradną buty samobójcom, chleją i wymiotują na noworodki, a te drugie sprawdzają, czy noworodek już przestał oddychać, czy trzeba mu w tym pomóc z poduszką w ręku.
I wiecie, ile z takiego kina pożytku? Ano tyle, że widzowie się pośmieją (albo nie), a pielęgniarki, położne, ratownicy i lekarze przez najbliższe miesiące, zanim kurz po tym filmowym badziewiu nie opadnie, nawet nie pomyślą o upominaniu się o podwyżki i godne warunki pracy. Tyle dobrego z Botoksu i Patryka Vegi – oświeconego przez Ducha Świętego rycerza światłości.
korekta: Kornelia Farynowska
