search
REKLAMA
Ranking

ŻYĆ DO UTRATY TCHU. 5 najlepszych ról Jeana-Paula Belmonda

Mariusz Czernic

10 kwietnia 2020

REKLAMA

3. Szef brygady kryminalnej Jean Letellier w filmie Strach nad miastem (1975)

Jean-Paul Belmondo w filmie "Strach nad miastem" (1975)

Sukces Gliny (1972), ostatniego filmu Melville’a, zainicjował powstanie serii polarów, francuskich dramatów policyjnych, które stanowiły ciekawą przeciwwagę nie tylko dla amerykańskich produkcji, takich jak filmy o Harrym Callahanie z Clintem Eastwoodem w roli głównej, lecz także ich włoskich odpowiedników (tzw. poliziotteschi), wśród których za głównego reprezentanta można uznać trylogię z Maurizio Merlim w roli komisarza Bettiego. Główny rywal Belmonda, Alain Delon, częściej grywał gliniarzy, a nawet wyreżyserował jeden film gatunku (Za skórę gliny, 1981). Odtwórca roli Cartouche’a bardziej upodobał sobie postacie łajdaków, ale i on ma swoją policyjną (nieformalną) serię. Składa się na nią pięć niepowiązanych linią fabularną historii: Strach nad miastem (1975) Henriego Verneuila, dwa obrazy Jacques’a Deraya, Raptus (1983) i W imię przyjaźni (1987), oraz dwie produkcje Georges’a Lautnera, Glina czy łajdak (1979) i Obrońca (1992). Gwoli ścisłości, w ostatnim z wymienionych – adaptacji powieści Obcy w domu Georges’a Simenona – Belmondo nie zagrał policjanta, lecz prawnika, ale motyw śledztwa, typowy dla dramatów policyjnych, jest w nim obecny.

Strach nad miastem nie tylko jest pierwszym z cyklu, ale jest również najlepszy. A złożyło się na to kilka czynników. Przede wszystkim scenariusz, w którym zręcznie połączono dwie różne sprawy kryminalne – pościg za rabusiem bankowym i śledztwo w sprawie seryjnego mordercy. Służą one pogłębieniu charakteru głównego bohatera, który z tępego osiłka robiącego zamieszanie na mieście musi przemienić się w śledczego z krwi i kości. Charakterystyczna jest scena przesłuchania podejrzanego. Bezmyślny facet lekceważy policjantów i zamiast odpowiadać na pytania powtarza słowo merde (gówno), wściekły komisarz Letellier chce go uderzyć, ale w tym właśnie momencie postanawia użyć głowy zamiast pięści i tłumaczy po ludzku jaka jest sytuacja. Postacią z charakterem jest także morderca zwany Minosem – jego przypadłość została zdiagnozowana jako schizofrenia paranoidalna i gdyby film był bardziej popularny dzisiaj, to ta postać byłaby stawiana na równi z Normanem Batesem i Hannibalem Lecterem.

Dużym atutem są z pewnością sekwencje kaskaderskie (wchodzenie przez okno do mieszkania, łażenie po dachu Galerii Lafayette i po dachu jadącego pociągu, spuszczanie na linie z helikoptera na tle Wieży Eiffla), ale to nic nowego – fani filmów z Belmondem tego oczekiwali. Pewnym novum jest motyw ze szklanym okiem, który posłużył do kilku ciekawych zabiegów wizualnych, ale został także sensownie użyty do odkrycia tożsamości mordercy (przez głównego bohatera, bo przed widzami reżyser znacznie wcześniej odkrył tajemnicę). Zaletą są dialogi, nad którymi czuwał Francis Veber potrafiący urozmaicić nawet tak banalny motyw jak pytanie kogoś, czy rozpoznaje osobę na zdjęciu (to jest zresztą scena wprowadzająca protagonistę). Na deser zostaje muzyka Ennio Morricone – w pamięć zapada nie tylko niediegetyczny gwizdany motyw sugerujący, że mamy do czynienia ze współczesnym mrocznym westernem (a konkretniej, z bohaterem westernu wrzuconym w realia mrocznego thrillera), ale też diegetyczna melodia, dzięki której śledztwo zostaje przekierowane na właściwy trop.

2. Josselin „Joss” Beaumont, agent do zadań specjalnych w filmie Zawodowiec (1981)

Jean-Paul Belmondo w filmie "Zawodowiec" (1981)

Tajnego agenta Belmondo zagrał już w filmie Łowca (1976) Philippe’a Labro, ale Zawodowiec Georges’a Lautnera to dzieło o klasę wyższe, bo pod postacią efektownego kina akcji udało się przemycić uniwersalne treści dotyczące polityki, niepokojów społecznych, zmiennych relacji między ludźmi. W tym świecie bardzo łatwo z przyjaciela zrobić wroga, z bohatera ofiarę, a z ofiary kata. Intrygę zaczerpnięto z powieści brytyjskiego pisarza Patricka Alexandra Death of a Thin-Skinned Animal (1976).

Joss Beaumont to człowiek konsekwentny od początku do końca, twardziel działający według własnych zasad, ale też ofiara politycznych rozgrywek. Otrzymał zadanie zabicia pułkownika N’Jali, tyrana rządzącego małym afrykańskim państwem Malagawi (istniejącym rzecz jasna tylko na mapie kina, tak jak i Zangaro z Psów wojny). Jednakże Beaumont został zdradzony przez mocodawców i trafił do afrykańskiego więzienia. Stało się tak, ponieważ zmieniła się sytuacja polityczna i afrykański dyktator stał się z jakiegoś powodu ważny dla rządu francuskiego i tajnych służb. Dla dobra kraju zdecydowano się poświęcić najlepszego agenta. Ale po dwóch latach zawodowiec powrócił do Paryża, gdzie akurat ze swoją wizytą ma przybyć prezydent N’Jala. Zamierza więc dokończyć zadanie i staje się przez to wrogiem numer jeden, ściganym przez pierwszorzędnego glinę, komisarza Rosena – w tej roli Robert Hossein, partner Belmonda w Cennym łupie (1971) Henriego Verneuila.

Z pewnością nieprzypadkowo główny bohater ma inicjały JB, tak jak najpopularniejszy filmowy agent, James Bond. Zawodowiec to bardzo udana francuska odpowiedź na cykl brytyjskich filmów szpiegowskich o agencie 007. Twórcy udowodnili, że widowiskowe kino przygodowo-sensacyjne można stworzyć na własnym terenie bez zagranicznych wycieczek (sceny afrykańskie były kręcone w Camargue na południu Francji). Dzieło osiągnęło świetne wyniki kasowe, a dla Belmonda stało się pewnym urozmaiceniem po niezbyt poważnych filmach Lautnera, takich jak Glina czy łajdak (1979) i Błazen (1980). Oprócz emocji i rozrywki, jakich oczekuje się od filmu akcji, udało się dostarczyć pełnego napięcia reprezentanta nurtu political fiction. Atmosfera jest niepokojąca, relacje między bohaterami napięte, a komentarz na temat francusko-afrykańskich sieci politycznych nie jest tak powierzchowny, jak może się na pozór wydawać.

Wzruszający jest finał – nie zdradzając szczegółów, wspomnę tylko o ujęciu z perspektywy odlatującego helikoptera z widokiem na długowieczny pałac. I jeszcze ta muzyka… Utwór Chi Mai autorstwa Ennio Morricone został skomponowany 10 lat wcześniej do Maddaleny Jerzego Kawalerowicza, ale stał się hitem dzięki temu, że Belmondo i Lautner postanowili go użyć w ich wspólnym filmie. Do sceny finałowej ta wypełniona melancholią i chłodem melodia pasowała idealnie. Można jednak odnieść wrażenie, że jest nadużywana, mimo iż Morricone skomponował też oryginalny temat do filmu (utrzymany w podobnej tonacji Le vent, le cri, wykorzystany podczas napisów początkowych).

1. Silien w filmie Szpicel (1962)

Jean-Paul Belmondo w filmie "Szpicel" (1962)

W odróżnieniu od najsłynniejszych dzieł Jeana-Pierre’a Melville’a (Samuraj, W kręgu zła) ten film jest zdominowany przez dialog. Nie oznacza to, że jest przegadany, bo to słowo sugeruje, iż dialogów jest za dużo, a to nieprawda. Jest ich tyle, ile potrzeba do zbudowania frapującej intrygi. Są też niedomówienia, które sprawiają, że o filmie myśli się jeszcze długo po seansie, a nawet chce się do niego wracać, by przeanalizować poszczególne sceny w poszukiwaniu niuansów. Szpicel to adaptacja powieści Pierre’a Lesou pt. Le Doulos wydanej w 1957 roku w ramach Série noire. Film cechuje się przede wszystkim perfekcyjnie dopracowanym scenariuszem, gdzie istotne znaczenie mają stosunki międzyludzkie, psychologia i moralność, a mniej ważne są czyny kryminalne (napady rabunkowe, morderstwa, pobicia).

Przedstawiony jest tutaj etos gangsterski, który można streścić słowami: możesz być złodziejem i mordercą, ale nie bądź kapusiem. Gdy Silien, w którego wcielił się Belmondo, po raz pierwszy pojawia się w kadrze, widać go wyłaniającego się z mroku, co jest prostym, lecz genialnym pomysłem na wprowadzenie postaci. Bo jak się później okazuje, jest to człowiek zagadka – lawiruje między gangsterskim podziemiem i policyjnym biurem, skąd można wywnioskować, że jest donosicielem. Trudno tu znaleźć postać, z którą można by sympatyzować. To zimny świat i pokazany jest bardzo chłodno, bez emocji, lecz na tyle sprawnie, że angażuje odbiorcę.

Ukazana tu rzeczywistość jest równie fascynująca, co w amerykańskim kinie noir lat czterdziestych. Eleganccy mężczyźni w garniturach, sięgający po broń równie często, co po papierosa, nie przypominają zwyczajnych bandytów. Tak jak ważne jest odpowiednie przykrycie, kostium, który odróżnia kloszarda od dżentelmena, tak istotna jest oprawa wizualna w filmie, odróżniająca fuszerkę od solidnego rzemiosła. Strona plastyczna Szpicla wraz z jego czarno-białą fotografią oraz zręcznym operowaniem światłem i mrokiem to świadomy hołd dla czarnych kryminałów amerykańskich, ale w warstwie merytorycznej to zupełnie inne kino. Film noir w swoich założeniach miał być realistyczny, bo miał odzwierciedlać klimat czasów Wielkiej Depresji (1929–1933), ale także lat późniejszych, w tym też powojennych lęków o przyszłość. Francuski czarny kryminał nie miał takich ambicji. Omawiany Szpicel jest pozbawiony konkretnych odniesień do rzeczywistości, ale w sposób niebanalny opowiada o honorze i braterstwie. A Silien – myślę, że nie tylko dla mnie – to numer jeden w karierze Belmonda. Rola dająca duże pole do popisu dla aktora przez swą niejednoznaczność, ale też pole do interpretacji dla widza.

Mariusz Czernic

Mariusz Czernic

Z wykształcenia inżynier po Politechnice Lubelskiej. Założyciel bloga Panorama Kina (panorama-kina.blogspot.com), gdzie stara się popularyzować stare, zapomniane kino. Miłośnik czarnych kryminałów, westernów, dramatów historycznych i samurajskich, gotyckich horrorów oraz włoskiego i francuskiego kina gatunkowego. Od 2016 „poławiacz filmowych pereł” dla film.org.pl, współpracuje z autorami bloga TBTS (theblogthatscreamed.pl), dawniej pisał dla magazynów internetowych Magivanga (magivanga.com) i Kinomisja (pulpzine.pl). Współtworzył fundamenty pod Westernową Bazę Danych (westerny.herokuapp.com),

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA