search
REKLAMA
Ranking

ŻYĆ DO UTRATY TCHU. 5 najlepszych ról Jeana-Paula Belmonda

Mariusz Czernic

10 kwietnia 2020

REKLAMA

Jean-Paul Belmondo urodził się 9 kwietnia 1933 roku i przeżył już 87 wiosen. Francuski aktor pochodzi z artystycznej rodziny. Matka Sarah Rainaud-Richard była malarką, a ojciec Paul Belmondo rzeźbiarzem – jego dwie rzeźby z brązu, Jeannette i Apollo, znajdują się w ogrodach Pałacu Tuileries. Jean-Paul wybrał aktorstwo filmowe i teatralne, szybko udało mu się odnieść ogromny sukces i przez lata ciężko pracował, by utrzymać się na szczycie jak najdłużej. Mimo iż nie miał warunków amanta, stał się idolem swojego pokolenia. Jego charyzma, odwaga, poczucie humoru i warsztat aktorski zjednały mu wielu fanów, ale też krytyków. Trafił doskonale w swój czas, bo gdy skończył studia, do głosu zaczęli dochodzić młodzi gniewni francuskiego kina. Młodego aktora pochłonęła Nowa Fala. Jego naturalność oraz połączenie prowincjonalnej przeciętności Jeana Gabina z szorstką powierzchownością Humphreya Bogarta to było coś, czego potrzebowali francuscy nowofalowcy, ale nie tylko oni. Takie filmy jak Na dwa spusty (1959) Claude’a Chabrola, Do utraty tchu (1960) Jeana-Luca Godarda, Moderato cantabile (1960) Petera Brooka, Matka i córka (1960) Vittoria De Siki, Ksiądz Leon Morin (1961) Jeana-Pierre’a Melville’a uczyniły Belmonda jednym z najpopularniejszych aktorów w kraju nad Sekwaną. A to był dopiero początek wielkiej kariery!

Fala ambitnego kina nie pochłonęła go jednak całkowicie. Komercyjne sukcesy i uwielbienie publiczności pozwoliły mu na szalone decyzje w wyborze ról. Stracił przez to szacunek krytyków, ale mógł liczyć na tych widzów, którzy doceniają w filmach akcję, przygodę i humor. Już w dobie Nowej Fali próbował sił w rolach awanturniczych – wcielił się w D’Artagnana w telewizyjnej adaptacji Trzech muszkieterów (1959), a potem zagrał gangstera w Kategorii: duże ryzyko (1960) Claude’a Sauteta i zuchwałego rabusia w Cartouche-zbójca (1962) Philippe’a de Broki. Z czasem zaczął ujawniać predyspozycje do ról komediowych, co zamieniło się w serię coraz bardziej absurdalnych błazeńskich komedii. W tej kategorii rządzą Najwspanialszy (1973) Philippe’a de Broki oraz Dubler (1977) Claude’a Zidiego, gdzie bez skrępowania szarżował w podwójnych rolach.

Czuł się jak ryba w wodzie w rolach zimnych drani, ludzi skłonnych do ryzyka, lawirujących między honorem a cynizmem, rozwagą i niedojrzałością. Trudno było przewidzieć, kiedy jego bohater zdecyduje się na grę fair play, a kiedy zacznie grać na własnych zasadach i narobi bałaganu. Uzyskał status gwiazdora, ale nie pchał się do Hollywood. Od początku do końca kariery angażował się w produkcje francuskie lub francusko-włoskie. Partnerował najzdolniejszym i najpiękniejszym aktorkom europejskim, potrafił dopasować się do stylu każdego reżysera, a grał u bardzo zróżnicowanych twórców – od minimalistycznego Jeana-Pierre’a Melville’a do efekciarskiego Henriego Verneuila.

W jego filmografii znajduje się około 90 tytułów i można by z tego zrobić ranking dziesięciu albo nawet dwudziestu najlepszych ról. Myślę jednak, że ciekawszym wyzwaniem jest wybór takiej kanonicznej piątki, w której uwzględniłoby się możliwie najbardziej zróżnicowane kreacje. Przy okazji pomijając typową błazenadę, służącą głównie zabawie, by skupić się na poważniejszych rolach, stanowiących prawdziwe aktorskie wyzwanie i przynoszących większą satysfakcję. Starałem się również sugerować wyłącznie własnym gustem, a nie opracowaniami filmoznawców. Dlatego pominąłem role Belmonda, które nie zrobiły na mnie dużego wrażenia, mimo iż z dzisiejszej perspektywy są przełomowe (zaskakujący może być szczególnie brak na liście Do utraty tchu Jeana-Luca Godarda).

5. Charles w filmie Człowiek i jego pies (2008)

Jean-Paul Belmondo w filmie "Człowiek i jego pies" (2008)

Już ponad 20 lat temu Jean-Paul Belmondo poważnie podupadł na zdrowiu. W 1999 roku zasłabł podczas spektaklu Érica-Emmanuela Schmitta Frederick albo Bulwar Zbrodni, a dwa lata później doznał udaru mózgu, co oznaczało już definitywnie koniec kariery. A jednak po długiej rehabilitacji wrócił na plan filmowy. Jego wielkim powrotem była rola w remak’eu arcydzieła neorealizmu, Umberto D. (1952) Vittoria De Siki według scenariusza Cezarego Zavattiniego. Film nie przyniósł spodziewanych zysków, nie mógł też liczyć na zbyt pochlebne opinie krytyków ze względu na wybitny pierwowzór, z którym po prostu nie miał szans się równać. Także wielu jego kolegów z branży, w tym Alain Delon, wyrażało żal, że ten słynny bohater kina akcji postanowił zakończyć karierę w taki sposób. Rolą, która wywołuje negatywne emocje i nie przypomina żadnego z jego najsłynniejszych wcieleń. Belmondo z pewnością mógł przewidzieć takie reakcje, ale miał w sobie jeszcze tę odwagę, by z szacunku do widza nie udawać kogoś, kim nie jest. Dawniej nie udawał bohatera kina akcji, tylko nim był, o czym świadczą liczne sceny kaskaderskie, które wykonał bez dublerów. Teraz nie zamierzał udawać wesołego staruszka i pozwolił, by przedstawiono go na ekranie jako schorowanego i zmęczonego życiem człowieka, który stara się żyć godnie mimo okrutnych przeciwności losu.

Człowiek i jego pies to film w reżyserii francuskiego aktora Francisa Hustera (Jean Moulin, 2003). Belmondo zagrał postać Charles’a, który żyje ze skromnej emerytury i bierze udział w demonstracjach, licząc na poprawę swojego losu. Ponieważ nie ma pieniędzy, by zapłacić za pokój, w którym mieszka, zostaje wyrzucony przez właścicielkę i zarazem byłą kochankę. Trafia na ulicę wraz ze swoim psem. Jest tu kilka wzruszających scen, takich jak ta w schronisku, gdzie odrzucone i zagrożone śmiercią psy, które też doświadczyły bolesnego kopniaka od życia, mogą już tylko skomleć, bo nic innego im nie pozostało. Albo fragment, w którym Charles nie potrafi się przełamać, by żebrać o pieniądze, i wyręcza się czworonogiem. Poruszająca jest także kulminacyjna scena na torach kolejowych… Przywołane fragmenty nie mają nic wspólnego z oryginalnością, bo zostały wymyślone przez Zavattiniego na potrzeby filmu Umberto D., ale skutecznie działają na widza – udało się je zrealizować w taki sposób, że budzą emocje. Także twarz Belmonda wiele wyraża – chociaż aktor miał problemy z mówieniem, udało mu się zbudować sugestywną i wzruszającą kreację, wbrew pozorom idealną na koniec kariery. Mimo iż w dużej mierze jest to popis jednego aktora, to trudno zapomnieć szereg zaskakujących ról epizodycznych (np. Daniel Olbrychski w roli polskiego taksówkarza).

4. Sam Lion w filmie Podróż rozpieszczonego dziecka (1988)

Jean-Paul Belmondo w filmie "Podróż rozpieszczonego dziecka" (1988)

Za postać Sama „Lwa” Ben Johnson otrzymał Oscara, wcielił się w nią w Ostatnim seansie filmowym (1971) Petera Bogdanovicha, ale film Claude’a Leloucha o przygodach Sama Liona nie ma nic wspólnego z tym dziełem, opartym na prozie Larry’ego McMurtry’ego. Francuska produkcja zaczyna się od słów szwajcarskiego pisarza Alberta Cohena „Każdy człowiek jest sam i nikogo nie obchodzi, a nasze cierpienia są bezludną wyspą”. Na początku pojawia się również dedykacja dla Jacques’a Brela, belgijskiego pieśniarza i kompozytora, którego utwór Une île (Wyspa) zainspirował Claude’a Leloucha do stworzenia filmu. Mówiąc o karierze Belmonda (ale i Leloucha), często zapomina się o tym dziele, chociaż nieoczekiwanie aktor zdobył za ten występ swojego jedynego Cezara, pokonując Gérarda Depardieu (Camille Claudel), Daniela Auteuila (Kilka dni ze mną), Jeana-Marca Barra (Wielki błękit) i swojego ekranowego partnera Richarda Anconinę. Jednak Belmondo odmówił wzięcia udziału w ceremonii i jego nagrodę odebrał Georges Lautner.

Podróż rozpieszczonego dziecka to ostatni wielki hit w filmografii Belmonda. Opowieść o człowieku imieniem Sam Lion, który jako dziecko został porzucony przez matkę i przygarnięty przez ludzi cyrku. Próbował sił jako akrobata, ale kontuzja zmusiła go do pójścia inną ścieżką – stał się odnoszącym sukcesy biznesmenem. Ale i ten fach – dla wielu ludzi będący spełnieniem marzeń – nie jest tym, co mogłoby sprawić, żeby Sam Lion poczuł się człowiekiem spełnionym i szczęśliwym. Gdy zauważył, że jego życie minęło błyskawicznie, poczuł pustkę. Podobnie jak lwy, którymi opiekował się w cyrku, stał się wymierającym gatunkiem, pragnącym przed śmiercią zaznać prawdziwej wolności. W tym celu wyruszył na bezkresny ocean, gdzie w ciszy i samotności mógł przewartościować swoje życie. W końcu musiał dotrzeć do jakiegoś lądu – jego nowym domem stała się Afryka. Ale nie okazała się ona kresem wędrówki, bo los zaplanował dla niego jeszcze jedno zadanie.

To film utrzymany w sennym klimacie, pełen melancholii i liryzmu, nakręcony w charakterystycznym stylu Leloucha wraz z niestandardowym montażem, przez który historia może się wydawać niespójna i chaotyczna, oraz oszczędną muzyką Francisa Lai doprawioną sentymentalnymi piosenkami (np. Qui me dira w wykonaniu Nicole Croisille). Dużą wartość mają zdjęcia kręcone w malowniczych plenerach – w pobliżu Wodospadów Wiktorii, na wyspie Alcatraz w zatoce San Francisco, we Francji, Singapurze, Zimbabwe i Kolonii w Niemczech, a także na będącym własnością Marlona Brando atolu Tetiaroa w Polinezji Francuskiej. Sekwencje przedstawiające cyrkowe show były zaś realizowane w trakcie 13. Międzynarodowego Festiwalu Cyrkowego w Monte-Carlo.

Mariusz Czernic

Mariusz Czernic

Z wykształcenia inżynier po Politechnice Lubelskiej. Założyciel bloga Panorama Kina (panorama-kina.blogspot.com), gdzie stara się popularyzować stare, zapomniane kino. Miłośnik czarnych kryminałów, westernów, dramatów historycznych i samurajskich, gotyckich horrorów oraz włoskiego i francuskiego kina gatunkowego. Od 2016 „poławiacz filmowych pereł” dla film.org.pl, współpracuje z autorami bloga TBTS (theblogthatscreamed.pl), dawniej pisał dla magazynów internetowych Magivanga (magivanga.com) i Kinomisja (pulpzine.pl). Współtworzył fundamenty pod Westernową Bazę Danych (westerny.herokuapp.com),

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA