search
REKLAMA
Felietony

BROOKLYN 9-9. Dlaczego dobrze jest wrócić do tej komedii?

Jan Tracz

14 sierpnia 2019

REKLAMA

“Peralta!”, “Peralta!”, “Peralta, do biura” – mniej więcej kilka razy na odcinek Kapitan Holt, grany przez aktora z klasą, Andre Braughera, wypowiada nazwisko Jake’a i kwestie skierowane tylko i wyłącznie do niego. Postać Andy’ego Samberga, Jake, to młody, zdziecinniały detektyw, przy tym lekkoduch, który urzeczywistnia swoje wyobrażenia o zostaniu policjantem z filmów takich jak np. Szklana pułapka i od samego początku przewraca do góry nogami życie 99. posterunku w Nowym Jorku. U mnie od niedawna też wywraca, ponieważ sprawa z tym serialem wygląda tak, że jestem w trakcie jego rewatchu; doszedł najnowszy sezon, a mi w głowie siedziały te wszystkie gagi, więc zdecydowałem się chociaż przypomnieć sobie perypetie brooklińskich policjantów. Zważywszy na wakacyjny okres, pomysł ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Przyjemnie jest wrócić do produktu tak świeżego, szarżującego i – nie żartuję – prawdziwie śmieszącego.

Brooklyn 9-9 to serial idealny dla każdego, kto kiedyś na całego bawił się w gliniarzy lub oglądał kultowe filmy z lat ’80: przykładowo wspomnianą już Pułapkę, przyjacielską, pełną ciepła Zabójczą broń, zwariowaną serię Akademii policyjnej, czy nawet uwielbianego Gliniarza z Beverly Hills. Nie oszukujmy się, Brooklyn 9-9 z każdego z tych tytułów coś kradnie, ale nie tyle się na nich wzoruje, co z nich czerpie; ta uznana przez krytyków komedia kryminalna stara się być oryginalna i w tym jest jej siła – za wykreowanie świadomego świata przedstawionego, w którym dowcipy są prowadzone w ten sam rozważny sposób co historia, rozwijana i modyfikowana z sezonu na sezon, twórcy powinni otrzymać należyte brawa. Serial ten zdobył fanów i uznanie na całym świecie, dlatego nie dziwi wznowienie jego produkcji przez nową stację. Nadal utrzymuje poziom, elementy ze sobą współgrają i grzechem byłoby przynajmniej nie zapoznać się z żartami Jake’a Peralty.

Netflix

Wyobraźcie sobie posterunek złożony z postaci tak komicznych, że coraz bliżej im do nazwania ich slapstickowymi, jednak rozbudowanych przy tym w ten sposób, iż spotkamy się w połowie pomiędzy powagą a humorem. Taki właśnie jest i ma być Brooklyn 9-9, szalony w swojej – momentami – tematycznej zwyczajności, przy tym nakładający wyłącznie odrębne ścieżki od innych projektów, rozwijający wymyślone pomysły, te słabe prędko odrzucający, pędzący przez amerykańskie ulice niczym cadillac najlepszego sortu  (fani serialu – doceńcie to drobne porównanie!). Nie mówię, że jest to serial, który spodoba się każdemu – poziom żartów rodem z najlepszych filmów z USA nie zachęci każdego, do tego sama postać Jake’a Peralty to rodzaj typowego bohatera granego przez Adama Sandlera, ale będący o kilka poziomów wyżej; świadomy, starający się być czasem śmieszny na siłę, nierzadko schematyczny, działający intuicyjnie, lecz posiadający uczucia. To on buduje Brooklyn 9-9, to także dla jego postaci wróciłem do tego serialu, bo Samberg to aktor komediowy „klasy światowej” i Złoty Glob za postać Peralty jest w pełni zasłużony.

Inna kwestia tyczy się nastroju serialowego. Wspaniały duch akcyjniaków, bratersko-policyjnych filmów ma się tutaj dobrze i od początku będzie wyczuwalny dla wyjadaczy cop comedies. Co odcinek otrzymujemy coraz to nowe rewelacje związane z kradzieżami i włamaniami, nie przeszkadza to przy tym twórcom w budowaniu i nakreślaniu nowych relacji. Wychwycone zostają najlepsze pomysły, a co więcej, serial trzyma poziom od samego początku – nie musimy wobec tego czekać na koniec paru odcinków, aby móc cieszyć się z seansu i błazeńskich sekwencji. Trzeba przy tym podkreślić, w jaki sposób akcja nabiera rumieńców – często niby to nieważne sytuacje wracają w kolejnych odcinkach i łączą się w całość, dodatkowo dojrzałość kwitnących relacji sprawia wrażenie bardzo, bardzo ludzkich, takich, które człowieka – o dziwo – do reszty angażują. Przecież Samberg i Crews czasami są niczym Gibson i Glover!

Netflix

Mam taką słabość do Brooklyn 9-9 – ma on w sobie tyle niespotykanych wcześniej słodkich dziwactw, że potem niełatwo jest pozbyć się ich z głowy. Przykładowo, główne wątki pojedynczych serialów, same w sobie dosyć szaleńcze, w przyszłych sezonach zamieniają się w znamienite rollercoastery. Chociażby fragmenty poświęcone Halloween, mające innowacyjny pomysł na siebie, są tylko lepsze i lepsze – tendencja zwyżkowa widoczna jest na każdym kroku. Zresztą, pomijając rozpatrywanie odcinkowych schematów – kto nie kocha Terry’ego Crewsa, większości znanego z reklam Old Spice, w serialu grającego napakowanego, impulsywnego imiennika, borykającego się z monstrami większymi niż własne mięśnie – dwiema córeczkami, które odmieniły jego policyjne życie? Albo kto nie uwielbia wątku głównego bohatera z jego największą rywalką, Amy Santiago, skrupulatnie prowadzonego od pierwszego odcinka, działającego na zasadzie „kto się czubi, ten się lubi”? Tyle tu sprawnych, autorskich zagrań, że nie da się nie lubić brooklińskiej otoczki!

Wracając do pytania, dlaczego warto jest wrócić? Albowiem Brooklyn 9-9 to produkt całkowicie świeży, tworzony z pasji do komedii i nakreślany aktorskimi profilami. Wystarczy zapoznać się z historią ratowania tego serialu albo pooglądać, jak aktorzy bawią się na planie. No po prostu czarujące!

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla Papaya Rocks, Noizz, Przeglądu i Gry-OnLine. Współpracował z Rock Radiem, portalem Movies Room, a także publikował dla Tygodnika Solidarność i Filmawki. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA